Nr 14/2026 Na teraz

Systematyczny nieporządek w głowie

Joanna Żabnicka
Literatura Recenzja

Jeśli jesteś, czytelniku, stąd, to wiesz, że wszelkie lokalne remanenty powiązane są z okazją: świętami, końcem roku podatkowego, czyjąś śmiercią. Wszystkie rozliczenia pomyślane są na czas określony, cyklicznie, być może dlatego, że czasem ich skala przerasta i efekt ogranicza się tylko do przestawienia starych szpargałów w inne miejsce. Najnowszy tomik Ilony Witkowskiej, „Ostatni biały kraj”, zbiera wszystko to, co w każdym sensie zastane (także w języku), i z całych sił próbuje nie poprzestać na prowizorycznych porządkach. Książce patronują dwie ostatnie strofy z wiersza Urszuli Kozioł „Glosa: Z wycieczki”:

nie ma się czego bać
w każdym razie
w tym labiryncie nie ma labiryntu
innego

nie ma się czego bać
w każdym razie
to nie w tym tutaj jest tamten drugi
to ten jest w tamtym

Uwagę w motcie zwracają przede wszystkim określenia wskazujące na obserwację świata z konkretnej, wszystkim znanej perspektywy („ten”, „tamten”) oraz zapewnienie, że „nie ma się czego bać”. My stąd tutaj – z tego kawałka Europy, czujni odbiorcy poezji – wiemy od razu, że to, co padło w cytacie, powinno być rozumiane dokładnie odwrotnie. Trzeba się przygotować, bo oto dzieje się najgorsze: zagrożenie czyha w tym, co znane i trzeba mieć się na baczności. Być może nie trzeba nawet sprawdzać, jak brzmiały pozostałe części przywołanego tekstu: hasło wywoławcze padło i teraz to już będzie.

Pierwszy, a równocześnie najdłuższy wiersz z tomiku Witkowskiej, czyli „opowieść fałszywego żółwia”, to wypisy z fraz powszechnie używanych, takie polsko-polskie rozmówki dla tubylców ku pamięci. Zabawne, że pierwszy z zwrotów brzmi „dzień dobry, jestem w rozsypce”, a po nim następuje wysyp fraz gotowych do użycia w wypowiedzi. Trudno wydzielić ich konkretne rodzaje, łatwiej określić ogólną atmosferę, jaką z sobą niosą. Co znaczące, każda oddzielona jest od kolejnej pustym akapitem. Trafiamy tu na zdania reprezentujące wewnętrzne skonfliktowanie, poczucie oszukania czy frazesy kojarzące się raczej z ludźmi ze starszych pokoleń, które nierzadko funkcjonują jako coś na kształt społecznie obowiązujących wierzeń.

Po liście gotowców do użycia, choć bez proponowanego kontekstu, odbiorca napotyka kolejną osobliwość: tym razem jest to tytuł, który nie posiada rozwinięcia. Wytłuszczony wers „kto nigdy nie skłamał, mówiąc cześć?” jest wszystkim, co czytelnik dostaje. Ten zabieg mnie zastanowił – może to próba diagnozy powierzchowności odczytań praktykowanych przez zbiorowość? Etykietkujemy po samych tytułach, mało kto czyta nawet leady. W spisie treści widnieje tytuł, a to przecież dobitnie świadczy o tym, że ciąg dalszy też w tej książce tkwi – kto by to sprawdzał? Witkowska poświęca sporo uwagi tego typu mechanizmom. Śledzenie eksploracji nie tylko języka, ale też książki (lub wręcz jej części składowych) jako czegoś, co nie jest niewinne, ergo neutralne, jest fascynujące i daje sporo odbiorczej satysfakcji.

Warto też przyjrzeć się tytułom wierszy w tomiku. Głównie są to zwracające uwagę z poetyckiego punktu widzenia frazy, czasem cytaty z tekstów kultury; tytułem może być zarówno imię i nazwisko rzeczywiście istniejącego ekonomisty, jak i postaci fikcyjnej, a mimo to uznanej za najwspanialszego czeskiego wynalazcę. Z podobnymi szaradami zdaje się korespondować nawet okładka tomiku w opracowaniu Piotra Zdanowicza, w której wykorzystano fotografię Marcina Urbanowicza. Biorąc książkę do ręki, czytelnik widzi fotografię przedstawiającą fragment nieutwardzonej drogi w znajomym sąsiedztwie trawy znikającej gdzieś we mgle. Biel zjawiska atmosferycznego prawie połyka nawet dane autorki i wprost koresponduje z tytułem książki. Bardzo cenię sobie tego rodzaju wyczucie i uważam za istotne w lekturze, bo może wprowadzić do niej nowe tropy.

dwie noce z rzędu ktoś kaszlał za oknem
– jestem przekonana, że to było do mnie
(…)
nikomu nigdy nie da się wytłumaczyć nic.

(„Przepraszam, czy mogliby panowie płonąć gdzie indziej?”, s. 19)

Przyznam otwarcie, że uśmiechnęłam się, czytając dwa pierwsze wersy, jak do czegoś znajomego. Witkowska portretuje tutaj specyficzną i bardzo tendencję przyjmowania treści do siebie w dotkliwy sposób przy równoczesnym występowaniu niezmordowanej społecznej impregnacji. Mam wrażenie, że to kolejna prezentacja nadmiernego wyczulenia na sygnały zagrożenia, które skutkują nieczułością w innych miejscach. Może dla odbiorcy poezji czytanie między wierszami wydaje się chlebem powszednim, ale kiedy pomyśli się o tej taktyce przeniesionej na inne, nie-literackie sfery życia, to nagle grunt usuwa się spod nóg. Podwójne lub wielokrotne zaprzeczenie („nikomu nigdy nie da się wytłumaczyć nic”), które jest dla języka polskiego czymś naturalnym, staje się na pewnym poziomie komunikacyjną przeszkodą nie do pokonania.

Z językiem pracuje się tutaj jeszcze w innej warstwie. Podmiot wierszy Witkowskiej nie raz doprecyzowuje fragmenty wypowiedzi jakby tylko po to, by zwrócić na nie uwagę. Właśnie ta poprawka może sygnalizować podszycie jakimś złowrogim sensem:

po pierwsze: nie podglądam, po prostu patrzę

po drugie: drżyjcie

(to nie jest groźba, to prezent na pożegnanie, jak kwiat od łopianu)

wszyscy drżyjcie
bo generalnie
należy drżeć

(„ty nawet nie wiesz, jak ja umiem być cicho”, s. 26)

Z jednej strony więc mamy do czynienia z próbami (nawet jeśli służące innym celom) cyzelowania języka, a z drugiej strony próbuje się go unieszkodliwić, odwracając znane frazy, jak np. „w tej łyżce miodu jest też beczka dziegciu” czy „zrobić nic z czegoś”. W pierwszej chwili wydaje się, że taki zabieg ma służyć wyrzuceniu z komfortu przyzwyczajenia, może ocuceniu komunikacyjnemu, ale może należałoby raczej traktować go jako po prostu konsekwencja niechlujstwa i braku skupienia? Ciężko to jednoznacznie określić. Czytając „Ostatni biały kraj” mam wrażenie, że na stole zgromadzono wszystkie możliwości, podczas gdy brakuje wiedzy, kiedy i jak użyć konkretnego narzędzia.

nie mamy pojęcia, co gdzie leży
na jakich morzach jakie wyspy

debata trwa: przed kim płaszczyć się,
komu całować pierścień

tysiące twarzy, jak ci święci na tym złotym obrazie

i wszyscy mówią naraz

(„białe nieba polskich wiosen”, s. 27)

Rozpoznania, które wypełniają tę książkę niekiedy są do bólu trafne, docierają do tej miękkiej części, którą chciałoby się chronić. Trzeba jednak pamiętać, że celują one nie do tarczy i nie do końca o samo trafienie w sedno tu chodzi. Przebicie bańki bowiem pozostawia ustrzelonych w stanie beznadziei i nie oferuje niczego poza obraniem ze złudzeń, a terapia szokowa nie zawsze załatwia sprawę.

zębem otwiera delicje szampańskie:

mam trzy okna w domu
a w zasadzie to jedno
bo dwa
zabite

(„ludzie żyją całe życie”, s. 30)

Wiersze z „Ostatniego białego kraju” wywołują specyficzny rodzaj współczucia; język dokładnie eksponuje wielowarstwowość znaczeń słów emblematycznych, przypisanych etosowi bycia w polskim kontekście. Z drugiej strony utwory te odczytywane powierzchownie są po prostu litanią narzekania na to, jak jest beznadziejnie, jakby stawały się właśnie tym, co starają się wypunktować. Zamieszkuje tu jakiś rodzaj melancholii, świadomość rany i lęk przed tym, że jeśli ta rana się zabliźni, nie będziemy wiedzieli, kim jesteśmy. To bardzo dotyka.

Obawę przed potencjalnością i możnością powiedzenia czegoś inaczej w ciekawy sposób eksponuje wiersz „nie musimy  ” (s. 33), który przypomina formularz z zaznaczonymi miejscami do wypełnienia. W tym utworze obnażony zostaje bardzo poważny problem: możesz wpisać, co chcesz, jednak w z góry zaproponowanym miejscu, tylko według wzorca.

[wstaw se, co chcesz], [imię], a w dodatku [tu też]

[nienawistne okrzyki]

Tomik Witkowskiej ma swój wyraźny rytm, który przejawia się na różne sposoby; niektóre wiersze wyposażone są w niego bezpośrednio, można też zauważyć konkretne przepływy w powracających frazach (jak ta o tym, czy lato, rzeczywiście było/nie było ciepłe), a nawet zaznaczony jest bezpośrednio w tytułach utworów („elementy powtórzeń, przerobione na wierzenia”). Mam wrażenie, że repetycja przejawiająca się na tak wielu poziomach jeszcze utrwala cytaty z kultury tutejszej, przeciw którym, jak zdawało się na początku, protestuje. W tym sensie tytuł książki zyskuje nieco straceńczy wymiar, jakby ten biały kraj był ostatnim bastionem, który podejmuje heroiczną walkę o niezmienność wobec wszechogarniającego naporu. Brzmi znajomo?

Równocześnie zastanawiam się, czym może być tytułowa biel, która powraca w nazwach utworów cząstkowych, ale nie znajduję twardych dowodów na jej funkcję. Może właśnie ważniejsze jest to, czym nie jest? Po lekturze książki towarzyszy mi wrażenie, że w wierszach zaszyta jest tęsknota za tym, by biel znów oznaczała niewinność – i to taką, której nie podejrzewa się o bycie jednak czymś innym. To tak, jakby poetka pokazywała, jakie mistrzostwo w przeinaczaniu sensu osiągnęliśmy i wydaje się, że jest to umiejętność bardzo potrzebna do odczytywania wierszy, ale bardzo utrudniająca porozumienie. „Dogadać się” jest jednak znaczeniowo bardzo odległo od „dogadywania sobie”. Tę intuicję zdają się potwierdzać utwory sąsiadujące ze sobą na stronach 48 i 49. Oba mają te same składowe: „czasem po prostu siedzę i czuję swoje serce” oraz „lustro we wnętrzu to jest zawsze bardzo fajny / akt terroru”. W jednym wierszu pierwsza fraza jest tytułem, w drugim odwrotnie. Takie otwarcie na inwersję jest dla mnie wskazaniem nie tylko na tajniki warsztatu pisarskiego, ale przede wszystkim chęcią wyeksponowania powszechnego prawa następstwa. Nieprecyzyjność w porządkowaniu wydarzeń ma kluczowe znaczenie dla wybrzmiewania sensów. Może właśnie dlatego tak trudno definitywnie rozliczyć się z tym, co było i przewartościować rzeczy na przyszłość?

W wierszu zamykającym książkę, znacząco nazwanym „nikogo nie interesuje prawda” (s. 53), także dzieje się coś ciekawego. Poza tym, że koresponduje on z utworem inicjującym na poziomie tytułu, to jeszcze zdaje się włączać do książki jej strony techniczne.

groby jeszcze trawą nie porosły? to porosną!
a łzy wyschną, dawaj, śpiewaj, niech ktoś śpiewa,

śpiewajcie
wszystkie znane wam pieśni:

dygresja, klaśnięcie
wszystkie znane wam pieśni:

dyskretny fak z głębi sali
wszystkie znane wam pieśni:

Na kolejnej stronie zaczyna się już spis treści. Nie wiem, czy mogło wydarzyć się coś bardziej nawiązującego do kategorii katalogu. Wykaz tytułów ma służyć ich sprawniejszemu wyszukaniu, a nawoływanie do pieśni, rozumianej nie tylko jako wezwanie do wspólnoty, ale też do utrwalenia w sobie słów przy użyciu od wieków znanej mnemotechniki, być może sprawi, że już nigdy nie zostaną zapomniane.

Po lekturze tomiku pozostał mi w głowie taki obraz: rupieciarz z naręczem wszystkiego próbuje coś z tym niesionym, tym, co go obarcza (trochę z wyboru), zrobić. Język jednak tak łatwo swoich zdobyczy nie oddaje i sprawia, że niezależnie, czy zbieracz rozłoży ręce, czy nie, będzie miał je związane, bo ostateczny efekt zostanie ten sam. Wygląda na to, że nie można wyjścia poza katalog. Więc siedzimy w tym, tak czy inaczej.

Ilona Witkowska, „Ostatni biały kraj”
Wydawnictwo Biblioteki Wielkopolskiej
Poznań 2026