Bohaterowie „Tylko durnie żyją do końca”, najnowszej powieści Zyty Rudzkiej, są trochę jak Matthew, Isabelle i Theo z „Marzycieli” Bernarda Bertolucciego: niepokorni, skandaliczni, we trójkę przeciwko światu. Może u Rudzkiej tylko nieco starsi, nieco schorowani, trochę ociężali. Łączy ich odruch moralny buntu i kontestacji społecznych norm, ale różnią forma i estetyka. Bo w przypadku powieściowej trójki formy te nie są zbyt wystylizowane. Zamiast leniwego sączenia wina – upijanie się pigwą-bimbrem (własnej roboty), zamiast intelektualnych uniesień – milczenie lub bełkot. Hegel może i kiedyś był ich książeczką do nabożeństwa, teraz służy za podkładkę pod tyłek. Nikt tu nie spróbuje pobić rekordu w biegu przez Luwr, nikogo specjalnie nie rozpala sytuacja na świecie. Ale mimo wszystko – jest ok. Jak wyznaje na samym początku powieści jej narratorka, Lida: „Mam dobre życie, szczodre jak świński cyc” (s. 7).
Otwierające „Tylko durnie…” zdanie sprawia jednak pewien kłopot. Czy tak się zaczynają powieści? Od dobrego życia bohaterów? Teraz w zasadzie wszystko może (powinno) iść w dół albo przynajmniej pod górkę. Tymczasem narratorka oraz jej dwóch towarzyszy utrzymują życie całkiem stabilne. Lida, była gimnastyczka, uczy wychowania fizycznego w wiejskiej szkole; Ziut, lokalny hydraulik, próbuje pozbierać się po udarze; Roch, geodeta z biograficznymi epizodami intelektualisty, głównie destyluje napitki, które później przez cały rok wszyscy spożywają. I poza epizodami – odwiedzinami ojca lub córki Lidy, urozmaiceniem pigwy halucynogennymi grzybkami, przygarnięciem porzuconej świnki miniaturki zamiast zwykłego w tych stronach porzuconego psa lub kota czy wyprawą do miasta na pogrzeb – ich życia są względnie statyczne, być może nawet trochę nudne. Nudne z premedytacją, bowiem tego, zdaje się, szukała Lida, gdy przed laty porzuciła miasto i wygodne życie córki wziętych prawników.
W trakcie lektury kołatało mi w głowie pytanie: czy Lida i spółka przegrali życie, czy może wygrali? Przyznaję się do tego z pewnym wstydem, ponieważ od takich klasyfikacji bohaterowie zdają się uciekać. „Wygrać” czy „przegrać” to tyle, co wpisać się w dwuwektorowe równanie jakiegoś systemu. A Lida, można powiedzieć, wciela w życie słowa Slavoja Žižka z „The Pervert’s Guide to Ideology” i żąda trzeciej pigułki. Próba odpowiedzenia na dręczące mnie pytanie – bądź co bądź sztampowe lub, ujmując je bardziej w poetyce Rudzkiej, durnowate – to władowanie się na interpretacyjną minę. Jeśli już upierać się przy „porażce”, to należałoby ją traktować jako „sztukę przedziwną”, uwalniającą i rozsadzającą obsesje naszego świata; „porażka” więc niewiele z porażką ma wspólnego. Na ostrzu noża nie stawiamy żadnej sprawy, bo nie ma tu ani sprawy, ani nawet noża – wszystko jest nierozstrzygalne, a próby uziemienia sensu nie przynoszą efektu. Samo stwierdzenie nierozstrzygalności to jednak kolejna pułapka – bo i z niej niewiele wynika.
Mimo wszystko sądzę, że warto się zastanowić, dlaczego Lida z lekkością rezygnuje z uprzywilejowanego życia dużo poniżej ambicji swoich rodziców. Trudno jednak o takie uzasadnienie decyzji o ucieczce na wieś, które nie banalizowałoby tego gestu albo, co może być nawet gorsze, nie nadpisywałoby na nim wzniosłych sensów. Tymczasem nie była to dramatyczna decyzja. Żadna tam fantazja o rewolucji i obaleniu systemu. Lida swojego sprzeciwu ani nie reklamowała, ani też nie wyjaśniała. Bo po co i komu? Zamiast wydania przyjęcia na swoją cześć, z miasta uciekła po swojemu: po cichu, acz zdecydowanie. Stąd mój problem z jej przyszpileniem. Większość współczesnych form kontestacji odbieram jako przerażająco performatywne: nie wydają się mieć zbyt wiele radykalizmu czy nawet przypisywać same sobie większego znaczenia. Z tego powodu Lida okazuje się dość niedzisiejsza – w sensie: niecodzienna, odświeżająca w swoim akcie. A przede wszystkim całkiem autentyczna. Nie tylko na marginesie życia społecznego, lecz także na marginesie wszelkiego usieciowienia.
Korci mnie więc, by doszukiwać się w postawie narratorki „Tylko durnie…” tego, co tak fascynujące jest w Bartlebym – lecz znów, coś w tej analogii uwiera. Lida swoją odmową wejścia w system nie wyraża uprzejmego „wolałabym nie”, które w bezwolnej grzeczności i konieczności doprowadziło biednego kopistę do samozapadnięcia. Gdyby więc narratorka miała się stawić w biurze czy w kancelarii, nie tylko nie „wolałaby nie”, lecz bez zbędnych wyjaśnień odwróciła się na pięcie. Sprzeciw Lidy jest w pełni aktywny i tym gwałtowniejszy, im mniej zrozumiały z perspektywy produktywności czy płytko rozumianego życiowego sukcesu. Porzucić świetlaną (albo przynajmniej zabezpieczoną) przyszłość? Uparcie kokosić się na kolejnych marginesach? Bo nie chodziło o bunt przeciw miejskiemu, inteligenckiemu uprzywilejowaniu – wszak w wiejskiej społeczności czy w szkole, w której uczy, bohaterka także nie stara się socjalizować czy „zajmować pozycji”. Znaczące jest także, że jej stary dom znajduje się na skraju wsi, daleko od innych zabudowań.
Być może odpowiednim byłoby zaliczenie Lidy do gatunku ludzi nieznacznych, tej dziwnej gromady, którą opisała Agnieszka Dauksza. Znowu jednak coś mnie uwiera w tym określeniu. Czy „bardziej nieznaczna” nie była Wera, bohaterka poprzedniej książki Rudzkiej, „Ten się śmieje, kto ma zęby”? Wygadana fryzjerka, która tak pewnie stąpała po ziemi, jak pewnie swoim językiem obracała rzeczywistością – ona raczej nigdzie nie emigrowała, lecz manifestowała swoją autonomię. Jednak słowa Lidy układają się w zgoła inną osobowość. Jak Wera swoją mową rozdymała, zgniatała i ścinała rzeczywistość niczym kudły wedle fryzjerskiego uznania, tak Lida kolekcjonuje punkty w innej językowej dyscyplinie. Jest nieco bardziej zbalansowana i skupiona, a swoimi piruetami – w końcu to porządna gimnastyczka – zarządza świadomie. Jej występy skrojone są według przemyślanej kompozycji: nie wszystko na raz, trzeba dobrze zarządzać napięciem. I choć jej gimnastyczna równoważnia stoi nieco na uboczu, gdy zacznie swój występ, wszystkie oczy będą zwrócone na nią.
Lida – mimo bardzo zbliżonej do Wery niezgody na bycie ofiarą konwencji – uprawia w mojej opinii sztukę zaniechania, którą Zofia Zaleska opisała „nie jako bezsilność, pasywność, konsekwencj[ę] smutku i zwątpienia, ale rodzaj wyboru, który może przynieść ulgę i poczucie wolności. […] odmowa działania jawi się jako pociągające wyjście, jedyna słuszna strategia oporu wobec presji nieustannego rozwoju i wydajności”[1]. Lida, śmiało można to powiedzieć, wypina się na „wygrane” życie. Powinniśmy jednak pamiętać, że określenia wygrania/przegrania odnoszą się do pewnego systemu wartości. A skoro został on odrzucony, to co w zasadzie znaczą epitety i klasyfikacje? Czy są jakkolwiek użyteczne bądź zasadne?
W ramach takich dylematów najsłodsze są bezużyteczność i własnoręcznie pędzony bimber-pigwówka. Do tego im dalszy od performatywności jest ten bunt i sprzeciw, tym większe robi wrażenie. A im usilniej klasyfikujemy Lidę rozmaitymi etykietami, tym gwałtowniej ona się nam wymyka. Wspaniale ilustruje to scena spotkania ze znajomymi córki, którzy dosłownie zamęczają bohaterkę parodią lewicująco-intelektualizującego bełkotu i co bardziej wrażliwymi wariantami czułostkowości. Jest w tym być może wytknięcie powierzchownego i trywialnego użycia modnych dyskursów współczesnej humanistyki, ale widzę w tym także dyskretne ostrzeżenie dla czytelników i recenzentów, by za bardzo na tych dyskursach nie polegać przy lekturze powieści (zwłaszcza znając krytyczny stosunek pisarki do słowa „dyskurs”). Należy więc unikać ich używania do przyszpilenia bohaterek Rudzkiej – Lidy, ale też Wery – by opakować je w zgrabną i błyskotliwą interpretację.
Odrzucając upierdliwości życia społecznego, Lida lekceważy społecznie motywowane moralności. Bo nie obchodzą jej nie tylko miastowa wrażliwość, lecz także obyczaj niewielkiej mieściny, w której mimo wszystko (niechętnie) bohaterka jakąś rolę odgrywa. Gdy uczy kogoś pływać, pomaga w aborcji czy pożycza pieniądze, to w pełni autonomicznie, nieponaglana żadnym poczuciem obowiązku poza własną wolą. Gdy czuje, że należy upomnieć się o czyjąś krzywdę, nie przejmuje się lokalnymi hierarchiami i kręgami uznania. Nie wiąże jej też żadne poczucie wstydu czy skrępowania; swoim zachowaniem zdaje się wręcz rzucać wyzwanie każdemu, kto mógłby chcieć zaprotestować wobec jej nagości, niezbyt normatywnej relacji z Ziutem i Rochem lub radykalnej potrzeby wolności.
Osobność i pewną obojętność Lidy doskonale obrazuje jej obsesja pływania w rzece. Ponownie jednak narratorka „Tylko durnie…” wymyka się mojej próbie przyszpilenia. Mam wrażenie, że nazywając to obsesją, banalizuję całą rzecz. Wejście do rzeki ma niewątpliwie charakter rutyny, jednak znacznie przekracza codzienną gimnastykę. Związek, który tu występuje, przybiera raczej parareligijny sznyt, w którym Lida jest nie tylko członkinią kościoła-rzeki, lecz także jego jedyną kapłanką, wprowadzającą kolejnych wiernych (swoich uczniów, schorowanego Ziuta po udarze, starszą sąsiadkę). Można nazwać tę relację jakąś wspólnotą, jednak osobiście skłaniam się ku określeniu nieco bardziej metaforycznemu: Lida się z rzeką rymuje. Tym rymem, wspólnym dźwiękiem, jest dryf. Dryf rzeki – dryf Lidy przez życie; Lida i rzeka są tak samo określone przez dryf. Raz na jakiś czas nurt mocniej wezbrze – w rzece i życiu – czasem przepłynie jakiś śmieć, stara puszka, która skaleczy stopę, bywa, że rzeka kogoś porwie, tak samo ktoś zniknie z życia. Lida i rzeka są względem siebie równoległe, dźwięczące tym samym tonem.
„Tylko durnie…” jest w jakimś stopniu jednocześnie ironiczną i czułą (w sensie empatycznego uznania innej niż własna perspektywy) trawestacją wielkomiejskiej fantazji o życiu na wsi. W zestawieniu z sielankowym marzeniem o ciszy i odskoczni od zgiełku powieść Rudzkiej wypada niemal wulgarne. Kontakt z naturą – przez tak wielu upragniony – jest równocześnie kontaktem z zanieczyszczeniem środowiska; porzucenie jednego zestawu moralności i powiązań oznacza wejście w inne – które tak czy inaczej trzeba jakoś zbijać; po pewnym czasie najlepszym pomysłem na spędzanie długich wieczorów okazuje się konsumpcja bimbru-pigwówki. Mimo tego wszystkiego Lida, Ziut i Roch stwarzają coś na kształt idylli. Złamanej i odromantyzowanej, niezbyt ładnej i kochanej, ale mimo wszystko idylli. Bo życie – jakie by nie było – okazuje się szczodre jak świński cyc.