Archiwum
22.03.2011

Buntownik bez powodu?

Anna Granatowska
Film

Buntownika, współcześnie wyposażonego w laptopa i telefon komórkowy, pochłania kontestowanie rzeczywistości w obrębie czterech ścian własnego pokoju.

Oglądając najnowszy film Jana Komasy „Sala samobójców”, pomyślałam o zeszłorocznym debiucie literackim Dominiki Ożarowskiej: „Nie uderzy żaden piorun”, – „pierwszej polskiej powieści o pokoleniu urodzonym w III RP”, bo tak rekomendowano odbiorcom utwór. W dyskusjach medialnych nad książką często pojawiało się stwierdzenie, iż bunt dzisiaj jest już niemożliwy. Komasa w swym filmie przygląda się temu samemu pokoleniu, jednakże pyta, jak wygląda osoba, która na taki akt negacji się decyduje. Przysłowiowe barykady zastąpiło dla niej coś dużo mniej oczywistego i trudniejszego do uchwycenia. Buntownika, współcześnie wyposażonego w laptopa i telefon komórkowy, pochłania kontestowanie rzeczywistości w obrębie czterech ścian własnego pokoju.

Kimś takim jest główny bohater filmu, Dominik (znakomita rola Jakuba Gierszała). Znajduje się on w dość szczególnym dla siebie okresie – trwają ostatnie chwile dzieciństwa, za kilkadziesiąt dni czeka go matura. Chłopak prowadzi życie, które zostało zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, zarówno jeśli chodzi o przebieg dnia, jak i proces zdobywania (potwierdzania) odpowiedniego statusu społecznego: chodzi do prywatnej szkoły, ma grono przyjaciół, trenuje judo, w każde miejsce wozi go szofer. O to wszystko zadbali jego rodzice – zaradni przedstawiciele wyższej klasy średniej (Agata Kulesza i Krzysztof Pieczyński). Homoseksualny epizod w życiu Dominika i związane z nim publiczne upokorzenie prowadzą go do wycofania się z realnego życia do wirtualnego świata wykreowanego przez grupę ludzi, nazywających samych siebie „salą samobójców”. Chłopak dostaje się tam na zaproszenie demonicznej i zagubionej outsiderki Sylwii (Roma Gąsiorowska). Tak zaczyna się jego cichy sprzeciw wobec wszystkiego, co znajduje się poza kilkunastoma metrami kwadratowymi własnego pokoju.

Ten świat na zewnątrz to przede wszystkim królestwo jego rodziców (oraz szkoła jako wprawka do niego) uniwersum ogarnięte kryzysem. Literalnie chodzi o zapaść ekonomiczną, z przyczyn zawodowych pochłaniającą parę, z perspektywy całego filmu – kryzys dotknął przede wszystkim takie podstawowe wartości, jak prawda, miłość, szczerość. Stosunki społeczne oparte są tutaj na mierzeniu wartości człowieka miarą odniesionego sukcesu oraz na wyrzucaniu poza nawias zainteresowania i tolerancji wszystkich jednostek nie przystających i nie rokujących nadziei na „nawrócenie” – jak na przykład Dominika w chwili, gdy odsłania swoją orientację seksualną.

Tym aberracjom kontaktów międzyludzkich sprzeciwia się Dominik. Sądzę, że jego specyficzny bunt zawiera w sobie odprysk refleksji Petera Sloterdijka nad postacią współczesnego cynika. Bohater jest właśnie takim typem człowieka obdarzonego świadomością „utraconej niewinności”. Przejrzał on reguły obowiązujące w życiu społecznym i w pełni zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest ich w stanie zaakceptować, a już na pewno – zmienić. Rodząca się u niego postawa to swoista kombinacja odrzucenia (całego fałszu, któremu nie potrafi i nie chce przyklasnąć) i bycia odrzuconym (przez otoczenie, które przecież nie chce go takim jakim jest; w swojej obecnej kondycji stanowi on raczej obiekt kpin i materiał nadający się do mozolnej pracy nad przeobrażeniem w kogoś mieszczącego się w normie). Jednym rozwiązaniem sytuacji jest dla Dominika całkowite zanegowanie rzeczywistości, w której nie chce uczestniczyć i konstruowanie swojego własnego świata, równoległego wobec tego namacalnego. Ta sama postawa, chociaż nie znamy jej przyczyn, przejawia się u Sylwii. Dziewczyna również swój bunt wyraża izolacją, a jego najbardziej radykalną formą byłoby samobójstwo, o którym marzy.

W „Sali samobójców” wielokrotnie pojawia się motyw gry, zapowiedziany już w początkowej scenie, gdy bohaterowie znajdują się w operze. Jako zadanie aktorskie w filmie ukazane zostało samo życie wśród ludzi, obarczone konieczności wpisywania się w setki przewidzianych, konwencjonalnych ról, co zostaje obnażone, gdy Dominik parodiuje swojego ojca, a następnie odgrywa powtórnie własne zachowanie. Co ciekawe, deklarację, którą można uznać za życiowe credo głównego bohatera, wypowiada on już w jednej z pierwszych scen. Czyni to jednakże w okolicznościach skrajnie eksponujących sztuczność sytuacji: w szkole, co używając do tego wyuczonych słów komentarza do „Hamleta”.

Film Jana Komasy odwołuje się do estetyki opery. Operowa klamra kompozycyjna zapowiada tragiczną tonację całego utworu oraz niejako „usprawiedliwia” pewne zabiegi, jak na przykład przerysowaną w wielu scenach ekspresję aktorską, którą w innych okolicznościach można uznać za kiczowatą. W tym kontekście również snute przez Sylwię marzenia o wielkiej miłości przezwyciężającej śmierć i pragnienie poniesienia jej we dwoje nie tchną banałem i naiwnością, lecz zyskują szlachetniejszy wymiar. Opowiedzianą historię można wreszcie potraktować jako przetworzenie motywu Orfeusza i Eurydyki (bohater schodzi przecież do swojego własnego piekła i ostatecznie ratuje ukochaną), obecnego w samym filmie w wersji opery Christopha W. Glucka, na którą wybierają się rodzice Dominika ze swoimi przyjaciółmi. Na utworze Komasy swe piętno odcisnęła też, bezpośrednio przez niego przywołana, uwspółcześniona interpretacja „Orfeusza i Eurydyki” autorstwa Mariusza Trelińskiego. W jego wersji Eurydyka jest kobietą ogarniętą myślami samobójczymi, które w końcu realizuje, połykając całą zawartość opakowania tabletek.

Bez wątpienia mogę stwierdzić, iż „Sala samobójców” jest nie tyle objawieniem, co zdecydowanie jasnym punktem w kinematografii polskiej ostatnich lat. Film prezentuje niespotykany na szerszą skalę w Polsce model tworzenia filmów o młodych ludziach i do nich (między innymi) adresowanych. Z perspektywy bliskiej nastolatkowi mówi on o takich doświadczeniach związanych z dojrzewaniem, do których – pomimo ich ogromnej aktualności – często nie jest przywiązywana należyta waga, jak na przykład. autoagresja, próby samobójcze wśród nastolatków, odkrywanie tożsamości seksualnej, brak bliskich relacji z rodzicami. Wszystko to zawiązuje nici pokrewieństwa pomiędzy filmem Komasy a utworami takich amerykańskich twórców niezależnych, jak Gregg Araki czy Gus van Sant. Ogromną zaletą „Sali samobójców” jest to, iż nie marginalizuje przedstawianych problemów, nie zamyka ich w getcie młodości, lecz wpisując je w szeroki kontekst kulturowy, podnosi je do rangi istotnych symptomów choroby współczesnego społeczeństwa konsumpcyjnego. Bunt, który jest udziałem Dominika, jest autodestrukcyjny i w żadnym przypadku nie powinien znaleźć kontynuatorów, jednakże eksponuje coś istotnego: że istnieją jeszcze wartości, w imię których warto się buntować, a naiwne samozadowolenie lub tylko jego symulacja nie muszą być jednymi możliwymi drogami.

„Sala samobójców”
reżyseria: Jan Komasa
premiera: 4.03.2011



Buntownika, współcześnie wyposażonego w laptopa i telefon komórkowy, pochłania kontestowanie rzeczywistości w obrębie czterech ścian własnego pokoju.