„Kto nigdy nie zakochał się w babie od polskiego, niech pierwszy rzuci kamieniem” – napisał ktoś w reakcji na film „Sny o miłości”, trafnie wyrażając empatyczne pobłażanie, z jakim najczęściej patrzymy na tego rodzaju przeżycia z przeszłości. Wydaje się wręcz, że platoniczne zauroczenie nauczycielką to jedno z niewielu doświadczeń zasadniczych, przekraczających ograniczenia nie tylko czasoprzestrzeni, ale też grup społecznych i różnych tożsamości. Także w kinie lesbijskim – czy mówiąc szerzej, bez odwoływania się do konkretnych tożsamości bohaterek: w kinie safickim, skupionym na romantycznych (choć nie tylko) relacjach kobiecych – stanowi jeden z najtrwalszych toposów. Kulturowo temat ten sięga mitu kręgu Safony, a na taśmie filmowej jego ujęcia obecne są co najmniej od lat 30. XX wieku (film „Dziewczęta w mundurkach” z 1931 roku, powstały w czasach rozkwitu weimarskiej kultury lesbijskiej). To właśnie na styku tych dwóch tradycji i perspektyw: powszechnej i safickiej – usytuować można „Sny o miłości”, tegorocznego laureata Złotego Niedźwiedzia na Berlinale, trzecią część trylogii Daga Johana Haugeruda, określanego – może trochę na wyrost – „norweskim Rohmerem”. Film o tyle ciekawy i obiecujący, że można się po nim spodziewać kontemplacyjnej, filozoficznej ramy, jaką reżyser nadał pierwszemu filmowi cyklu, skupionemu na relacjach mężczyzn, zatytułowanemu po prostu „Seks”. Także w „Snach…” widać próbę stworzenia przytulnego, refleksyjnego filmu w sam raz na długie jesienne wieczory, który posłuży analizie zjawiska miłości, a przy tym opowiedzeniu o relacjach – rodzinnych i romantycznych – kobiet w scenerii współczesnego Oslo. Przyjrzymy się rezultatowi tego mariażu.
Historie pierwszej miłości do nauczycielki – czy raczej: pierwszej fascynacji – zazwyczaj mają ustalone napięcie i dramaturgię, przez co niemal piszą się same. Tak jest i w przypadku filmu Haugeruda: bohaterka, siedemnastoletnia Johanne (Ella Øverbye), prowadzi niczym niewyróżniające się życie białej norweskiej licealistki do momentu, kiedy w szkole pojawia się nowa romanistka, Johanna (Selome Emnetu) – ta zbieżność imion łatwo daje się zinterpretować, o czym dalej – w której Johanne się zadurza. Ukrywając i nie rozumiejąc jeszcze swoich uczuć, instynktownie zaczyna szukać sposobu na zbliżenie się do nauczycielki i nawiązanie z nią głębszej relacji, wykraczającej poza schematy narzucone przez plan lekcyjny. Jakiej konkretnie relacji – tego jeszcze Johanne nie wie; wie tylko, że chce być jak najczęściej i jak najbliżej ukochanej. Przyciąga ją osobowość nauczycielki – radosnej, otwartej na uczniów i lekkodusznej, a przy tym wyróżniającej się na tle otoczenia dziewczyny ekspresją i wszechstronnym talentem artystycznym: pasją szydełkowania, której widocznym znakiem są noszone przez Johannę wielobarwne, grube swetry. Johanne – trzeba przyznać, dość cynicznie, ale czego się nie robi w miłosnym amoku – wykorzystuje tę pasję jako pretekst do spotkań z nauczycielką. Kobiety zaczynają widywać się regularnie sam na sam, a ich coraz bardziej intymnym spotkaniom ramy nadaje sztuka tworzona z włóczki, symbol ciepła i schronienia, jakiego brakuje nastolatce w rodzinnym domu.
Haugerudowi, trzeba to przyznać, bardzo dobrze udaje się przedstawić moralną ambiwalencję postępowania młodszej bohaterki (w tym także zaborczość) oraz manipulacje, do jakich się ona posuwa, by zbliżyć się do nauczycielki. Równie udanie ukazuje późniejszą atmosferę niejednoznaczności i psychologicznego (a w nielicznych momentach seksualnego) napięcia między obiema kobietami, wynikającą z niedopowiedzianego statusu ich relacji. Piękne są sceny błąkania się Johanne w dzielnicy szklanych biurowców, szukającej mieszkania nauczycielki. Ujmujące są momenty, w których Johanne niespodziewanie dla siebie odkrywa, że miłość otworzyła jej oczy na miasto, w którym dorastała – ich surowy klimat przypomina, notabene świetny, również osadzony w Oslo saficki thriller sprzed kilku lat, czyli „Thelmę” Joachima Triera. Niestety – w przeciwieństwie do filmu Triera – w przypadku „Snów…” na szczerości w oddawaniu negatywnych, a co najmniej ambiwalentnych uczuć oraz sprawnym wykorzystaniu miejskiej przestrzeni zalety kobiecego wątku romansowego się kończą. Wielka szkoda, że tak niewiele dowiadujemy się o Johannie, która okazuje się raczej projekcją pragnień nastolatki niż bohaterką z krwi i kości wnoszącą swoją perspektywę do tego – jakkolwiek platonicznego i raczej jednostronnego – romansu. Niewiele bowiem – poza włóczkowym sztafażem – w relacji tych dwóch bohaterek się splata.
Mnożą się za to klisze. Nauczycielka jest uosobieniem wolności artystycznej i nieskrępowania, biegle mówi po francusku, szydełkuje i tworzy relacje z kobietami, co składa się na dość stereotypowy obraz „wyzwolonej”, „artystycznej”, ale przepełnionej niejasną melancholią lesbijki, znany z filmów z przełomu lat 90. i 2000. (przykładem niesławny obecnie lesbijski klasyk „Sztuka wysublimowanej fotografii” z 1998 roku). Film Haugeruda, chociaż skupia się na perspektywie zakochanej uczennicy i ostatecznie pokazuje samozwrotność i klaustrofobię, jaką rodzi nieodwzajemnione uczucie, w dużej mierze powiela – świadomie czy nie – kliszę lesbijki jako zmysłowej uwodzicielki o niejasnych motywach, unikającej odpowiedzialności za zamieszanie, które było jej dziełem lub udziałem, w momencie gdy jest to dla niej wygodne. Tę wizję wzmacnia praca kamery rejestrującej to, co najbardziej interesuje Johannę – czyli fizyczność, „miękką skórę”. Kiedy zauroczenie wychodzi na jaw, reżyser skupia się wyłącznie na seksualnym aspekcie tej relacji, co można by uzasadnić względami prawnymi, te jednak są w filmie jedynie wspomniane i (co dość zaskakujące), nie odgrywają w całej historii roli znaczącej. Pewne niuanse fabularne pozwalają nieco odrzucić wizerunek lesbijskiego wampa o artystycznym zacięciu. Trudno się wyzbyć wrażenia przedmiotowego i niesprawiedliwego potraktowania nauczycielki nie tylko przez zakochaną w niej Johanne – co jeszcze można zrozumieć, gdyż miłość, zwłaszcza pierwsza i niedoświadczona, często opiera się na uprzedmiotowieniu – ale również przez samego reżysera. Jakkolwiek można docenić autentyczne przedstawienie uczucia Johanne – przepełnionego tęsknotą, zaborczego i brutalnego – nie usprawiedliwia to pretekstowego potraktowania relacji dwóch bohaterek do opowiedzenia tak naprawdę o czymś innym, na co zresztą wskazywać może zbieżność imion, przeglądających się w sobie. O czym zatem opowiadają „Sny…”?
Odpowiedź znajdziemy, oglądając negatyw wątku romansowego i przyglądając się marginesom. Przede wszystkim rodzinie Johanne, tworzonej przez same kobiety: nią samą, matkę i matkę jej matki. W rodzinie tej, jak już wspomniano, żyjącej w rygorze chrześcijańskiej religijności dyktowanym przez babkę, relacje opierają się bardziej na niedopowiedzeniach i założeniach dotyczących moralności niż otwartości i empatycznej rozmowie. Nie bez znaczenia dla wymowy filmu jest też to, że rodzina ta ma tradycje artystyczne: babcia Karin (Anne Marit Jacobsen) jest sławną norweską poetką, chociaż obecnie sztuka w jej życiu stała się bardziej ograniczającym przymusem (Karin przeżywa blokadę twórczą) niż, jak w przypadku nauczycielki, organicznym źródłem inspiracji. Johanne, jej wnuczka, także odkrywa w sobie ambicje artystyczne, ale dzieje się to stopniowo, w relacji nie z babcią – z którą dziewczyna nie może znaleźć płaszczyzny porozumienia – lecz z Johanną. Próbując rozpoznać, co sama czuje, Johanne zaczyna pisać dziennik i to jemu zwierza się z rodzącego się uczucia. Dokumentuje rozwój relacji – najpierw cierpienie w szkole po dniu, gdy nauczycielka nie zwróciła na nią uwagi, i euforię, gdy uda się ją choćby zobaczyć w korytarzu; później spacery w okolicy zamieszkania Johanny po tym, jak zdobywa jej adres w internecie; wreszcie intymne spotkania w mieszkaniu, kiedy ta już zaprosi ją do środka, i wspólne chwile spędzone na szydełkowaniu. Jednocześnie – ponieważ nastolatka sama żyje wśród artystek – widzi, że zapis tej relacji powoli zbliża się do literatury, a może nawet staje się od niej nieodróżnialny. I to ten wątek wydaje się najbardziej interesować Haugeruda.
Wracamy tutaj do punktu wyjścia i najważniejszego chwytu zastosowanego w „Snach…” – cała historia Johanne i Johanny jest bowiem umieszczona w perspektywie relacji życia i literatury właśnie: od pierwszej sceny poznajemy ją z punktu widzenia narratorki jako przyszłej pisarki, autorki prozatorskiego debiutu, której głos z offu przytacza autobiograficzny zapis oparty na kanwie historii przedstawionej na ekranie. Równolegle – to żaden spojler, ale wielokrotnie otwarcie rozgrywane rozwiązanie – na ekranie oglądamy historię miłosną i wysłuchujemy jej przetworzonej, literackiej wersji oraz poznajemy kulisy wydania zapisków jako książki, głównie poprzez dyskusje w gronie rodziny Johanne, czy jej manuskrypt można przeznaczyć do publikacji. Niestety film Haugeruda przynosi tutaj rozczarowanie jeszcze większe niż w przypadku wątku safickiego: opiewana przez babkę jakość literacka manuskryptu – który jest również treścią narracji prowadzonej z offu przez Johanne – o ile broni się jako zapiski nastoletniej dziewczyny, zdecydowanie nie jest wiarygodny jako choćby przeciętne dzieło literackie.
To dość konsternujące, zważywszy na to, że film nie podsuwa żadnego rozwiązania tej rozbieżności. Co więcej, dość miałkie dyskusje o granicach życia i literatury (pozbawione choćby odniesień do autofikcji i oparte raczej na uproszczonych dychotomiach rodem z XIX-wiecznych dyskusji o realizmie) oraz „tajemnica”, McGuffin zawarty w manuskrypcie, a tym samym w scenariuszu filmu – pytanie o prawdziwe motywy nauczycielki – wciągają nas w wielopoziomową, niejasną grę, której stawką są zarazem rozstrzygnięcie moralności Johanne oraz rozróżnienie między życiem i fikcją. To – ponownie – nadmiernie komplikuje sprawę i zasiewa więcej pytań, niż podsuwa możliwych kierunków czy odpowiedzi.
Trudno się w tym gąszczu odnaleźć, zwłaszcza że fabularne niespójności i braki w wiarygodności psychologicznej bohaterek, nie mówiąc o pomijaniu czy unikowym potraktowaniu etycznych aspektów ich relacji na rzecz rozwijania – niejasno z nimi powiązanych – odniesień religijnych, także nie służą jako treściwe spoiwo tej literackiej i filozoficznej ramy. Utrudniają zaangażowanie się w historię bohaterek, ale też w roztrząsania filozoficzne. Nie pomagają nawet cytaty z klasycznych norweskich poetów.
„Sny o miłości” – mimo kilku bardzo udanych scen, jak na przykład wspomniane miejskie lub kobiece spotkanie w lesie z grzybiarkami czy ostatnia, pokazująca, że Haugerud jednak odrobił lekcję z safickiego kina i nie powiela wszystkich jego historycznych kardynalnych błędów – trudno uznać za udany traktat o miłości czy opowieść o (wyobrażonym) romansie dwóch kobiet. Nie przemawia też do mnie jego wizja jako przytulnego filmu na jesienne wieczory – wydaje się, że wznosząc konstrukcję intelektualną, po prostu zagubiono po drodze empatię i szacunek do uczuć głównych bohaterek i nie pomoże w tej sytuacji nawet tona włóczki. Jeśli Haugerud opowiada sen o miłości, to jest to nadal sen wyśniony podług męskiego wyobrażenia o zakochiwaniu się w sobie kobiet, mówiący niewiele o doświadczeniach i wyzwaniach queerowej młodzieży w środowisku religijnym i rodzinnym, ale traktujący je jako pretekst, żeby opowiedzieć przede wszystkim o samym śniącym. Każdy, kto śni, czyta lub kocha, a zwłaszcza każdy, kto kiedyś się zakochał w babie od polskiego – a jak już ustalono, takich osób jest sporo – znajdzie tu coś dla siebie. Niestety najmniej dla siebie znajdą tu same baby.