Rodzina, wychowanie, przemoc – to tematy, które od momentu debiutu przewijają się w twórczości Jana Komasy. Choć od tego czasu polskiemu twórcy udało się zaistnieć na arenie międzynarodowej – co wymusza pewne ustępstwa – jednocześnie zachował on własny styl i wraca do kręgu interesujących go tematów. Najnowszy „Dobry chłopiec” sytuuje się bardzo blisko tego, o czym Komasa opowiadał w „Sali samobójców”, w „Bożym Ciele” czy w „Rocznicy”. I to wcale nie znaczy, że grany obecnie w kinach film jest obrazem wtórnym –krąży i naświetla te same problemy z różnych punktów widzenia i sięga po odmienne konwencje.
Po dramacie rodzinnym wymieszanym z political fiction Komasa sięgnął po groteskowy thriller połączony z dramatem rodzinnym. Ponownie bohaterowie niemal nie opuszczają ogromnego domostwa, a wszystko, co najważniejsze, zostaje w rodzinie – więcej jednak w ich zachowaniach teatru, przebieranek i udawania jak niegdyś w „Bożym Ciele”. Komasa znów eksploruje motyw skrywania tożsamości, ale dodaje do niego zabawę znaczeniami słów i przemocowy fundament relacji. Dzięki temu „Dobry chłopiec” przywodzi na myśl „Kła” Yorgosa Lanthimosa, który sięgając po surrealną wyobraźnię, naszkicował niegdyś opresyjność tradycyjnego modelu rodziny. Komasa zdaje się mieć podobny pomysł, który dodatkowo miesza z przemocą resocjalizacji ukazanej jak w „Mechanicznej pomarańczy” Stanleya Kubricka. Kto wie jednak, czy stawiane przez niego diagnozy nie są bardziej przenikliwe od tych proponowanych przez Greka i Brytyjczyka.
Tommy, tytułowy bohater, wcale nie jest dobrym chłopcem. Imprezuje bez zahamowania: ćpa, pije, uprawia przypadkowy seks, nie zważając na konsekwencje. Gdy nie balanguje, prześladuje słabszych i rozbija po pijaku samochody. Jest klasycznym „bad boyem”, niedbającym o nic poza zgrywą i szyderą. Po jednej z wyniszczających imprez budzi się półprzytomny w czyjejś piwnicy z obrożą na szyi. Właśnie rozpoczyna się proces jego resocjalizacji, przez którą ma zamiar przeprowadzić go Chris ze swoimi najbliższymi – synkiem Jonathanem i żoną Kathryn. Relacje między postaciami są niejasne. Czy Tommy jest ich synem? Czy rodzina to banda psychopatów rodem z „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”? Czy Chris jest kimś pokroju oprawcy z filmu „Pokój” Lenny’ego Abrahamsona? Ma dobre czy złe zamiary? Pozostaje jedynie ocenianie po pozorach. Zachowanie Tommy’ego oczywiście nie jest akceptowalne ani społecznie, ani etycznie – ale metoda resocjalizacji także.
Komasa zadbał, by od samego początku widzowie mogli wziąć całą sytuację w nawias, fabuła wydaje się bowiem szyta odrobinę zbyt grubymi nićmi. Tommy swoim zachowaniem delikatnie osuwa się w groteskę, a Chris bywa karykaturalny, nie wspominając już o jego snującej się po domostwie bladej żonie i nieco zbyt szeroko uśmiechającym się synku. Szybko okazuje się, że przyjęta z początku konwencja thrillera jest tylko rozpościeraną przed widownią zasłoną – pozorem, bo twórcy wcale nie mają zamiaru podążać za jej wytycznymi. W konsekwencji ani nie czujemy potrzeby kibicowania zakutej w łańcuch ofierze, ani nie wgłębiamy się w psychologię oprawców. Tym samym nasuwające się na starcie banalne pytania o to, czy przemoc można zwalczać przemocą, a miłość wzbudzać tresurą, na szczęście zostają unieważnione.
Autorzy scenariusza, Bartek Bartosik i Naqqash Khalid, tak rozpisali tę historię, by można było czytać ją raczej jako parabolę. Dzięki temu przenoszą naszą uwagę na bardziej uniwersalne i mniej oczywiste problemy, począwszy od przemocy wychowania w obrębie rodziny, na kulturze jako źródle cierpień skończywszy. Postać Chrisa to figura ojca, prawodawcy, który lepiej wie, co dobre dla jego podopiecznego – syna, obywatela, a może nawet wyznawcy Boga jedynego, bo tę historię można również interpretować w kontekście religii. Metody „resocjalizacji” realizowanej przez bohatera wydają się tu drugorzędne – bicie pałką teleskopową, paraliżowanie i trzymanie na łańcuchu nikogo by przecież nie przekonało jako właściwa droga powrotna na łono zrehabilitowanych. Chodzi raczej o intencje: ojciec jest surowy, ale jego działania są wynikiem troski, jest nieubłagany, ale kieruje się instynktem opiekuńczym, sporo w nim bezwzględności, ale jest zainteresowany i postępami „syna” i dumny z nich.
Potraktowanie fabuły jako paraboli sprawia, że pryncypia filmowego ojca jawią się jako znajome. Czy nie jest to ta „trudna miłość”, która każe rodzicom siłą zawozić uzależnione dzieci na odwyk? Czy nie przypomina to dyscyplinowania niepokornej córki szlabanem na telefon czy wyjścia ze znajomymi? Czyż nie ma w tym echa troski, wyrażanej stawianiem jasnych granic maluchom, które dopiero zdobywają wiedzę o świecie i o tym, co jest, a co nie jest dla nich bezpieczne? Film Komasy wcale nie zatrzymuje się na tych – znów, całkiem prostych – pytaniach. Sednem jest kwestia tego, na ile rodzic może panować nad dzieckiem? Gdzie zaczynają i kończą się rodzicielska i indywidualna wolność? Czy można jej szukać w zniewoleniu, które odgradza nas od samodestrukcji? A może każda relacja władzy jest toksyczna? Te kwestie komplikują się jeszcze bardziej, gdy parabolę odniesiemy do szerszego poziomu: życia społecznego, politycznego, ustawodawczego. Kto ma prawo decydować o tym, co dla obywateli jest dobre, a co złe? Jak łatwo frazesy o wolności i opiece mogą się zamienić w dyktaturę? Na tak stawiane pytania Komasa nie daje odpowiedzi – być może słusznie, bo musiałoby się to skończyć nieumotywowanym dogmatyzmem. Reżyser woli raczej problematyzować i liczyć na rozwikływanie znaczeń, niż nieodpowiedzialnie szafować nazbyt prostymi rozstrzygnięciami.
W tym świetle intrygujący okazuje się finał, z którego wynika, że zainteresowanie jest lepsze od obojętności, a zarazem może być ono również narzędziem manipulacji nadwyrężającym zaufanie i niszczącym fundamenty człowieczeństwa. Zakończenie filmu da się interpretować zarówno jako przykład syndromu sztokholmskiego bohatera, jak i powrót na łono rodziny dziecka, które zdążyło przejść fazę buntu i doceniło trud wychowawczy rodziców. Komasa do samego końca nie daje nam satysfakcji ani oddechu. Trudno bowiem ocenić, czy serwuje widzom happy end, czy intensyfikację horroru.
Równie przewrotni twórcy filmu są w rozważaniu kwestii klasowości. Zachowanie Tommy’ego pozwala go zaszufladkować jako typowego przedstawiciela brytyjskiej lower class, natomiast członkowie rodziny Chrisa to zdecydowanie reprezentanci upper-middle class, może nawet higher class: mieszkają w starej posiadłości otoczonej imponującym ogrodem, wielbią klasyczną literaturę i każą chłopakowi czytać wyrafinowane książki, podczas gdy ten nie sięgał do tej pory nawet po pośledniejsze tytuły. Tommy przechodzi klasową tresurę: niezależnie od jego pochodzenia, narzucony mu zostaje określony styl życia – w przekonaniu rodziny bardziej godny. Na tym poziomie fabularnym reżyser przygotował jednak odpowiednią przewrotkę, z użyciem której z pełną świadomością przerysowuje przywary klasy średniej, tym samym nawiązując do debiutanckiej „Sali samobójców”.
„Dobrym chłopcem” Komasa prezentuje się jako twórca skory do ryzyka. Łatwo można punkt wyjścia opowieści obrócić w banał, kliszę, szok czy wyeksploatować jej motywy. Równie łatwo popaść w moralizatorstwo, które nie różniłoby się niczym od postawy Chrisa. Tymczasem Komasa wytrzymał presję łatwych czy efektownych rozwiązań. Przeciwnie, woli niepokoić, a co wrażliwszych – konfudować. Wszystko w imię intelektualnej prowokacji, która odmawiając oczywistych odpowiedzi, każe aktualizować podskórne egzystencjalne i społeczne lęki. Komasa nie serwuje uniwersalnych receptur, obawia się bowiem, że miałyby one w sobie coś z pałki i łańcucha.