Nr 11/2026 Na teraz

„Ideo” Jacka Świdzińskiego mieści w sobie wiele różnych opowieści – to jednocześnie biografia Ludwika Zamenhofa, traktat o filozofii języka, podręcznik esperanto, historyczny esej o rzeczywistości (świecie i ludziach) XIX wieku. Wspólnym mianownikiem tych narracji jest refleksja nad tym, jakim celom służy i służyć może język. Jaki mamy do niego stosunek? Jakie potrzeby – pragmatyczne, komunikacyjne, emocjonalne, ideowe – realizuje?

XIX-wieczny Białystok był określany Manchesterem Północy – rozrastał się w niezwykle szybko, przede wszystkim za sprawą przemysłu włókienniczego. Na przestrzeni pięćdziesięciu lat z miasta kilkunastotysięcznego stał się ośrodkiem ponad osiemdziesięciotysięcznym. Coś, co na zewnątrz jawiło się przede wszystkim jako sukces – wzrost i zyski – wewnątrz miasta przekładało się na szereg problemów ekonomicznych i społecznych: przeludnienie, coraz cięższe warunki pracy, bieda, pogłębiające się nierówności. Atmosfera gęstniała od frustracji.

Różne grupy społeczne nie rozumiały się wzajemnie. Nie tylko z powodów materialnych – różnego poziomu codziennego życia – ale także całkiem dosłownie. Ponad sto lat temu w Białymstoku dominował jidysz, którym mówiło ponad sześdziesiąt procent ludności, językiem polskim posługiwało się niecałe dwadzieścia procent, znaczący był też rosyjski (prawie osiem procent) i niemiecki (prawie sześć procent). To oczywiste, ale trzeba pamiętać, że różne języki przekładały się także na różnice wyznaniowe i kulturowe.

Ta rzeczywistość mocno dotykała małego Ludwika Zamenhofa. Syn Żyda-ateisty i głęboko wierzącej Żydówki, jeden z jedenaściorga rodzeństwa, przyszedł na świat w 1859 roku. I już w dzieciństwie wymarzył sobie inny świat. Nie taki, w którym wszyscy są bogatsi, ale taki, w którym wszyscy się rozumieją. Chciał, by ludzie się ze sobą jakoś dogadywali. Wiedział, że do tego potrzebny jest wspólny język: neutralne, łatwe do opanowania narzędzie komunikacji, które mogłoby zjednoczyć ludzi z różnych kultur i przyczynić się do pokoju na świecie. Jako dorosły Zamenhof wcielił ten pomysł w życie – opracował esperanto.

Piękna idea zderzyła się ze złożoną rzeczywistością i historią. Na fali entuzjazmu przełomu wieków społeczność zwolenników esperanto rosła. Ale gdy do głosu doszły polityczne niepokoje, działalność ruchu przycichła. Nadzieje obudziły się na nowo wraz z zakończeniem I wojny światowej, które wznieciło rozmowy o idei pokoju na świecie, dzięki czemu esperanto szybko się rozpowszechniało. A jednak społeczny ruch nie przełożył się na decyzje polityczne. Jeden głos sprzeciwu (Francji) sprawił, że esperanto nie stało się jednym z oficjalnych języków Ligi Narodów. Język bez narodu i ojczyzny zaczął budzić wątpliwości – zwłaszcza w starciu z ideami nacjonalistycznymi. W międzywojniu i w trakcie II wojny światowej esperantyści narażeni byli na prześladowania. W XX wieku nikt już nie uwierzył ponownie w tę ideę z takim samym, czystym entuzjazmem.

Dziś esperanto jest praktykowane raczej przez fascynatów, choć na świecie są ich ponoć nawet 2 miliony. Nawet jeśli esperanto nie upowszechniło się jako język, to przetrwało jako symbol: nadal stanowi punkt wyjścia do rozmowy o szacunku, wrażliwości na odmienność i otwarciu na zrozumienie drugiego człowieka.

Idea Zamenhofa często była opowiadana dydaktycznie – powstawały biografie, książki dla dzieci, gry planszowe. W 2017 roku, roku Zamenhofa, powstał nawet komiks autorstwa Wojciecha Łowickiego i Daniela Bauma, który zamówiony został przez Centrum im. Ludwika Zamenhofa, by przybliżyć sylwetkę twórcy esperanto młodym odbiorcom. Niecałą dekadę później Centrum to, będące częścią Białostockiego Ośrodka Kultury, ponownie zamówiło komiksową opowieść o autorze międzynarodowego języka – tym razem zadanie postawiło przed Jackiem Świdzińskim, laureatem Paszportu „Polityki” za komiks „Festiwal”. A Świdziński postanowił narysować nie tyle biografię Zamenhofa, ile wariację na temat idei ogólnoludzkiego porozumienia. Tak powstał komiks „Ideo”.

Świdziński znany jest z zamiłowania do szkatułkowych opowieści. Niełatwo jednak stwierdzić, czy o wielopłaszczyznowości „Ideo” zadecydowały preferencje stylistyczne autora, czy temat: horyzont myślowy Zamenhofa. Być może i to, i to. W rezultacie komiks osadzony jest w różnych kontekstach językoznawczych i historycznych. Czytając rozległą opowieść Świdzińskiego, uświadomiłam sobie, że w przypadku Zamenhofa fakt urodzenia i życia w Białymstoku był znaczący (ze względu na kontekst społeczno-kulturowy) i zarazem nie był decydujący. Być może Zamenhof mógłby pomyśleć o esperanto, żyjąc w innym miejscu Europy: cały kontynent zmagał się z podobnymi wyzwaniami, ale i cały poddawany był podobnym przemianom, dyktowanym przez rozwijający się kapitalizm. Rewolucja przemysłowa i migracje ludności, kolonializm, rozwój transportu – tworzenie nowych języków, które odpowiadałyby rzeczywistości nowego świata, stało się powszechnym zadaniem. Esperanto nie było ani pierwsze, ani najbardziej popularne. Miało jednak nad innymi systemami językowymi bezsprzeczną przewagę – było zdecydowanie prostsze. Prostota była kluczowa dla realizacji la interna ideo kładącej nacisk na głębokie międzyludzkie porozumienie, które miało być swoistą odtrutką na przemoc i niesprawiedliwość wynikającą ze złożoności i skomplikowania rzeczywistości.

Prostota dotyczy też stylu Świdzińskiego. Po „Festiwalu” i „Brzasku”, w których wychodził poza swoją klasyczną kreskę, autor wraca do estetyki „patyczkowatej”, znanej z jego wcześniejszych prac. Powrót dotyczy też humoru, którego w poprzednich dwóch tytułach było mniej (w przypadku “Brzasku” z dość oczywistych względów). W „Ideo” Świdziński co rusz puszcza do nas oczko. Chętnie sięga po kontrast między narracją a obrazem: ten drugi stanowi zazwyczaj zaskakujący kontrapunkt wobec mocno faktograficznego komentarza. Narrator z offu towarzyszy czytającym dość często, prowadząc przez przeróżne zagadnienia i pomagając nie pogubić się w wielowątkowej opowieści.

Takie przewodnictwo jest u Świdzińskiego nowe – do tej pory autor swobodnie przeskakiwał do kolejnych zdarzeń, często mieszając plany czasowe czy perspektywy, co w połączeniu z uproszczoną kreską miało wywołać efekt konfundujący. W „Ideo” tego nie doświadczymy.

Świdziński mógł ubrać swoją narrację w szaty fikcji, jak to zrobił chociażby w „A niech Cię, Tesla!”. Autor jednak wybrał ścieżkę bardziej klasyczną, przypominającą gawędę. Istniało ryzyko, że będzie ona chwilami nużąca lub przytłaczająca ze względu na nagromadzenie informacji, ale Świdziński sprawnie z tego wybrnął; dzieli opowieść na krótkie rozdziały, fakty przeplata żartami, a kiedy trzeba, pozwala wybrzmieć także innym emocjom. Wychodzi z tego komiks może trochę zachowawczy, ale bardzo przyjemny w odbiorze. W swej prostocie komunikacyjnej realizujący wiodącą ideę esperanto.

Można patrzeć na ten komiks właśnie jako opowieść o nieustającym ruchu. Podlega mu język, i to każdy: zarówno ten, o którym opowiada fabuła, jak i ten komiksowy, którym posługuje się autor. A także język w ogóle – język jako system znajdujący w sobie miejsce na wciąż nowe wyrażenia, goszczący zapożyczenia, czasem wracający do tego, co zapomniane, a czasem siłujący się z materią. W nieustającym i, zdawałoby się, przypadkowym ruchu toczy się historia esperanto, o czym świadczą kiełkujące w najróżniejszych miejscach różnorodne inicjatywy: kiedyś – esperanckiego państwa, religii, praktyk mistycznych; kongresów i stowarzyszeń. Dziś – dyskusji i biblioteki. Mówi się o konsolidacji całej myśli narosłej wokół esperanto przez Bibliotekę Narodową. Ostatecznie bowiem każda idea musi dorobić się swojej biblioteki. A „Ideo” powinno znaleźć się na jej półkach.

„Ideo”
Scenariusz i rysunki: Jacek Świdziński
Kultura Gniewu
Warszawa 2026