Rozmowa Piotra Dobrowolskiego z Przemkiem Prasnowskim i Ilyą Mejumayeu z Baraku Kultury, organizatorami festiwalu „Druga Próba. Teatr ponad granicami”
Przemek Prasnowski: „Druga Próba” to festiwal teatralny, który współtworzymy z imigrantkami i imigrantami z Białorusi i Ukrainy. Chcemy pokazać ich potencjał i bardzo głośno powiedzieć, że są to osoby często z imponującym dorobkiem i ogromnymi talentami, których twórczość może nas inspirować i wzbogacać. Dostrzegamy zwiększający się ostatnio dystans, a nawet narastającą niechęć do imigrantów w Polsce, dlatego zależy nam, żeby festiwal stał się manifestem pozytywnej energii i różnorodności tej wspólnoty, a także okazją do usłyszenia jej głosu. Barak Kultury od lat jest platformą wykorzystywaną przez artystki i artystów, którym użyczamy przestrzeni dla tworzenia i prezentacji efektów ich działań artystycznych.
P.P.: W Baraku pracuje kilka zespołów artystycznych; przede wszystkim teatralnych, ale też na przykład chór – Poznański Śpieŭny Schod. W naszej siedzibie odbywają się próby, a także wydarzenia z udziałem publiczności. Decyzja o współpracy z osobami z Białorusi i Ukrainy sprawiła, że Barak zaczął rozbrzmiewać polifonią różnych głosów, na czym zawsze nam zależało. Wiele artystek i artystów, którzy wezmą udział w festiwalu, spotykamy regularnie w naszej siedzibie, jednak część przyjedzie specjalnie na festiwal. Imigranckie diaspory w niesamowity sposób porozumiewają się i łączą, a my towarzyszymy temu fascynującemu procesowi. Festiwal jest okazją do spotkania osób ze środowisk imigracyjnych. Swoją obecność zapowiedzieli artyści i goście przyjeżdżający z Litwy, Łotwy, Czech, Niemiec czy z Anglii.
P.P.: Barak Kultury zawsze wspierał i będzie wspierał mniejszości oraz promował różnorodność. Zależy nam na tym, żeby pokazać pozytywne aspekty obecności imigrantów w Polsce. Festiwal może stać się manifestacją kreatywności i pozytywnej energii, którymi imigranci wzbogacają polskie społeczeństwo. Można traktować to jako rodzaj polemiki ze skrajnymi, ksenofobicznymi postawami. Obok nas żyje dzisiaj niemało osób z Białorusi czy Ukrainy, które świetnie wypełniły niezagospodarowane przestrzenie – nie tylko w wymiarze ekonomicznym, ale też artystycznym. Chociaż ich twórczość ma często ogromną wartość, często nie mają możliwości realizowania swoich pomysłów w profesjonalnych instytucjach kultury, gdzie brakuje już dla nich miejsca. Bardzo duża liczba profesjonalnych artystek i artystów nie może pracować w zawodzie ani realizować swoich pasji. Wielu z nich wykonuje prace niezwiązane ze sztuką, a po godzinach przychodzi do nas na próby teatralne albo śpiewa w chórze. Myślę, że to dla nich rodzaj terapii, która pomaga im swobodnie oddychać. Dajemy im przestrzeń, bo między innymi tak postrzegamy naszą misję. Jesteśmy organizacją pozarządową, decyzje o konkretnym kierunkowaniu naszych działań są swoistą deklaracją z naszej strony, podejmowaną już na etapie pisania wniosków grantowych.
Ilya Mejumayeu: „Druga Próba” odnosi się do działania, które daje szansę współpracującym z nami artystom i artystkom na pokazanie się i profesjonalne zaistnienie poza krajami, z których pochodzą. Często zostawili tam wszystko, co mieli, łącznie z wypracowywanym przez lata prestiżem. Tytuł odsyła też do teatru, ponieważ – na co wyraźnie wskazuje jego drugi człon – chcemy prezentować „Teatr ponad granicami”. „Druga Próba” to kolejna próba odnalezienia się w nowym miejscu. Planując to wydarzenie, zaczęliśmy od myślenia o cyklu czytań performatywnych zaproponowanych przez białoruską reżyserkę Valentynę Moroz. Początkowo myśleliśmy, żeby cały ten cykl nazwać „Przeciwko dyktaturze”, ale po rozmowach z innymi rezydentami oraz osobami pracującymi w Baraku Kultury ustaliliśmy, że lepiej będzie oprzeć się na bardziej otwartej formule festiwalowej, w której znajdzie się miejsce także na wydarzenia niebędące bezpośrednim głosem sprzeciwu wobec autorytaryzmu.
P.P.: W zasadzie tak. W zeszłym roku odbyło się wydarzenie, które można uznać za prolog tegorocznego festiwalu. Zebraliśmy wówczas różne wątki z projektów teatralnych realizowanych w Baraku Kultury. Nasze rezydentki stwierdziły wtedy, że jest tego tak dużo, a przy tym mamy tyle kontaktów w Polsce i poza granicami, że możemy pomyśleć o formule festiwalowej, która ma większą moc.
I.M.: Jako imigranci w pewnym momencie znaleźliśmy się za granicami naszych krajów, nie mając praktycznie nic. Nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Sam byłem w dosyć wygodnej pozycji, ponieważ opuszczając Białoruś, byłem studentem. Ale znam osoby, które w Białorusi wiele znaczyły jako artyści, a represje pozbawiły ich niemal wszystkiego. Decydując się na wyjazd za granicę z dnia na dzień, często bez znajomości języka, nie mieli szans na znalezienie pracy w zawodzie. Dyrektor jednej z kultowych galerii w Mińsku, która została zamknięta przez białoruski reżim, w Polsce pracuje w magazynie H&M. Osób w takiej sytuacji jest dużo więcej. Festiwal jest dla nich ważny, ponieważ daje możliwość reżyserom czy aktorom, żeby zaprezentowali swoją pracę. Jeden z aktorów przygotowujących prezentowany spektakl zatrudniony jest na budowie i na próby może przyjeżdżać dopiero o godzinie 19.00, strasznie zmęczony. Teatr jest jednak dla niego ważniejszy niż odpoczynek. Przed osobami, które tworzą festiwal „Druga Próba”, stoi bardzo wiele wyzwań. Często doskonale sobie z nimi radzą, ale staramy się im pomóc. Myślę, że w ten sposób wspieramy ich integrację w społeczeństwie polskim.
I.M.: To jest bardzo długi temat, którym zajmowałem się, pisząc pracę dyplomową na poznańskim uniwersytecie. Próbowałem zbadać, jak artyści i artystki z diaspory białoruskiej odnajdują się w przestrzeniach sztuk wizualnych w Polsce; pytałem na przykład, czy mają wsparcie opozycyjnych organizacji białoruskich. W Polsce nie jest im łatwo; często nie wiedzą nawet, do kogo mogą się zwrócić, myśląc o wystawieniu swoich prac w polskiej galerii. Zdarza się nawet, że osoby nieznające dobrze języka polskiego są przekonane, że nie mają prawa, żeby oczekiwać czegokolwiek od takich instytucji.
P.P.: Często prezentujemy w Baraku Kultury prace artystów, którzy nie potrafią przebić się do głównego nurtu. Dzięki kontaktom Ilii w środowisku twórców z Białorusi ściągamy tutaj świetnych ludzi. Z wieloma współpracujemy na stałe, co przynosi ciekawe efekty – na przykład na naszym podwórku powstały murale Eleny Bereziny.
P.P.: Zaczęliśmy przed pandemią, kiedy zaczęły napływać pierwsze fale imigrantów ze wschodu. Jeszcze przed wybuchem tak zwanej pełnoskalowej wojny w Ukrainie przyszła do nas pochodząca z Charkowa Olha Hryhorash, która szukała miejsca na próby prowadzonego przez nią Teatru Emigrant. Wydarzenia z 24 lutego 2022 roku i wszystko, co działo się później, przeżyliśmy już razem. Artystki teatru zdecydowały wtedy, że nie będą grały już po rosyjsku.
P.P.: Ich najnowszy spektakl, prezentowany podczas „Drugiej Próby”, będzie grany w pięciu językach: po białorusku, ukraińsku, polsku, rosyjsku i angielsku. Imigranci bardzo różnie podchodzą do języka rosyjskiego. Niektórzy nie chcą mieć z nim nic wspólnego, inni jednak traktują go jako narzędzie komunikacji, bez którego trudno byłoby im czasem się porozumieć.
I.M.: W kontekście Białorusi ta sprawa jest równie skomplikowana. Ortodoksyjna część naszej opozycji wyklucza używanie języka rosyjskiego. Pochodzę z Homla, miasta na granicy Białorusi, Ukrainy i Rosji, gdzie mówi się w zasadzie tylko w języku rosyjskim. Kiedy podczas protestów przeciwko sfałszowanym wyborom w 2020 roku zacząłem mówić w języku białoruskim w sklepach czy w kawiarniach, wiele osób czuło się dziwnie. Nie byli osłuchani. Nie spodziewali się, że ktoś w Homlu może próbować rozmawiać z nimi po białorusku. Widzę jednak, że osoby, które dzisiaj żyją na emigracji, nawet jeśli w życiu codziennym nie posługują się tym językiem, starają się przynajmniej prowadzić w nim swoje media społecznościowe. Ale ciągle mamy z tym problem. Słychać na przykład głosy, że najpierw trzeba wyzwolić nasz kraj, a potem będzie można dyskutować, który język będzie językiem oficjalnym. Dyskusje trwają, ale to dobrze, że ludzie zastanawiają się nad przyszłością swojego kraju.
P.P.: Pracujący u nas chór to często młodzi ludzie, którzy chcą uczyć się białoruskiego i śpiewać w tym języku. Dla nich to forma deklaracji bycia w opozycji wobec reżimu.
I.M.: To jest bardzo trudny temat. Współpracujemy z artystką, która nadal mieszka w Białorusi. Kiedy do nas przyjeżdża, opowiada, w jakim strachu żyje tam wiele osób ze środowiska. Przed zorganizowaniem wystawy artysta musi uzyskać pozwolenie od Ministerstwa Kultury Białorusi. Nawet jeśli je otrzyma, galeria może zostać zamknięta w każdej chwili. Znam przypadki, kiedy pojedynczy propagandysta napisał na Telegramie, że dostrzegł w prezentowanych pracach jakieś wątki opozycyjne. W takiej sytuacji – niezależnie od tego, czy one tam były, czy nie – służby specjalne konfiskowały wystawę, a artysta trafiał do więzienia. Dziś wiadomo tylko tyle, że wszystko może wzbudzić zastrzeżenia. Nigdy nie można być pewnym, do czego przyczepi się władza.
P.P.: Tak, to była pierwsza grupa ze środowiska emigranckiego. Jest z nami do dzisiaj, ale zespołów pracujących w Baraku Kultury jest teraz dużo więcej. Każdego dnia odbywają się u nas jakieś działania podejmowane przez imigrantów; nie tylko spotkania chóru i próby teatralne, ale też spotkania czy aktywności w obszarze sztuk wizualnych. Ostatnio we współpracy ze Stowarzyszeniem Społeczno-Kulturalnym „Polska – Ukraina” zorganizowaliśmy spotkanie ze świetną ukraińską pisarką, Kariną Sawaryną, która zamieszkała w Poznaniu. Wciąż kontaktują się z nami inne działające w Poznaniu osoby i grupy, ale nie mamy już przestrzeni i możliwości, żeby przygarnąć jeszcze kogoś na stałe. To kolejny powód, dla którego zdecydowaliśmy się na formułę festiwalową, która stwarza okazję zaprezentowania zarówno tych, którzy działają w naszych przestrzeniach, jak i wielu innych twórców i twórczyń.
P.P.: Myślę, że teatr jest najbardziej terapeutyczną dziedziną sztuki. Wytwarza wspólnoty i pomaga przezwyciężyć osobiste kryzysy, które dotykają osoby migranckie. Chcemy wspomagać procesy adaptacyjne. Ale tytuł festiwalu sugeruje też, że to próba, która nie obiecuje powodzenia w stu procentach.
I.M.: Mamy w programie wykłady i panel dyskusyjny pod tytułem „Teatr białoruski i ukraiński w warunkach wojny oraz represji”. Do udziału w nim zaprosiliśmy specjalistki i specjalistów zajmujących się tą sztuką i analizujących uwarunkowania, którym ona dzisiaj podlega. Widzimy, jak w ostatnich latach, pomimo wojny, rozwija się teatr ukraiński: pojawia się coraz więcej nowych dramatów i spektakli, które są pokazywane nie tylko w Ukrainie, ale też w Polsce, w Niemczech i w innych krajach Unii Europejskiej. Natomiast teatr białoruski niemal umiera zastąpiony teatrem rosyjskim. Nawet tradycyjne białoruskie dramaty, jak „Noc Kupały” („Na Kupalle”) Michasia Czarota, grane są dzisiaj w Teatrze Kupały, który zawsze był teatrem białoruskojęzycznym, w języku rosyjskim. W ostatnim czasie przesłano do nas kilka podpisanych pseudonimami tekstów dramatycznych z Białorusi. Czytanie dwóch z nich – „Pszczoła w gardle” i „Limb” – zaprezentujemy na festiwalu. Za każdym razem, kiedy czytam „Limb”, zbiera mi się na płacz, bo dobrze zdaję sobie sprawę, co on opisuje i czego dokładnie dotyczy. Cieszę się, że podczas festiwalu prezentowane będą czytania tych tekstów. Dzięki nim publiczność pozna nie tylko twórczość osób, które już są w Polsce i na Zachodzie, ale także tych, którzy zostali w Białorusi, gdzie dziś muszą działać w ukryciu.
P.P.: To smutne dla sztuki białoruskiej, że system nadal tłamsi artystów, a w tym samym czasie sytuacja polityczna w Europie – pewien rodzaj zaćmienia i stereotypy – sprawia, że są oni coraz słabiej widoczni. Wielu Polaków nawet nie wie, że są dwie Białorusie: ludzie, którzy muszą jakoś żyć w kraju rządzonym przez Łukaszenkę niezależnie od tego, czy zgadzają się z jego decyzjami, czy nie, oraz opozycja, która w większości zmuszona została do emigracji, ale nadal walczy o wolność pod flagą biało-czerwono-białą. Chcemy w Baraku zwrócić uwagę na to środowisko i je wspierać.
P.P.: Maria Bruni – pochodząca z Ukrainy aktorka Teatru Nowego w Poznaniu – reżyseruje performatywne czytanie tekstu „Świetlana przyszłość” ze zbioru opowiadań „Proszę się nie denerwować, pani Oksanko! Ukraińców 1 i 101 dzień w Polsce” (red. R. Kupidura), która powstała w odpowiedzi na nasz open call. Maria jest także reżyserką czytania sztuki „Moloczajnik” ukraińskiej autorki Oksany Gricenko, która opisuje losy rodziny starającej się przetrwać w okupowanej przez Rosjan wiosce pod Chersoniem. Pokażemy też spektakl „10 godzin w linii prostej do domu” na podstawie tekstu i w reżyserii Żeni Dawidenki, która reprezentuje młodsze pokolenie białoruskich artystek. Bohaterkami tej sztuki są trzy imigrantki, które przypadkiem spotykają się na plaży. Opowiadający o osobach bezpośrednio dotkniętych przez wojnę dramat Natalki Worożbyt „Zielone korytarze” zaprezentujemy w formie czytania wyreżyserowanego przez Alinę Kostiukową.
I.M.: Wspomniałem już o „Pszczole w gardle” – dramacie podpisanym pseudonimem A.I. Trudno opisać, o czym jest ten wierszowany tekst, ale to jedyne czytanie, któremu towarzyszyć będzie choreografia. Reżyseruje je Natalia Levanava – aktorka, nauczycielka teatralna, dramaturżka i dramatopisarka, która od lat współpracuje z Barakiem Kultury. Wcześniej zrealizowała między innymi spektakl lalkowy dla dzieci „Przygody Vity” i dwa filmy, których tworzywem były figury wycinane z kartonu. Natalia prowadzi w Poznaniu grupę teatralną dla nastolatków. Z kolei czytanie tekstu „Limb” przygotowuje Valentyna Moroz, angażując do tego osoby z prowadzonej przez siebie grupy teatralnej. Valentyna odpowiada także za program czytań performatywnych naszego festiwalu. „Limb” to groteskowy tekst, który zestawia wątki humorystyczne z motywami tragicznymi w konwencji czarnej komedii.
I.M.: Opisuje raczej to, co działo się w Białorusi po wyborach, protestach i nasileniu represji. Opowiada o kobiecie wpisanej na listę „zakazanych” – mamy w Białorusi takie listy osób, których nie wolno zatrudniać. Bezrobotna bohaterka odbiera wiadomość od przebywającego na emigracji znajomego, który prosi, żeby odwiedziła jego mamę w szpitalu onkologicznym. Kiedy matka umiera, mężczyzna zwraca się do niej ponownie – tym razem prosząc, żeby kobieta zorganizowała pogrzeb. W ten sposób bohaterka zaczyna zajmować się profesjonalną organizacją pogrzebów, stając się osobą reprezentującą nieobecne rodziny zmarłych. Ponieważ sam od prawie pięciu lat nie byłem w Białorusi, ten tekst, chociaż jest w nim sporo śmiesznych scen, silnie działa na moje emocje. Myślę, że podobne odczucia ma wiele osób, które nie mogą wrócić do kraju, gdzie zostali ich bliscy.
P.P.: Będąc na próbach czytania, obserwowałem, jak na ten dramat reagowali Białorusini, czasem wybuchając gromkim śmiechem, a w innej chwili odczuwając dojmujący smutek.
P.P.: W zeszłym roku, jeszcze przed inscenizacją warszawską, zrealizowaliśmy czytanie tego tekstu. Po roku zaprezentujemy jego inscenizację. Mikita bardzo dobrze zna się z reżyserującą spektakl Valentyną Moroz, z którą współpracował, opracowując tekst na potrzeby tego spektaklu. Może to sprawi, że wersja produkowana przez Barak Kultury będzie bardziej autentyczna? Jestem bardzo ciekaw porównań obu tych produkcji.
I.M.: Nie do końca wiadomo, czy Mikita jest dramatopisarzem białoruskim, czy polskim. Czy każdy pochodzący z Białorusi artysta, który mieszka i tworzy w Polsce, jest jeszcze białoruskim artystą?
P.P.: Zobaczymy, w jakim kierunku zmierzać będzie polityka państwa polskiego, bo może to mieć decydujące znaczenie dla statusu imigrantek i imigrantów. Niezależnie od tego chcielibyśmy kontynuować nasze działania. Jeśli to się uda, chcielibyśmy – podobnie jak stało się w ciągu ostatniego roku z tekstem Mikity – zrealizować pełnowymiarowe spektakle na podstawie tekstów, które w tym roku prezentowane są w formie czytań performatywnych.
P.P.: Bardzo chcemy, żeby te spektakle żyły. Rozmawiamy na temat ich eksploatacji z wieloma zaprzyjaźnionymi osobami, między innymi z domów kultury w całym kraju. Dzisiaj wyraźnie widzę, że nawet otwarcie na tematy ukraińskie, które obserwowaliśmy przez pewien czas po rozpoczęciu inwazji, szybko się skończyło. Dzisiaj zdarza się, że kiedy osoby, z którymi rozmawiamy, słyszą, że chodzi o twórczość ukraińską, zaczynają się blokować.
P.P.: Nie zawsze chodzi tylko o stosunek konkretnych osób do tematów ukraińskich. Zdarzają się też sugestie idące z góry. Część domów kultury, które finansowane są przez lokalne władze, dostosowuje swoje programy do oczekiwań konkretnych środowisk politycznych. Coraz trudniej rozmawia się o imigrantach i wspiera ich sztukę.
P.P.: Sam zastanawiałem się nad tym wielokrotnie. Niedawno rozmawiałem na ten temat z Olhą Kebas – choreografką, tancerką i reżyserką z Kijowa, która razem z Mandarem Purandare zaprezentuje u nas performans „Sploty” opowiadający o jej imigranckich doświadczeniach w Polsce. Olha także obawiała się, że rozpamiętywanie złych doświadczeń może prowokować powrót negatywnych emocji. Wiemy, że wiele artystek i artystów przytłaczają bieżące tendencje w polskiej polityce i nastawienie społeczne – czują się atakowane i atakowani wypowiedziami niektórych polityków, bywa też, że padają pod ich adresem ostre słowa w przestrzeni publicznej. Nie możemy i nie chcemy się na to godzić.