László Krasznahorkai (urodzony w 1954 roku w miejscowości Gyula we wschodnich Węgrzech) jest jednym z najbardziej znanych, tłumaczonych na większość europejskich języków przedstawicielem węgierskiej prozy współczesnej. Laureatem wielu nagród literackich, w tym prestiżowego Międzynarodowego Bookera przyznanego mu w 2015 roku i Nagrody Nobla w 2025. Debiutując w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, Krasznahorkai wpisał się w rodzimy fenomen literacki – kierunek określany jako „węgierska nowa proza”, pod pewnymi względami nawiązujący do francuskiej nouveau roman. W nurcie mamy do czynienia z odejściem od tradycyjnej, chronologicznie uporządkowanej fabuły; postaci często są bezimienne; forma eksperymentalna i wymagająca, lecz treść nieoderwana od problematyki współczesności.
Krasznahorkai w swojej narracji nie ogranicza się do opisu realiów świata zewnętrznego, głównym obiektem jego zainteresowania jest przede wszystkim sposób odwzorowania tychże w tekście. Już w swoich pierwszych powieściach tworzy literacko wiarygodny język węgierskiej prowincji, nie będący wszak językiem konkretnego regionu czy żadnym używanym dialektem. Jak czytamy w uzasadnieniu jury szwedzkiej Międzynarodowej Nagrody Literackiej Kulturhuset Stadsteatern, przyznanej pisarzowi w 2024 roku za powieść „Herscht 07769”: „płynący kontrapunkt języka zdaje się marzyć o świecie piękniejszym niż ten, w którym zmuszeni są podróżować bohaterowie powieści”.
„Rozpad społeczeństwa jest egzystencjalną koniecznością” – mówi autor w jednym z opublikowanych w prasie literackiej wywiadów. I to nie jest konkluzja, do której Krasznahorkai doszedł w ostatnich niespokojnych latach. Takie przeczucie towarzyszyło mu już od samych początków jego literackiej drogi. Rozpoczętej zresztą w czasach węgierskiego „gulaszowego komunizmu”. Ten dziś już nieco zbanalizowany termin przywołują wszyscy, którzy podejmują próby zrozumienia węgierskiej współczesności i socjologicznych korzeni opresyjnych rządów Orbána. Węgrzy przyzwyczajeni w latach komunizmu do pewnego, relatywnego oczywiście, ale niespotykanego w ówczesnej Europie Wschodniej dobrobytu, dostępności codziennych dóbr konsumpcyjnych, domków letniskowych i kiepskich, ale łatwiejszych do uzyskania niż chociażby w Polsce samochodów w zamian za uległe, nawet bierne sprzyjanie systemowi, nie czują również w obecnej sytuacji politycznej takiego dyskomfortu, jakiego można by oczekiwać. Węgrzy w latach rządów partii komunistycznej i Kádára mieli do wyboru nękanie przez władze albo konformistyczne milczenie w zamian za przysłowiowy gulasz, czyli codzienne dobra konsumpcyjne. I tak wyuczona postawa, jak widać, przetrwała pokolenia. Dziś, oczywiście poza umiejętnym „zabetonowaniem” sceny politycznej, tego rodzaju zachowaniom Viktor Orbán zawdzięcza wyborcze zwycięstwa.
Na zastanowienie się zasługuje jednak pytanie, jak to się mogło stać, że na Węgrzech końca lat siedemdziesiątych pojawił się nurt literacki całkowicie zaprzeczający wszelkim wymogom stawianym kulturze przez ówczesną władzę. A tym bardziej, jak wśród jego najważniejszych przedstawicieli mógł znaleźć się hrabia Péter Esterházy. Czy władza była już taka słaba? Wtedy raczej nie. Czy była taka naiwna i ograniczona? Czy może to był wentyl bezpieczeństwa oparty na słusznym skądinąd założeniu, że wobec świata będzie to „ładny” sygnał, a większość czytelników z tych tekstów i podtekstów niewiele zrozumie? Albo że czytelników tak trudnej prozy po prostu zabraknie. Wydaje mi się, że taka możliwość jest najbardziej realna. Tak czy owak kadarowskie Węgry, zapewne bez pełnej świadomości, „przyczyniły się” do zbudowania podwalin kanonu współczesnej węgierskiej prozy. Autorzy, doskonale wiedząc, że wszelką krytykę systemu muszą ukryć w meandrach metafor, stworzyli unikatowy, do dziś funkcjonujący język.
Krasznahorkai w „Szatańskim tangu” (1985) i w „Melancholii sprzeciwu” (1989), dwóch swoich najbardziej znanych i do dziś nadzwyczaj cenionych powieściach, opisuje życie małych społeczności na wschodnich rubieżach kraju. Na podstawie Szatańskiego tanga kilka lat później Béla Tarr nakręcił siedmiogodzinny czarno-biały film. Zazwyczaj adaptacje filmowe powieści pozostawiają pewien niedosyt – to, co w tekście jest tajemnicą i domysłem, na ekranie umyka. Tu zaś widz i czytelnik mają nieodparte wrażenie, że czytając książkę, widzą film, a oglądając Tarra, czytają Krasznahorkaiego. Węgierskie wioski z powieści i filmu to świat zacofania i braku nadziei. Mieszkańcy nie oczekują tam od życia realnej poprawy swojej egzystencji, bo już dawno porzucili myśl, że cokolwiek im się należy. Żyją na skraju szaleństwa w swoim hermetycznym świecie, w ciszy zapomnienia czekając na cud.
Dystopijna, opresyjna rzeczywistość węgierskiej prowincji nie jest wyrazem obaw o nadchodzącą rzeczywistą katastrofę, jakieś realne zagrożenie, którego źródłem może być niszczona przez człowieka natura, wojny czy terroryzm. Na to czas przyjdzie później – choćby w powieści „Herscht 07769”, dotykającej problemu odradzania się w Europie ruchów o charakterze nazistowskim, czy w tomie opowiadań, które Czytelnik teraz trzyma w ręku. Nie, katastrofa już się dokonała i miała wymiar duchowy.
Korima, sfrustrowanego archiwistę, bohatera „Wojny i wojny”, innej powieści autora, spotyka równie ciężki los, choć przecież ucieka od wschodnioeuropejskiej rzeczywistości. Próbuje zacząć życie od nowa w Nowym Jorku. Jednak tak jak człowiek z nieuchronnej konieczności żyje w świecie, który go otacza, tak ten świat żyje w nim. Od wszystkiego można uciec, ale ucieczka od samego siebie nie jest możliwa. Bez względu na to, czy przyczyną ludzkich niepowodzeń są obiektywne zewnętrzne okoliczności, czy jego własne wewnętrzne dylematy.
Historia bohatera „Wojny i wojny” kończy się w szwajcarskiej Szafuzie. Szalony tłumacz kabinowy z „A świat trwa”, tomu, który Czytelnik teraz trzyma w ręku, ma jedno pragnienie – pojechać do Szafuzy obejrzeć tamtejsze wodospady. Świat powieści Krasznahorkaiego pełen jest szaleńców i nieudaczników. Pytaniem pozostaje tylko porządek przyczynowo-skutkowy. Czy to oni niszczą świat, czy może to świat ich zniszczył? „Chce zapomnieć, że sam jest przyczyną swojej przegranej, i nie może nikogo o nią winić, ani obcej władzy, ani losu, dalekiej, złowieszczej ingerencji, sam jest sobie winien, że nie ma ani Boga, ani żadnej idei. Chce zapomnienia, bo nie potrafi z godnością znieść gorzkiej porażki, bo piekielny dym i piekielny alkohol wyżarły mu duszę, bo doprawdy tylko tyle, dym i tani alkohol pozostały z tęsknot niegdysiejszego metafizycznego wędrowcy do anielskiego imperium – brudny dym zamiast pragnień i wykręcający nos alkohol zamiast wprawiającego w szaleństwo napoju”.
Opowiadania z niniejszego tomu, podzielonego na trzy części – „Mówi”, „Opowiada”, „Żegna się” – zdają się być powiązane kimś w rodzaju wspólnego protagonisty, mglistego narratora, za którym niekiedy ukrywa się autor. Powstawały w różnym czasie. Teksty i wątki spotykają się tu ze sobą, mieszając czas, bohaterów i światy. Ostatnią część Krasznahorkai napisał specjalnie do tego zbioru opublikowanego w 2013 roku, niektóre z pozostałych opowieści ukazały się wcześniej w prasie literackiej, a opowiadanie „Prawo Tezeusza” zostało wydane w 1993 roku w oddzielnym tomiku. Autor wprawdzie dystansuje się od odkrywania w jego tekstach wątków autobiograficznych, ale mając pewną wiedzę na temat podróży, jakie odbywał, można się domyślić, że wątek chiński czy indyjski mają swoje korzenie w jego własnych doświadczeniach. Opowiadania te, podobnie jak pierwsze wspomniane tu powieści, dzieją się w okolicach, w których autor urodził się i wychowywał. Nic zaś nie wiadomo o ukraińskich czy rosyjskich podróżach pisarza. Opowiadania „Bankowcy” i „Gagarin” przywołują świat dotychczas niepojawiający się w twórczości Krasznahorkaiego. I może z tej właśnie przyczyny najbardziej przerażający i zatomizowany. To jest świat człowieka, dla którego nie ma już wyjścia z matni. Egzystencja, jaką sam sobie stworzył, wiedzie prosto do samounicestwienia.
W swojej hipnotycznej prozie, która rozciąga czas i rozrywa przestrzeń, Krasznahorkai pozostaje obsesyjnie przywiązany do katastroficznej wizji świata, oddając wewnętrzny rytm człowieka zagubionego w absurdzie istnienia. Narracja płynąca niczym rwąca rzeka myśli wciąga czytelnika w uniwersum, gdzie każdy gest i każde słowo mają egzystencjalny wymiar. Język Krasznahorkaiego jest niczym pęknięty obiektyw: wprawdzie zniekształca, ale i tak pozwala zajrzeć głębiej, pod powierzchnię rzeczywistości.
A świat trwa to nie tyle opowieść, ile medytacja – nad przemijaniem, nad ruchem, nad nieuchronnością odejścia. Proza Krasznahorkaiego ma coś z modlitwy, coś z lamentu, ale przede wszystkim coś z nieskończonego wewnętrznego monologu, w którym każde słowo waży więcej niż poprzednie. Autor nie zadaje pytań i nie szuka odpowiedzi, bo każda byłaby fałszem i hipokryzją. Zamiast tego pozwala, by język sam się zagęszczał, zapadał, pulsował jak myśl, której nie sposób uchwycić do końca.
Bohater czy bohaterowie dwudziestu jeden opowiadań są punktami odniesienia dla diagnozy naszej duchowej kondycji. Widzimy rzeczywistość z najrozmaitszych perspektyw, najróżniejszych ludzi, pozornych szczęściarzy i tych, których gorzko doświadcza los. Wydawałoby się, że choćby ci pierwsi powinni być spełnieni i radośni. Ale tak nie jest. Czy ta pełna wschodnioeuropejskiej melancholii apokaliptyczna wizja nie jest bynajmniej przesadzona? Czy nie jest tylko literacką kreacją? Nie wiem i nie chcę tu rozstrzygać. Zapewne każdy czytelnik inaczej odnajdzie się w ziemskim piekiełku autora. Będą tacy, którzy podążą za Krasznahorkaiem krok w krok, intuicyjnie podzielając jego wrażliwość. Ale będą też tacy, którzy odwrócą się zmęczeni literackim konceptem.
Jedno jest pewne. Jeśli nawet nie podzielamy moralno‑filozoficznej wymowy „A świat trwa”, nie sposób odmówić tej książce językowej maestrii, a autorowi niezwykłej zręczności prowadzenia złożonej, wymagającej narracji, pełnej meandrujących zdań i nieoczywistych konstatacji. W dzisiejszym obrazkowym świecie krótkich komunikatów to wartość nie do przecenienia.
Autor tym razem nie próbuje napisać wielkiej powieści, co notabene jest wiecznym pragnieniem węgierskich prozaików. Oddaje nam krótkie opowieści o świecie, notatki z niekończącej się podróży, które pisze tak, jakby cały świat był snem, z którego nie można się obudzić. Światem, który trwa, jak mówi tytuł – bez celu, bez pewności, ale nieustannie. W nim błąka się człowiek. Przytłoczony pełną chwilowością naszego życia wieczny wędrowiec, strudzony poszukiwacz sensu swojego istnienia.
Czytając tę książkę, ma się wrażenie, że uczestniczymy w czymś archetypicznym i jakże ludzkim: w dojmującej samotności. Przedzieramy się przez fragmenty rzeczywistości, gdzie sens wyłania się powoli, czasem przypadkiem, czasem tylko na chwilę. Krajobrazy są stanem ducha, a nie tłem. Dialogi – jakby dobiegały do nas przez ścianę czasu.
Nieustanność trwania świata otaczającego bohaterów porusza najbardziej. W tej prozie nie ma pocieszenia, nie ma nadziei. Jest tylko uważność i niewypowiedziana wprost przestroga.
Redakcja „CzasKultury.pl” dziękuje wydawcy za udostępnienie Posłowia. Tytuł tekstu pochodzi od redakcji.