Nr 19/2025 Na moment

Rozmowa Piotra Dobrowolskiego z Przemkiem Prasnowskim i Ilyą Mejumayeu z Baraku Kultury, organizatorami festiwalu „Druga Próba. Teatr ponad granicami” 

Piotr Dobrowolski: Pomiędzy 16 a 20 września odbywać się będzie w Poznaniu pierwsza edycja festiwalu „Druga Próba. Teatr ponad granicami”, którego organizatorem jest Barak Kultury. Co to za wydarzenie?

Przemek Prasnowski: „Druga Próba” to festiwal teatralny, który współtworzymy z imigrantkami i imigrantami z Białorusi i Ukrainy. Chcemy pokazać ich potencjał i bardzo głośno powiedzieć, że są to osoby często z imponującym dorobkiem i ogromnymi talentami, których twórczość może nas inspirować i wzbogacać. Dostrzegamy zwiększający się ostatnio dystans, a nawet narastającą niechęć do imigrantów w Polsce, dlatego zależy nam, żeby festiwal stał się manifestem pozytywnej energii i różnorodności tej wspólnoty, a także okazją do usłyszenia jej głosu. Barak Kultury od lat jest platformą wykorzystywaną przez artystki i artystów, którym użyczamy przestrzeni dla tworzenia i prezentacji efektów ich działań artystycznych.

Czy wspólnota, o której wspominasz, zostaje wytworzona przy okazji przygotowań do festiwalu, czy korzystacie z relacji, które zostały zbudowane wcześniej?

P.P.: W Baraku pracuje kilka zespołów artystycznych; przede wszystkim teatralnych, ale też na przykład chór – Poznański Śpieŭny Schod. W naszej siedzibie odbywają się próby, a także wydarzenia z udziałem publiczności. Decyzja o współpracy z osobami z Białorusi i Ukrainy sprawiła, że Barak zaczął rozbrzmiewać polifonią różnych głosów, na czym zawsze nam zależało. Wiele artystek i artystów, którzy wezmą udział w festiwalu, spotykamy regularnie w naszej siedzibie, jednak część przyjedzie specjalnie na festiwal. Imigranckie diaspory w niesamowity sposób porozumiewają się i łączą, a my towarzyszymy temu fascynującemu procesowi. Festiwal jest okazją do spotkania osób ze środowisk imigracyjnych. Swoją obecność zapowiedzieli artyści i goście przyjeżdżający z Litwy, Łotwy, Czech, Niemiec czy z Anglii.

fot. Marcin Skoczylas

Wspomniałeś o nasilających się nastrojach antyimigranckich w naszym kraju. Czy Wasz festiwal można uznać za próbę reakcji na tego typu głosy? Czy przypominanie o korzyściach, które wynikają z obecności imigrantów w Polsce, również w wymiarze artystycznym, uważasz za działanie o charakterze politycznym?

P.P.: Barak Kultury zawsze wspierał i będzie wspierał mniejszości oraz promował różnorodność. Zależy nam na tym, żeby pokazać pozytywne aspekty obecności imigrantów w Polsce. Festiwal może stać się manifestacją kreatywności i pozytywnej energii, którymi imigranci wzbogacają polskie społeczeństwo. Można traktować to jako rodzaj polemiki ze skrajnymi, ksenofobicznymi postawami. Obok nas żyje dzisiaj niemało osób z Białorusi czy Ukrainy, które świetnie wypełniły niezagospodarowane przestrzenie – nie tylko w wymiarze ekonomicznym, ale też artystycznym. Chociaż ich twórczość ma często ogromną wartość, często nie mają możliwości realizowania swoich pomysłów w profesjonalnych instytucjach kultury, gdzie brakuje już dla nich miejsca. Bardzo duża liczba profesjonalnych artystek i artystów nie może pracować w zawodzie ani realizować swoich pasji. Wielu z nich wykonuje prace niezwiązane ze sztuką, a po godzinach przychodzi do nas na próby teatralne albo śpiewa w chórze. Myślę, że to dla nich rodzaj terapii, która pomaga im swobodnie oddychać. Dajemy im przestrzeń, bo między innymi tak postrzegamy naszą misję. Jesteśmy organizacją pozarządową, decyzje o konkretnym kierunkowaniu naszych działań są swoistą deklaracją z naszej strony, podejmowaną już na etapie pisania wniosków grantowych.

Co znaczy tytuł Waszego festiwalu: „Druga Próba”?

Ilya Mejumayeu: „Druga Próba” odnosi się do działania, które daje szansę współpracującym z nami artystom i artystkom na pokazanie się i profesjonalne zaistnienie poza krajami, z których pochodzą. Często zostawili tam wszystko, co mieli, łącznie z wypracowywanym przez lata prestiżem. Tytuł odsyła też do teatru, ponieważ – na co wyraźnie wskazuje jego drugi człon – chcemy prezentować „Teatr ponad granicami”. „Druga Próba” to kolejna próba odnalezienia się w nowym miejscu. Planując to wydarzenie, zaczęliśmy od myślenia o cyklu czytań performatywnych zaproponowanych przez białoruską reżyserkę Valentynę Moroz. Początkowo myśleliśmy, żeby cały ten cykl nazwać „Przeciwko dyktaturze”, ale po rozmowach z innymi rezydentami oraz osobami pracującymi w Baraku Kultury ustaliliśmy, że lepiej będzie oprzeć się na bardziej otwartej formule festiwalowej, w której znajdzie się miejsce także na wydarzenia niebędące bezpośrednim głosem sprzeciwu wobec autorytaryzmu.

Czy pracę nad festiwalem zaczęliście od stworzenia jego programu?

P.P.: W zasadzie tak. W zeszłym roku odbyło się wydarzenie, które można uznać za prolog tegorocznego festiwalu. Zebraliśmy wówczas różne wątki z projektów teatralnych realizowanych w Baraku Kultury. Nasze rezydentki stwierdziły wtedy, że jest tego tak dużo, a przy tym mamy tyle kontaktów w Polsce i poza granicami, że możemy pomyśleć o formule festiwalowej, która ma większą moc.

I.M.: Jako imigranci w pewnym momencie znaleźliśmy się za granicami naszych krajów, nie mając praktycznie nic. Nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Sam byłem w dosyć wygodnej pozycji, ponieważ opuszczając Białoruś, byłem studentem. Ale znam osoby, które w Białorusi wiele znaczyły jako artyści, a represje pozbawiły ich niemal wszystkiego. Decydując się na wyjazd za granicę z dnia na dzień, często bez znajomości języka, nie mieli szans na znalezienie pracy w zawodzie. Dyrektor jednej z kultowych galerii w Mińsku, która została zamknięta przez białoruski reżim, w Polsce pracuje w magazynie H&M. Osób w takiej sytuacji jest dużo więcej. Festiwal jest dla nich ważny, ponieważ daje możliwość reżyserom czy aktorom, żeby zaprezentowali swoją pracę. Jeden z aktorów przygotowujących prezentowany spektakl zatrudniony jest na budowie i na próby może przyjeżdżać dopiero o godzinie 19.00, strasznie zmęczony. Teatr jest jednak dla niego ważniejszy niż odpoczynek. Przed osobami, które tworzą festiwal „Druga Próba”, stoi bardzo wiele wyzwań. Często doskonale sobie z nimi radzą, ale staramy się im pomóc. Myślę, że w ten sposób wspieramy ich integrację w społeczeństwie polskim.

Festiwal skupia się na twórczości dramatycznej i teatralnej. Taka praca bywa dużo trudniejsza dla obcokrajowców – chociażby ze względu na barierę językową. Dotychczas wydawało mi się jednak, że w polu sztuk wizualnych może być inaczej.

I.M.: To jest bardzo długi temat, którym zajmowałem się, pisząc pracę dyplomową na poznańskim uniwersytecie. Próbowałem zbadać, jak artyści i artystki z diaspory białoruskiej odnajdują się w przestrzeniach sztuk wizualnych w Polsce; pytałem na przykład, czy mają wsparcie opozycyjnych organizacji białoruskich. W Polsce nie jest im łatwo; często nie wiedzą nawet, do kogo mogą się zwrócić, myśląc o wystawieniu swoich prac w polskiej galerii. Zdarza się nawet, że osoby nieznające dobrze języka polskiego są przekonane, że nie mają prawa, żeby oczekiwać czegokolwiek od takich instytucji.

P.P.: Często prezentujemy w Baraku Kultury prace artystów, którzy nie potrafią przebić się do głównego nurtu. Dzięki kontaktom Ilii w środowisku twórców z Białorusi ściągamy tutaj świetnych ludzi. Z wieloma współpracujemy na stałe, co przynosi ciekawe efekty – na przykład na naszym podwórku powstały murale Eleny Bereziny.

Jak długo współpracujecie w Baraku Kultury z imigrantkami i imigrantami?

P.P.: Zaczęliśmy przed pandemią, kiedy zaczęły napływać pierwsze fale imigrantów ze wschodu. Jeszcze przed wybuchem tak zwanej pełnoskalowej wojny w Ukrainie przyszła do nas pochodząca z Charkowa Olha Hryhorash, która szukała miejsca na próby prowadzonego przez nią Teatru Emigrant. Wydarzenia z 24 lutego 2022 roku i wszystko, co działo się później, przeżyliśmy już razem. Artystki teatru zdecydowały wtedy, że nie będą grały już po rosyjsku.

A czy między sobą nadal rozmawiają po rosyjsku?

P.P.: Ich najnowszy spektakl, prezentowany podczas „Drugiej Próby”, będzie grany w pięciu językach: po białorusku, ukraińsku, polsku, rosyjsku i angielsku. Imigranci bardzo różnie podchodzą do języka rosyjskiego. Niektórzy nie chcą mieć z nim nic wspólnego, inni jednak traktują go jako narzędzie komunikacji, bez którego trudno byłoby im czasem się porozumieć.

I.M.: W kontekście Białorusi ta sprawa jest równie skomplikowana. Ortodoksyjna część naszej opozycji wyklucza używanie języka rosyjskiego. Pochodzę z Homla, miasta na granicy Białorusi, Ukrainy i Rosji, gdzie mówi się w zasadzie tylko w języku rosyjskim. Kiedy podczas protestów przeciwko sfałszowanym wyborom w 2020 roku zacząłem mówić w języku białoruskim w sklepach czy w kawiarniach, wiele osób czuło się dziwnie. Nie byli osłuchani. Nie spodziewali się, że ktoś w Homlu może próbować rozmawiać z nimi po białorusku. Widzę jednak, że osoby, które dzisiaj żyją na emigracji, nawet jeśli w życiu codziennym nie posługują się tym językiem, starają się przynajmniej prowadzić w nim swoje media społecznościowe. Ale ciągle mamy z tym problem. Słychać na przykład głosy, że najpierw trzeba wyzwolić nasz kraj, a potem będzie można dyskutować, który język będzie językiem oficjalnym. Dyskusje trwają, ale to dobrze, że ludzie zastanawiają się nad przyszłością swojego kraju.

P.P.: Pracujący u nas chór to często młodzi ludzie, którzy chcą uczyć się białoruskiego i śpiewać w tym języku. Dla nich to forma deklaracji bycia w opozycji wobec reżimu.

Jak postrzegasz artystów, którzy zdecydowali się zostać w Białorusi? Czy mają możliwość działania? Czy musieli podpisać jakiś cyrograf?

I.M.: To jest bardzo trudny temat. Współpracujemy z artystką, która nadal mieszka w Białorusi. Kiedy do nas przyjeżdża, opowiada, w jakim strachu żyje tam wiele osób ze środowiska. Przed zorganizowaniem wystawy artysta musi uzyskać pozwolenie od Ministerstwa Kultury Białorusi. Nawet jeśli je otrzyma, galeria może zostać zamknięta w każdej chwili. Znam przypadki, kiedy pojedynczy propagandysta napisał na Telegramie, że dostrzegł w prezentowanych pracach jakieś wątki opozycyjne. W takiej sytuacji – niezależnie od tego, czy one tam były, czy nie – służby specjalne konfiskowały wystawę, a artysta trafiał do więzienia. Dziś wiadomo tylko tyle, że wszystko może wzbudzić zastrzeżenia. Nigdy nie można być pewnym, do czego przyczepi się władza.

Teatr Emigrant był pierwszym zespołem pracującym w Baraku Kultury?

P.P.: Tak, to była pierwsza grupa ze środowiska emigranckiego. Jest z nami do dzisiaj, ale zespołów pracujących w Baraku Kultury jest teraz dużo więcej. Każdego dnia odbywają się u nas jakieś działania podejmowane przez imigrantów; nie tylko spotkania chóru i próby teatralne, ale też spotkania czy aktywności w obszarze sztuk wizualnych. Ostatnio we współpracy ze Stowarzyszeniem Społeczno-Kulturalnym „Polska – Ukraina” zorganizowaliśmy spotkanie ze świetną ukraińską pisarką, Kariną Sawaryną, która zamieszkała w Poznaniu. Wciąż kontaktują się z nami inne działające w Poznaniu osoby i grupy, ale nie mamy już przestrzeni i możliwości, żeby przygarnąć jeszcze kogoś na stałe. To kolejny powód, dla którego zdecydowaliśmy się na formułę festiwalową, która stwarza okazję zaprezentowania zarówno tych, którzy działają w naszych przestrzeniach, jak i wielu innych twórców i twórczyń.

„Druga Próba” skupia się na twórczości teatralnej i dramaturgicznej. To forma aktywności artystycznej, która szczególnie wyraźnie przyczynia się do integracji społecznej, poprawiając komunikację, służąc nauce języka i stymulując kontakt między ludźmi.

P.P.: Myślę, że teatr jest najbardziej terapeutyczną dziedziną sztuki. Wytwarza wspólnoty i pomaga przezwyciężyć osobiste kryzysy, które dotykają osoby migranckie. Chcemy wspomagać procesy adaptacyjne. Ale tytuł festiwalu sugeruje też, że to próba, która nie obiecuje powodzenia w stu procentach.

I.M.: Mamy w programie wykłady i panel dyskusyjny pod tytułem „Teatr białoruski i ukraiński w warunkach wojny oraz represji”. Do udziału w nim zaprosiliśmy specjalistki i specjalistów zajmujących się tą sztuką i analizujących uwarunkowania, którym ona dzisiaj podlega. Widzimy, jak w ostatnich latach, pomimo wojny, rozwija się teatr ukraiński: pojawia się coraz więcej nowych dramatów i spektakli, które są pokazywane nie tylko w Ukrainie, ale też w Polsce, w Niemczech i w innych krajach Unii Europejskiej. Natomiast teatr białoruski niemal umiera zastąpiony teatrem rosyjskim. Nawet tradycyjne białoruskie dramaty, jak „Noc Kupały” („Na Kupalle”) Michasia Czarota, grane są dzisiaj w Teatrze Kupały, który zawsze był teatrem białoruskojęzycznym, w języku rosyjskim. W ostatnim czasie przesłano do nas kilka podpisanych pseudonimami tekstów dramatycznych z Białorusi. Czytanie dwóch z nich – „Pszczoła w gardle” i „Limb” – zaprezentujemy na festiwalu. Za każdym razem, kiedy czytam „Limb”, zbiera mi się na płacz, bo dobrze zdaję sobie sprawę, co on opisuje i czego dokładnie dotyczy. Cieszę się, że podczas festiwalu prezentowane będą czytania tych tekstów. Dzięki nim publiczność pozna nie tylko twórczość osób, które już są w Polsce i na Zachodzie, ale także tych, którzy zostali w Białorusi, gdzie dziś muszą działać w ukryciu.

Ilya wspomniał o różnicach pomiędzy twórczością białoruską i ukraińską. Sam obserwuję intensywny rozwój dramaturgii ukraińskiej po wybuchu wojny.

P.P.: To smutne dla sztuki białoruskiej, że system nadal tłamsi artystów, a w tym samym czasie sytuacja polityczna w Europie – pewien rodzaj zaćmienia i stereotypy – sprawia, że są oni coraz słabiej widoczni. Wielu Polaków nawet nie wie, że są dwie Białorusie: ludzie, którzy muszą jakoś żyć w kraju rządzonym przez Łukaszenkę niezależnie od tego, czy zgadzają się z jego decyzjami, czy nie, oraz opozycja, która w większości zmuszona została do emigracji, ale nadal walczy o wolność pod flagą biało-czerwono-białą. Chcemy w Baraku zwrócić uwagę na to środowisko i je wspierać.

Jakie utwory będą prezentowane podczas festiwalu?

P.P.: Maria Bruni – pochodząca z Ukrainy aktorka Teatru Nowego w Poznaniu – reżyseruje performatywne czytanie tekstu „Świetlana przyszłość” ze zbioru opowiadań „Proszę się nie denerwować, pani Oksanko! Ukraińców 1 i 101 dzień w Polsce” (red. R. Kupidura), która powstała w odpowiedzi na nasz open call. Maria jest także reżyserką czytania sztuki „Moloczajnik” ukraińskiej autorki Oksany Gricenko, która opisuje losy rodziny starającej się przetrwać w okupowanej przez Rosjan wiosce pod Chersoniem. Pokażemy też spektakl „10 godzin w linii prostej do domu” na podstawie tekstu i w reżyserii Żeni Dawidenki, która reprezentuje młodsze pokolenie białoruskich artystek. Bohaterkami tej sztuki są trzy imigrantki, które przypadkiem spotykają się na plaży. Opowiadający o osobach bezpośrednio dotkniętych przez wojnę dramat Natalki Worożbyt „Zielone korytarze” zaprezentujemy w formie czytania wyreżyserowanego przez Alinę Kostiukową.

I.M.: Wspomniałem już o „Pszczole w gardle” – dramacie podpisanym pseudonimem A.I. Trudno opisać, o czym jest ten wierszowany tekst, ale to jedyne czytanie, któremu towarzyszyć będzie choreografia. Reżyseruje je Natalia Levanava – aktorka, nauczycielka teatralna, dramaturżka i dramatopisarka, która od lat współpracuje z Barakiem Kultury. Wcześniej zrealizowała między innymi spektakl lalkowy dla dzieci „Przygody Vity” i dwa filmy, których tworzywem były figury wycinane z kartonu. Natalia prowadzi w Poznaniu grupę teatralną dla nastolatków. Z kolei czytanie tekstu „Limb” przygotowuje Valentyna Moroz, angażując do tego osoby z prowadzonej przez siebie grupy teatralnej. Valentyna odpowiada także za program czytań performatywnych naszego festiwalu. „Limb” to groteskowy tekst, który zestawia wątki humorystyczne z motywami tragicznymi w konwencji czarnej komedii.

Czy „Limb” odnosi się do sfałszowanych wyborów w 2020 roku?

I.M.: Opisuje raczej to, co działo się w Białorusi po wyborach, protestach i nasileniu represji. Opowiada o kobiecie wpisanej na listę „zakazanych” – mamy w Białorusi takie listy osób, których nie wolno zatrudniać. Bezrobotna bohaterka odbiera wiadomość od przebywającego na emigracji znajomego, który prosi, żeby odwiedziła jego mamę w szpitalu onkologicznym. Kiedy matka umiera, mężczyzna zwraca się do niej ponownie – tym razem prosząc, żeby kobieta zorganizowała pogrzeb. W ten sposób bohaterka zaczyna zajmować się profesjonalną organizacją pogrzebów, stając się osobą reprezentującą nieobecne rodziny zmarłych. Ponieważ sam od prawie pięciu lat nie byłem w Białorusi, ten tekst, chociaż jest w nim sporo śmiesznych scen, silnie działa na moje emocje. Myślę, że podobne odczucia ma wiele osób, które nie mogą wrócić do kraju, gdzie zostali ich bliscy.

P.P.: Będąc na próbach czytania, obserwowałem, jak na ten dramat reagowali Białorusini, czasem wybuchając gromkim śmiechem, a w innej chwili odczuwając dojmujący smutek.

Festiwal otwiera premiera spektaklu „Say Hi to Abdo” w reżyserii Valentyny Moroz. Jego autorem jest dobrze dziś znany w Polsce Mikita Iłinczyk, dla którego ostatni sezon był ciągiem artystycznych sukcesów. Nagrodzona w zeszłym roku AURORĄ – Nagrodą Dramaturgiczną Miasta Bydgoszczy sztuka opowiada futurystyczną historię o migrantach. W prapremierowej inscenizacji w Teatrze Dramatycznym w Warszawie (pod zmienionym tytułem „2049: Witaj, Abdo”, reż. P. Pacześniak) grają profesjonalni polscy aktorzy i aktorki. Wasza produkcja jest realizowana przez imigrantów i imigrantki, czyli osoby w jakimś sensie podobne do tych, które przedstawia.

P.P.: W zeszłym roku, jeszcze przed inscenizacją warszawską, zrealizowaliśmy czytanie tego tekstu. Po roku zaprezentujemy jego inscenizację. Mikita bardzo dobrze zna się z reżyserującą spektakl Valentyną Moroz, z którą współpracował, opracowując tekst na potrzeby tego spektaklu. Może to sprawi, że wersja produkowana przez Barak Kultury będzie bardziej autentyczna? Jestem bardzo ciekaw porównań obu tych produkcji.

I.M.: Nie do końca wiadomo, czy Mikita jest dramatopisarzem białoruskim, czy polskim. Czy każdy pochodzący z Białorusi artysta, który mieszka i tworzy w Polsce, jest jeszcze białoruskim artystą? 

Regulamin AURORY podsuwa możliwe rozwiązanie, nie ograniczając narodowości ani pochodzenia osób zgłaszających teksty do tego konkursu. Wymaga jedynie, żeby były one rezydentami lub rezydentkami jednego ze wskazanych krajów.

P.P.: Zobaczymy, w jakim kierunku zmierzać będzie polityka państwa polskiego, bo może to mieć decydujące znaczenie dla statusu imigrantek i imigrantów. Niezależnie od tego chcielibyśmy kontynuować nasze działania. Jeśli to się uda, chcielibyśmy – podobnie jak stało się w ciągu ostatniego roku z tekstem Mikity – zrealizować pełnowymiarowe spektakle na podstawie tekstów, które w tym roku prezentowane są w formie czytań performatywnych.

A jaka jest możliwość eksploatacji takich spektakli? Czy jest szansa, żeby je pokazywać gdzieś po prezentacjach premierowych?

P.P.: Bardzo chcemy, żeby te spektakle żyły. Rozmawiamy na temat ich eksploatacji z wieloma zaprzyjaźnionymi osobami, między innymi z domów kultury w całym kraju. Dzisiaj wyraźnie widzę, że nawet otwarcie na tematy ukraińskie, które obserwowaliśmy przez pewien czas po rozpoczęciu inwazji, szybko się skończyło. Dzisiaj zdarza się, że kiedy osoby, z którymi rozmawiamy, słyszą, że chodzi o twórczość ukraińską, zaczynają się blokować.

Czy masz wrażenie, że ludzi w Polsce nie interesuje już Ukraina?

P.P.: Nie zawsze chodzi tylko o stosunek konkretnych osób do tematów ukraińskich. Zdarzają się też sugestie idące z góry. Część domów kultury, które finansowane są przez lokalne władze, dostosowuje swoje programy do oczekiwań konkretnych środowisk politycznych. Coraz trudniej rozmawia się o imigrantach i wspiera ich sztukę.

Czy myślicie, że osobom, które musiały wyjechać z miejsc, w których mieszkały, potrzebne jest przypominanie o tym, co tam się dzisiaj dzieje? Czy sztuka, która o tym opowiada, jest dla nich formą terapii, czy raczej je obciąża?

P.P.: Sam zastanawiałem się nad tym wielokrotnie. Niedawno rozmawiałem na ten temat z Olhą Kebas – choreografką, tancerką i reżyserką z Kijowa, która razem z Mandarem Purandare zaprezentuje u nas performans „Sploty” opowiadający o jej imigranckich doświadczeniach w Polsce. Olha także obawiała się, że rozpamiętywanie złych doświadczeń może prowokować powrót negatywnych emocji. Wiemy, że wiele artystek i artystów przytłaczają bieżące tendencje w polskiej polityce i nastawienie społeczne – czują się atakowane i atakowani wypowiedziami niektórych polityków, bywa też, że padają pod ich adresem ostre słowa w przestrzeni publicznej. Nie możemy i nie chcemy się na to godzić.

Przemek Prasnowski – animator kultury, reżyser, wykładowca, od 20 lat kieruje Fundacją Barak Kultury.

Ilya Mejumayeu – koordynator festiwalu teatralnego „Druga Próba. Teatr ponad granicami”, kurator wystaw w Fundacji Barak Kultury, laureat stypendium dla młodych twórców poznańskiego środowiska artystycznego w 2024 roku. Urodzony w Homlu, w Białorusi.