Znana strategia oswojenia niepokojących zmian w świecie polega na wypchnięciu obawy na czasowy margines, uczynieniu z nich domeny przyszłości – nie tyle realnej, co spekulowanej. W najnowszej książce Agnieszki Wolny-Hamkało jednak nie potrzeba ucieczki na inną planetę czy przeniesienia w czasie o kilka dekad, aby to, co codzienne, przeplotło się z elementami science fiction. Jeśli ktoś potrzebuje zanurzenia w wykreowane od zera, niemimetyczne uniwersum, ostrzegam, że nie tędy droga. Bo w „Trafostacji” jest prawie tak samo jak u nas.
Młodzi bohaterowie mieszkają w polsko-ukraińskich blokach, dorabiają sobie przy sprzątaniu pokojów hotelowych, palą papierosy, a wolne chwile spędzają na łące lub w pobliskiej piekarni. Kiedy czegoś nie wiedzą, pytają o to AI, a gdy na ich drodze zaczynają pojawiać się nieoczywiste znaki, skanują je jak kody QR w paczkomacie, bo „W końcu teraz prawie wszystko tak działa” (s. 87). Wprawdzie da się przejść przez powieść z wyostrzonym wzrokiem na niezwykłości, „ze spuszczonymi głowami, szukając nie wiadomo czego” (s. 62–63), ale byłaby to lektura jałowa. Można by odnaleźć dzięki niej tylko „skrawek materiału, który okazał się chusteczką do okularów, paczkę po camelach […], tampon, kawałek biedronki” (s. 62–63) – czyli zupełnie nie to, co się chciało. Zamiast tego warto zmierzyć się z niewygodnym „teraz” akcji, zmuszającym do konfrontacji z aktualnymi wyzwaniami, które zostały zasygnalizowane w książce. Nie trzeba szukać daleko. Po skrótowym rozpoznaniu przestrzeni i nastroju powieści nietrudno będzie się w niej przejrzeć i odnaleźć klucz do zrozumienia własnej jednostkowej kondycji, ale również do zdiagnozowania szerszych zjawisk społecznych.
Narracja ogniskuje wokół tytułowej stacji transformatorowej, która jest centrum opowieści i przyczyną anomalii, od której promieniują główne wydarzenia. Decyzje podejmowane w podziemnych laboratoriach bezpośrednio wpływają na świat ludzi różnie reagujących na niejasne zjawiska. Jedni czują potrzebę ostrzeżenia zagrożonych mieszkańców, skandują „Do-syć-por-wań-na-ba-da-nia!” (s. 35) i mimo dobrej woli i, jak się okazuje, pełnej racji – są nazywani foliarzami. Drudzy udają, że problem nie istnieje, za to po stracie bliskich planują wyjazd, zdając sobie sprawę, że „Każdy kontakt z tym gównem kończy się śmiercią” (s. 125). Na szczęście są jeszcze nastolatkowie, którzy z różnych pobudek biorą udział w śledztwie – zazwyczaj nie wynika to z młodzieńczej brawury, tylko głębokiego związku z historią zaginięć. Przykładowo gdy Szymon próbuje odkryć przyczynę śmierci swoich dziadków, nie jest w stanie uwolnić się od widoku odwróconych twarzą do ziemi ciał, który obsesyjnie do niego wraca. Twaróg natomiast szuka przedmiotu swoich uczuć, Majki, i zdaje się, że nic innego nie dałoby rady oderwać go od kariery dość nieudolnego sutenera. Decydują się jednak na działanie, ryzykując wejście do trafostacji.
Tuż po przekroczeniu progu nie ma zbyt wielu zaskoczeń. We wnętrzu przeważają metalowe albo przezroczyste powierzchnie, winda nieoczekiwanie zmienia trajektorię, a tajemnicze drzwi pojawiają się jedne za drugimi. Podziemie od pierwszej chwili wywołuje w Szymonie i Musze niejednoznaczne odczucia. Mogliby określić je jako piękne, „gdyby nie groza, która towarzyszyła im od początku wyprawy” (s. 90). Odczuwana przez bohaterów obcość wynika z wrażenia, że są jakby po drugiej stronie miejsc, w których zwykli bywać. Kilkakrotnie pojawia się porównanie podziemia z netflixową megaprodukcją, którą ktoś w tajemnicy zorganizował we wnętrzu niepozornego budynku. Wypełniające przestrzeń przemysłowe światło daje poczucie, że jest się pod ciągłą obserwacją oka kamery – nawet będąc akurat w roli osoby podglądającej, która nielegalnie wdarła się do podziemi trafostacji w celu odbicia współziomków. Być może mrok dawałby bohaterom większe poczucie bezpieczeństwa niż światło, będące „jak unoszący się w powietrzu świerkowy aromat, przez który przebijało coś technicznego, chemicznego – zapach chloru albo plastiku” (s. 93). Próba odtworzenia w sztucznym świecie niepowtarzalnego zapachu kończy się niepowodzeniem, ponieważ sentymentalne doświadczenie psuje tandetna woń chemii. Jakby w miejscu prawdziwej choinki umieścić samochodowy Wunder-Baum.
Świat ludzi próbuje na wielu płaszczyznach zostać przełożony na robotyczny odpowiednik, ale ten okazuje się podróbką, kopią nieuchwytującą sedna. W zamyśle architektonicznym został pomyślany jako perfekcyjnie zoptymalizowana struktura, w której „liczyły się wyłącznie względy praktyczne” (s. 91), a piękno pozostawało mamiącą fasadą. Na tyle skuteczną, że pozwalało kamuflować nielegalne działania prowadzone przez Instytut, a przede wszystkim sprawiać, że obecne w podziemiach ofiary ulegają czarowi przerażająco sterylnej przestrzeni.
W wyniku sił działających w okolicach trafostacji każdy kontakt z tym miejscem wiązał się z silnymi objawami. Już przy wejściu do budynku nastolatkowie stawali się senni, „poruszali się wolniej niż zwykle i z trudem formułowali myśli” (s. 86). Można rozumieć te pierwsze odczucia bohaterów sprzed poznania tajemnic Instytutu z jednej strony jako przestrogę, a z drugiej – antycypację doświadczeń z wnętrza trafostacji. Granice działania podziemnych sił przebiegają dalej, niż mogłoby się wydawać, a obojętność i poczucie słabości towarzyszą bohaterom na długo zanim zjadą pod ziemię. Bez wyraźnej przyczyny zaczynają odczuwać takie zmęczenie, jakie czuje się „pod koniec zimy, kiedy ciało nie ma już skąd brać energii, a umysł widzi wszystko w ciemnych barwach i zasypiamy za późno, na słabych filmach, objedzeni czekoladą, z niejasnym poczuciem porażki” (s. 48). Cała przestrzeń przedstawiona ogarnięta jest oczekiwaniem – na kolejne porwanie, zabójstwo albo przebudzenie, które wskazywałoby, że to tylko zły sen.
W podziemiach trafostacji stan bohaterów tylko się pogarsza. Obserwując mieszkających pod ziemią ludzi, łatwo zauważyć charakterystyczne zachowania. Wszyscy chodzą powoli „jakby dopiero się rozbudzali” (s. 93) albo „mieli buty oblepione błotem” (s. 102), nie patrzą na siebie nawzajem, całkowicie pochłonięci własnymi myślami. Są emocjonalnie przezroczyści, na ich twarzach wyraźnie widać to, co przeżywają, mimo że nie są to bodźce o wysokiej intensywności. W świecie nadzorowanym przez posługujące się chłodną kalkulacją roboty nie ma miejsca na ekspresję. Jeśli pojawia się bodziec, reakcja jest efemeryczna. Na twarzach porwanych można dostrzec jedynie krótkie „trailery emocji, zapowiedzi, które nigdy nie rozwiną się w film” (s. 94). Najsmutniejsze jest jednak to, że u zamieszkujących podziemie ludzi doszło do odłączenia. Przejawia się ono odpornością na świat zewnętrzny, całkowitą izolacją od tego, co dzieje się poza jednostką. Kiedy między porwanymi dochodzi do spotkań, dominującym odczuciem nie jest ekscytacja czy ciekawość rozmówcy, ale głębokie poczucie osłabienia, uniemożliwiające tworzenie więzi. Jedynym rozwiązaniem jest ucieczka w samotność, która rzekomo miałaby służyć odzyskaniu sił. Opisany stan rzeczy wynika z organizacji świata, stworzonego w taki sposób, by niwelować ludzkie funkcje niepotrzebne do obranego przez roboty celu. Przymusowa alienacja w przypadku niektórych zmienia się jednak w wybór podjęty z wygody.
Do wszystkiego można się przecież przyzwyczaić. Najwyraźniej nawet do tego, że zostało się porwanym przez roboty i osadzonym w terrarium. Szymon stopniowo zaczął tracić pamięć o świecie „nad”, który przypominał mu ciąg „źle oświetlonych sal” (s. 109) i na pewno miał rację, jeśli zestawić jesienną szarówkę z perfekcyjnie wyregulowanym sztucznym oświetleniem, które nigdy nie zawodzi (i nie ma opcji „listopad”). Problemem jest tylko to, co do czego porównamy – czy prawdę do fikcji, czy fikcję do prawdy – i który element dychotomii potraktujemy jako punkt odniesienia.
Maja, mimo że jest „zatopiona w swym tańcu jak palaczka opium” (s. 98) i nie widzi nic poza własnym mikroświatem, bez ogródek stwierdza, że pod ziemią „Jest wspaniale. Cicho i mało ludzi” (s. 98). Jej wspomnienia całkowicie się zatarły, nie dostrzega alternatywy, a nawet jeśli, to nie wydaje się dla niej wystarczająco atrakcyjna, aby wygrać z bogactwem i świętym spokojem. Dziewczyna wyraża to, do czego dąży świat na powierzchni, nie zważając, jak przerażająco by wyglądał, gdyby owo dążenie się zrealizowało. Również Szymon z błogością myślał o tym, że przed trafieniem pod ziemię „to on istniał dla świata, a tu świat istniał dla niego” (s. 109). Wizja całkowitego egocentryzmu, w którym podporządkowany jest jednostce cały kosmos, jakoś go nie przeraziła.
Pragnienia ludzi na zewnątrz przenikają przez ziemię pod jej powierzchnię, tworząc dystopijny świat, w którym to, co wyśnione, staje się koszmarem. Po jakimś czasie można do niego przywyknąć, a nawet się w nim zadomowić. Jeszcze później dochodzi do utraty świadomości, że można inaczej. Rzadko trafia się wtedy ktoś taki jak Helena, kto zdecydowanym ruchem poda termos z antidotum i umożliwi powrót do zmysłów… Bolesny powrót skwitowany wulgaryzmem i wykrzyczanym „Zwariowałaś?” (s. 109). Helena zarówno otrzeźwia, jak i zaopatruje w dalszą drogę, nadając kierunek, który został całkowicie zatarty przez zanurzenie w hedonizmie. To bohaterka przemieniająca odłączenie na włączenie we wspólnotę, której członkowie nie będą jedynie afirmowali ego, lecz także znajdą konkretny cel wyrywający ich z apatii i izolacji.
Helena jest postacią, która bierze udział w wydarzeniach, ale zawsze wie lepiej i widzi więcej. Można określić ją postacią-kluczem, ponieważ doświadczyła rzeczywistości podziemia, stawiła jej opór i postanowiła podzielić się swoimi wnioskami z innymi, aby więcej osób poznało prawdę i zapragnęło żyć świadomie. Nie bez przyczyny to właśnie ona wygłasza wzniosły monolog wtajemniczający porwanych w mroczne sekrety Instytutu. Jej pewność siebie nie słabnie w obliczu niebezpieczeństwa i nawet pod ziemią czuje się, „Jakby wróciła do domu. Wiedziała, kim ma być, co robić” (s. 138). Będąc wśród ogarniętych apatią ludzi, wyróżnia się witalnością i determinacją. Opis jej charakteru często umieszczony jest blisko zakochanego po uszy, a więc dalekiego od obiektywizmu chłopaka. Wzmacnia to efekt heroizacji bohaterki, o której Szymon mówi z zachwytem, że „Jest taka jasna. Nic jej nie dotyka. I nic jej nie dotknie. Jest święta” (s. 147). Dzięki swojemu stanowi widzi w Helenie to, czego inni nie dostrzegają, a dziewczyna urasta do rangi superwoman. Jej zachowanie faktycznie zdaje się odbiegać od tego, co robią i jak reagują rówieśnicy, a jednak to nadal zwykła nastolatka zajęta swoimi sprawami. Gdy wyjść Szymonowi z głowy, bijący od Heleny blask słabnie, chociaż dziewczyna nadal wygląda na „wypoczętą i spokojną, jakby właśnie zdała najprostszy na świecie egzamin i szykowała się na jakąś wspaniałą imprezę, myśląc już tylko o sukience i papierosach” (s. 147). Przełącza się niezauważenie z trybu normalności w tryb bohaterki, chociaż wokół jej postaci można wyczuć podniosły nastrój, który nie wiąże się wyłącznie z utkwionym w nią miłosnym spojrzeniem.
Momentami zachowanie Heleny może denerwować. Bo czy jest coś gorszego od zdradzenia na końcu historii wszystkich niedopowiedzeń (np. niejasnej ontologii mechapszczół), nawet jeśli robi się to w dobrej wierze? Chyba nie warto żywić o to urazy, bo Wolny-Hamkało umiejętnie gra z konwencją powieści young adult, w której odbiorca musi zostać przez akcje przeprowadzony, bez zbędnych dygresji i otwartych wątków. Monolog postaci jest jednym z takich zagrań. Pojawiają się one również wcześniej, a im bliżej końca, tym są dodawane coraz hojniejszą ręką. Patetyczne klisze należy zatem wziąć w nawias, w czym pomagają metarefleksyjne uwagi.
Kiedy nadchodzi wyczekiwana chwila zadęcia w piszczałki i dezaktywowania podziemnego laboratorium, głos autorki wyłania się z eteru i śpieszy z instrukcją obsługi sceny. Mówi: „W każdej opowieści właśnie tu następuje wyjątkowy moment. Bohaterowie powinni być teraz najpiękniejsi, dobrze oświetleni w rudziejącym zmierzchu. Ale światło było akurat bezbarwne i nijakie, a scenografia płaska” (s. 141). Dzięki temu zabiegowi możliwe jest zatrzymanie się na dłużej, by dostrzec odchylenie od dyktowanej przez konwencję normy. Bo chodź moment naprawdę jest przełomowy, bohaterowie już są poza sztucznym, zaprogramowanym na sukces światem, w którym robi się wszystko „Dla dobra firmy. Dla dobra Instytutu. Żeby udoskonalić technologię. Żeby pomnożyć zysk” (s. 145). Nie ma więc potrzeby retuszowania rzeczywistości poprzez przejęcie strategii działań podziemia.
Przeciwnie, książkę kończy ekspresyjny, wyłamujący się z całości mikromanifest, będący grą na nosie władcom podziemia (czytaj: big techom robiącym z nami nie wiadomo co): „Taaaak, chuj z wami, źli ludzie od szybkich pieniędzy! My się ukryjemy tu, w tym wersie, w całej masie prozy. I nikt nas nie znajdzie” (s. 152).
Poza uwidaczniającymi się w zachowaniu Heleny propozycjami na wyjście z osobistego i społecznego impasu – ponownym włączeniem się we wspólnotę oraz nadaniem kierunku życiu bohaterów – czytelnikom przedstawiona zostaje jeszcze jedna propozycja. Nie jest ona wyrażona wprost, ale stanowi nieodłączną część funkcjonowania powieści. Chodzi o zanurzenie we wszechobecnym świecie sztuki, obecnym w „Trafostacji” poprzez subtelne mrugnięcia okiem do odbiorców (raczej tych nieco starszych niż grupa docelowa). Przykładem na skuteczność tego rozwiązania jest Szymon, który rysuje komiksy, a wokół swojej twórczości buduje społeczność, w ten sposób radząc sobie z trudnymi doświadczeniami. A i samo pisanie oraz czytanie powieści jest przecież wyrazem pewnych obaw, lęków i pytań, które stawia sobie teraz społeczeństwo w dobie upłynnienia granic między ludzkim a nie-ludzkim. A i sama lektura czasopism jest ucieczką od tu i teraz w poszukiwanie odpowiedzi na pytania o rzeczywistość… Sztuka to rodzaj kontrapunktowej przestrzeni, w której możemy się schronić, zebrać siły, przemyśleć wyniesione z lektury zadanie domowe, po czym ruszyć do ataku przeciwko tym, którzy mają przed nami coś niepokojącego do ukrycia.
Zadanie domowe 1: Przetestować choć jedną metodę na wyjście z impasu.
Zadanie domowe 2: Praktykować codziennie.