„Wyprawa do wariatkowa” Pam Pam Liu to opowieść o opresyjności ośrodków leczenia, które można określić zaczerpniętym z tekstów Ervina Goffmana (a w polskim polu literackim spopularyzowanym przez reportaże Justyny Kopińskiej) mianem „instytucji totalnej”. Autorka zresztą cytuje Goffmana na kartach swojego komiksu. Zgodnie z tą perspektywą otrzymujemy wieloaspektowe studium przemocy. Zaskakujące jednak, że – w przeciwieństwie do Goffmana, dla którego ważne były różnice między światem zarządzających (personelu) a światem podwładnych (pacjentów czy więźniów) – brak tu jasnego podziału na sprawców i ofiary.
Wskazują na to już pierwsze strony komiksu. Mężczyzna, za namową siostry, zgadza się na umieszczenie w szpitalu psychiatrycznym. Pokój nie wygląda źle. Bohater bierze prysznic, wyciąga książkę, sięga po papierosa. Na ścianie wiesza plakat cyklisty Bernarda Hinaulta. Wyrusza na zwiedzanie nowego miejsca, choć – jak przekonuje innych pacjentów, a najbardziej siebie samego – nie zostanie tu na długo. Po co miałby to robić? Przecież w sumie nic mu nie dolega. W tym samym czasie jego siostrzenica zapisuje na kartce: „Nie cierpię wujka”. Jej mama właśnie oświadczyła jej, że wujek jest w szpitalu, a jego leczenie trochę potrwa. W swoim pokoju dziewczynka trenuje. Musi być gotowa na powrót wuja. Rzuca misiem o ścianę, przydeptuje mu szyję i w końcu dusi poduszką. „Chcę być jak najsilniejsza, bo wtedy będę mogła go zabić”, a słowo „zabić” powtarza niczym mantrę.
Punktem wyjścia „Wyprawy do wariatkowa” jest pobyt bohatera w szpitalu psychiatrycznym. Na tym poziomie fabularnym Pam Pam Liu snuje opowieść znaną. Miejsce nie jest przestrzenią dochodzenia do zdrowia, a sprawowania kontroli nad pacjentem. Nie potrzeba do tego krat czy pasów – wystarczą labirynt korytarzy, zamknięte drzwi, całkowita alienacja od świata zewnętrznego. W szpitalu, do którego trafia bohater, wydaje się, że nie ma żadnych pracowników; napotkana raz sprzątaczka okazuje się inną pacjentką. Pacjenci, pozostawieni samym sobie, spędzają czas zamknięci w pokojach lub snują się z jednego do drugiego. Nie są to klatki, a komfortowe, prywatne przestrzenie pełne przedmiotów, które pomagają pobyt umilić: książek, płyt, czasopism pornograficznych. Mimo wszystko leczenie się rozpoczyna – nie poprzez podawanie leków czy sesje z lekarzem, a kolejne konfrontacje: z innymi pacjentami, z wspomnieniami, z samym sobą. Pam Pam Liu przytacza kolejne zdarzenia z przeszłości bohatera – szkolną przemoc, samookaleczenie, zgłębianie nazistowskich poglądów, gwałty na nieletnich. Przerażające są zarówno zdarzenia, które bohater przeżywał jako ofiara, jak i przemoc, którą zadawał jako kat, choć nie zawsze jesteśmy w stanie powiedzieć, po której stronie stał. Niełatwo więc ustosunkować się do postępowania bohatera – próżno próbować go ocenić. Trudno mężczyznę usprawiedliwić, podobnie jak trudno odczuwać w stosunku do niego współczucie.
Pam Pam Liu idzie zatem w innym kierunku niż ten, który wytyczają popkultura i publicystyka krytykujące szpitale za izolację i odmawianie uspołecznienia, kontrolę i pozbawianie autonomii, przemoc pod pozorem opiekuńczości, ostrą farmakologizację leczenia. Owszem, nasz bohater jest odizolowany od świata zewnętrznego i doświadcza pewnych form przemocy. Przede wszystkim jest pozostawiony sam sobie – bez informacji o swoim pobycie i leczeniu, zawieszony w tej szpitalnej rzeczywistości, która funkcjonuje według tylko sobie znanych reguł. To zatem sytuacja podobna nie tyle do „Lotu nad kukułczym gniazdem”, ile do prozy Kafki.
Ostatecznie nie jest to jednak komiks o wszelkich dysfunkcjach instytucjonalnego leczenia psychiatrycznego, ale o przemocy jako takiej. Dlatego przemoc u Pam Pam Liu jest wszechobecna, pozbawiona jakiejkolwiek łagodzącej otoczki. Jest też najprostszą i podstawową formą relacji pomiędzy pacjentami szpitala – ciężko znaleźć na kartach komiksu inne formy interakcji niż przemocowe, do przemocy prowadzące lub z przemocą związane.
Stają się one udziałem głównego bohatera zarówno jako pokrzywdzonego, jak i jako sprawcy. Kumuluje on w sobie całą masę okropieństw – czy to jako kat, czy ofiara. Wszystkie one są dojmujące i oddziałują na czytelników, nawet jeśli trudno stwierdzić, które z nich są prawdziwe, a które urojone. Podczas pobytu w szpitalu mężczyzna razem ze swoim młodszym „ja” ogląda, niczym filmy, kolejne sceny aktów przemocy, najpierw przedstawiane jako przeżycia jego wcześniejszych wcieleń. Przeżywa zatem wielokrotnie swoistą inkarnacyjną traumę. W trakcie tego procesu cały czas odgrywa rolę ofiary („To mnie trzeba współczuć!” – deklaruje), lecz proces wieńczy odzierającą ze złudzeń konstatacją: „Było dokładnie na odwrót!”. Jednak nawet przyjęcie tej najgorszej prawdy – jeśli możemy uznać ją za prawdę, a nie za kolejne halucynacje – nie wyzwala ani nie przynosi ukojenia. Napełniony nadzieją na wyleczenie bohater zostaje jej pozbawiony: „Gnida! Niech sobie kark skręci!”. Jedyne, co system może mu zaoferować, to przeistoczenie w kukłę. Agresja i przemoc ustępują tylko przed pustką.
Pustka może pochłonąć bohatera, ale nie samą przemoc jako siłę organizującą relacje międzyludzkie. Pam Pam Liu sugeruje, że jest ona „dziedziczna” i przekazywana. Nie chodzi jednak o koneksje rodzinne, ale o doświadczenia. Choć więc skłonność do przemocy na koniec odzywa się w siostrzenicy głównego bohatera, nie jest to podyktowane działaniem genów, ale faktem, że dziewczyna doznawała ze strony krewnego przemocy psychicznej i fizycznej. Jedyny sposób na przerwanie traumy widzi w przejęciu jego zachowań. Dlatego w finałowej scenie przeistacza się w kata.
Na najprostszym poziomie odbioru można byłoby powiedzieć, że Pam Pam Liu interesuje przede wszystkim dwoistość ludzkiej natury – że przedstawia ona zdolność do jednoczesnego odczuwania krzywdy i czynienia takowej samemu, do jednoczesnego współczucia komuś i pragnienia odwetu. Ale faktycznie autorka potrzebuje tego dualizmu, by bawić się naszym punktem widzenia. Robi to nie tylko poprzez budowanie skomplikowanych charakterów, ale też nie daje pewności co do prawdziwości fabularnych zdarzeń. Właściwie do końca nie wiemy, czy to, co widzimy, jest rzeczywistością, czy tylko wyobrażeniem. Może być to momentami nieco męczące, ale trzeba przyznać, że autorka konsekwentnie realizuje obraną strategię snucia opowieści.
Dualizm widoczny jest także w warstwie graficznej komiksu. Ciężar tematu i rysowanych scen autorka zderza z prostą, obłą kreską – „okrągłe” postaci o dużych głowach przypominają bohaterów z zachodnioazjatyckich komiksów dla dzieci. Pam Pam Liu sięga też po przyjazne, delikatne, pastelowe kolory – sporo tu zgaszonych żółci, błękitów czy różów. Na zasadzie kontrastu ustawia je w sąsiedztwie dominującej szarości. Ta ostania obnaża niejaką sztuczność innych kolorów, niepasujących do rzeczywistości, jaką zamieszkują bohaterowie.
Gdyby Pam Pam Liu szukała mitologicznego patrona dla swojego świata przedstawionego, mógłby nim zostać Uroboros symbolizujący powtarzający się cykl oraz jedność przeciwieństw. Autorka nie stara się znaleźć sposobu na przerwanie przemocowego cyklu, który rozrysowuje – podkreśla raczej jego przygnębiający fatalizm. Rodzinne relacje zdają się nie tylko niezdolne do powstrzymania agresji, ale często okazują się jej źródłem lub przekaźnikiem. Szkoła nie jest przestrzenią uczenia zrozumienia (nie tylko informacji, ale także relacji międzyludzkich), ale przestrzenią przemocy i pasem transmisyjnym dla niej. Medycyna, zamiast szukać sposobu na rozwiązanie tego mechanizmu, potwierdza jego łatwą aplikowalność i skuteczność. Owa bezsilność wobec wiecznego cyklu przemocy może przytłaczać. Podobnie powszechność doświadczania i zadawania cierpienia. W tym właśnie tkwi siła komiksu Pam Pam Liu: w niekomfortowej niejednoznaczności zbliża się on do świata zewnętrznego.