Z Michałem Kozą, krytykiem literackim i kierownikiem kierunku studiów Krytyka Współczesna, oraz z Patrykiem Ciesielczykiem i Zuzanną Strehl, absolwentami kierunku, rozmawia Agata Puwalska
Michał Koza: Potoczne znaczenie słowa „krytyka” bliskie jest „krytykanctwu”. A zajmując się krytyką literacką (czy jakąkolwiek inną: filmową, teatralną, serialową, gier wideo…), niekoniecznie musimy trzymać się trybu pokazywania wad i wystawiania negatywnych ocen. Koniec końców chodzi przecież o coś innego – o rozpoznanie wartości danego dzieła. Wobec tego celu poszczególne formuły mówienia o literaturze mają wymiar strategiczny. Nie da się uciec od wartościowania, bo bez niego narzędzia krytyczne nie różniłyby się niczym od pogłębionej znajomości swojego przedmiotu. W tym sensie nie wystarczy być literaturoznawcą, by uprawiać krytykę, a sam krytyk nie jest po prostu ekspertem od książek, motywów, tradycji i kontekstów. Pracując na uniwersytecie, właściwie na co dzień muszę się mierzyć z tą różnicą. Chociaż nie zawsze jest dla mnie stuprocentowo wyraźna, to okazuje się całkiem pomocna w praktyce – bo pozwala na przykład zastanowić się, na ile krytyczna powinna być sama metoda naukowa, albo pilnować, żeby moje recenzje nie przerodziły się w artykuły badawcze. Odpowiednie „znawstwo” jest oczywiście w działalności krytycznej konieczne – i zakładam, że to przynajmniej jeden z powodów, dla których nasze studia okazały się tak kuszące dla wielu osób, które później zajęły się własną twórczością recenzencką.
Samo wartościowanie wymaga jeszcze pewnego dookreślenia, które wydaje mi się bardzo istotne w dzisiejszych czasach. Komercyjne media, zwłaszcza społecznościowe, przyzwyczaiły nas do „polecajek”, które są pewnym rodzajem oceny. Od krytyki różnią się jednak tym, że zamykają się w kręgu osobistego, prywatnego gustu, indywidualnej preferencji. Wartościowanie krytyczne zawsze stara się te wszystkie osobiste elementy możliwie zuniwersalizować, zadać pytanie o wartość w jak najszerszym, najpowszechniejszym kontekście. To również powód, dla którego wypowiedzi krytyczne są raczej dłuższe od zwykłego wpisu: „ta książka jest wspaniała, MUSICIE ją przeczytać #ksiazkanalato”. Inaczej rzecz ujmując, od „Czy mi się podoba?” przechodzimy do pytań typu „Czy takie pisanie literatury ma dzisiaj sens?”, po drodze całą rzecz uważnie analizując i argumentując. Oczywiście w konkretnym tekście takie krążenie między gustem a powszechnością ma znacznie więcej wdzięku artystycznego, do czego też staramy się osoby studiujące wdrożyć, pracując intensywnie w trybie warsztatowym nad naszymi tekstami. Bo chcemy, żeby krytyka była nie tylko krytyczna, ale też porywająca.
Zuzanna Strehl: Oczywiście zgadzam się z Michałem, że w krytyce nie da się uciec od wartościowania. Sama ocena nie jest dla mnie jednak najważniejsza. Recenzje, które najbardziej mi się podobają i które sama chciałabym pisać, to teksty skupiające się na pogłębieniu interpretacji i umieszczeniu książki w nowych kontekstach albo zwróceniu uwagi na aspekty pomijane we wcześniejszej recepcji. Cenne są dla mnie recenzje, po które sięga się po zakończonej lekturze, by zderzyć swoje przemyślenia z innymi interpretacjami. Zdecydowanie mniej uwagi poświęcam krytyce „polecającej”, mającej na celu zachęcanie do przeczytania. Nie przeczę, że gest bliskiego skupienia na jednym tekście jest sam w sobie aktem wartościującym. Jednak w moim odczuciu aspekt oceny nie jest tutaj kluczowy, nie jest stawką tak skonstruowanego tekstu krytycznego – z recenzji nie chcę dowiadywać się, czy książka jest dobra, tylko raczej jak działa w świecie i w kontakcie z czytelniczką; jakie wizje życia i rzeczywistości konstruuje.
Z tego względu zdecydowanie rzadziej sięgam po recenzje negatywne – krytykę, która jest najbliższa powszechnemu rozumieniu tego słowa. Choć jeszcze nigdy żadnej takiej nie opublikowałam, uważam je za konieczny element bliskiego kontaktu z tekstami kultury. Uświadomienie sobie, dlaczego dana lektura mnie rozczarowała lub wywołała szereg negatywnych emocji, bywa niemałym wyzwaniem intelektualnym, często dużo bardziej rozwijającym niż spisanie kilkunastu pozytywnych opinii. Wymaga większej uważności i staranności w konstruowaniu argumentów.
Patryk Ciesielczyk: Próbując odpowiedzieć na pytanie, chciałbym stanąć w kontrze do dość utrwalonego przekonania, że recenzja jako jeden z gatunków uprawiania krytyki jest podporządkowany regule jednoznacznej oceny. Bardzo źle czuję się w roli kogoś, kto ma orzekać, co jest stratą czasu, a co nie. Poważny problem budzi we mnie taki sposób rozliczania.
Zawsze staram się potraktować recenzję jako tekst, który może spełniać funkcję metakrytyczną. Nie chodzi mi jednak o przemawianie w imieniu nieuprawnionego „my”, gdyż jest to w gruncie rzeczy „ja” z ambicjami projektowania własnej perspektywy na innych. Mam w sobie silny opór wobec pojęć „gustu” czy „smaku”, ponieważ nie tylko pobrzmiewają w nich elitarystyczne inklinacje, ale także mają większą skuteczność dyscyplinowania (tym większą, im bardziej zredukowane zostaną do podstawowej opozycji dobry – zły). Wystarczy przypomnieć sobie, ile razy z pozycji protekcjonalnej wyższości orzekano o czyimś rzekomym „bezguściu” lub jak często asekuranckim pojęciem guilty pleasure w akcie samozawstydzenia usprawiedliwiano własne wybory estetyczne. Nie czuję potrzeby ciągłego legitymizowania swoich upodobań, ale przede wszystkim chciałbym uwolnić krytykę od autorytatywnego przymusu wartościowania, a raczej oddzielić ją od tonu „polecajkowego”. W tej podmiotowej dyspozycji daleko także do bycia ironistą, czyli – jak mawiał David Foster Wallace – wysyłania komunikatu „Nie mam na myśli tego, co mówię”, który miałby zabezpieczyć przed przesadną identyfikacją i za mocnym utożsamieniem z wydawanymi sądami.
PC: Nie chcę przywoływać nieskończenie długiej listy osób na różne sposoby związanych z krytyką bądź teorią krytyczną, na jakie natknąłem się podczas mojej studenckiej drogi czy też przypadkiem przy poszukiwaniu badawczych inspiracji. Zresztą do swoich wpływów przyznałem się już w poprzedniej odpowiedzi. Autor „Niewyczerpanego żartu” – z dywagacjami o tenisie, pułapkach solipsyzmu czy „dobrodziejstwach” ponowoczesności – zajmuje specjalne miejsce gdzieś pośród tych wszystkich nazwisk, których nie wymienię. Poza tym „mistrz” to słowo, które trochę mnie krępuje i brzmi zbyt uroczyście. Zawsze się śmiałem, że jak będę duży, to chciałbym formułować myśli tak jak z polotem i erudycyjnym rozmachem robi to Łukasz Najder. W czasach, gdy mocno angażowałem się w rozczytywanie śmieszkowo-inbiarskich wynurzeń, uważnie śledziłem również Łukasza Hassliebe. Wciąż, gdy czasem brakuje mi słów dla politycznej bieżączki, sięgam po teksty Galopującego Majora.
ZS: Raczej nie wierzę w mistrzów, to znaczy stawianie kogoś na piedestale i bezkrytyczne akceptowanie wszystkich działań i opinii tej osoby. Jest natomiast wiele osób, które szanuję, które są inspirujące, których teksty są moim zdaniem świetne i które mnie samą motywują do myślenia i pisania – nawet (a może tym bardziej), jeśli się z nimi nie zgadzam.
Dobra krytyka to dla mnie przede wszystkim taka, która „otwiera” na książkę i na inne sposoby myślenia, a nie „zamyka” w jednej interpretacji. W ten sposób pisze na przykład Dawid Kujawa – wiersz często przebywa u niego dość nieoczywistą drogę, co bardzo cenię. Dużą wartość widzę w tym rodzaju wrażliwości, który pojawia się w tekstach krytycznych osób poetyckich, między innymi Wojtka Kopcia, Filipa Matwiejczuka, Michała Memeszewskiego, a także Twoich, Agato. Ważna jest dla mnie rzetelność, czasami nawet taka „do bólu” – tu wiem, że zawsze mogę liczyć na Jakuba Skurtysa, Łukasza Żurka czy Zuzannę Salę.
MK: Zdecydowanie dołączam się do pochlebstw dla naszej wywiadowczyni. Chociaż, Agato, na ogół nie wskazujesz w biogramach swojej działki krytycznoliterackiej, to bardzo cenię Twoje teksty i prowadzone dyskusje, szczególnie za gruntowne rozpracowywanie każdego tematu.
Z początku miałem ochotę odpowiedzieć na to pytanie okrzykiem: „No gods, no masters” – ale to oczywiście nie byłaby całkowicie prawda. Nie czuję jakiejś szczególnej więzi z postaciami krytyki literackiej z przeszłości. Krytyka wśród różnych literackich „zatrudnień” stosunkowo mocno przylega do chwili teraźniejszej, mocno przynależy do historycznego momentu. Ale z drugiej strony tym bardziej nasłuchuję uważnie głosów, które mnie otaczają, staram się łowić ciekawe myśli, konstrukcje, strategie i tropy interpretacyjne. Od dłuższego czasu śledzę na przykład teksty Wojciecha Kopcia, który jest dla mnie wzorem pisania wspaniale balansującego między rzeczowym tonem a dobitnością, punctum krytycznego argumentu. Poza tym Wojciech świetnie otwiera, naświetla nawet bardzo trudne książki poetyckie. Do innych wspomnianych przez Was nazwisk dorzuciłbym jeszcze Antoninę Tosiek oraz Igora Kierkosza. Nie ukrywam też, Patryku, że Twoje teksty również są dla mnie zawsze soczystym kąskiem i kiedy tylko je zobaczę, otrzymują najwyższy priorytet.
Są też nazwiska, których nie mogę zdradzić – należące do osób studiujących, współpracujących ze mną podczas warsztatów krytycznych. Dzięki pracy mam między innymi tę dogodność, że mogę podpatrywać nowe krytyczne pomysły na bardzo wczesnym stadium ich powstawania. Czasem (a nawet częściej niż czasem) na naszych zajęciach zdarzają się prace, które mnie onieśmielają i przy których myślę sobie „chcę tak pisać, kiedy dorosnę”.
Skoro już mowa o pracy nad warsztatem, to jednak powinienem odnieść się do przeszłości – bo sięgam po teksty historyczne w poszukiwaniu inspiracji stylistyczno-retorycznych. To rzeczywiście może być nęcące i odświeżające, bo inne czasy oznaczają też zapomniane, wygasłe lub wyminięte możliwości języka polskiego. Zastanawiająco dużo czasu spędziłem na przyglądaniu się zdaniom u Boya-Żeleńskiego, z kolei czytanie Ignacego Fika zaszczepiło mi zagwozdkę, jak godzić ekstremalną ścisłość z wymaganiami artystycznej formy literackiej. Z podobną motywacją sięgam dzisiaj po teksty Łukasza Najdera – raczej rzadko mi po drodze z jego wyborami krytycznymi, ale za to stosowane przez niego eseistyczne stylizacje i poszerzanie erudycji językiem mediów cyfrowych dają mi do myślenia przy własnych tekstach. Z kolei z czasu między dawnymi a nowymi laty byliby to Michał Witkowski oraz Krzysztof Uniłowski.
ZS: Oczywiście, że pisania tekstów krytycznych można się nauczyć – to umiejętność, jak każda inna. Nie lubię dawać rad, ale mogę powiedzieć, co dla mnie jest najbardziej pomocne w „nauce krytyki”. Staram się po każdej przeczytanej książce zapisać sobie krótką notatkę dotyczącą moich wrażeń i opinii oraz poszukać choć jednej recenzji, która mogłaby wzbogacić lub podważyć moje odczytanie. Jestem wyznawczynią krytykowania jako codziennej praktyki.
Studia pozwoliły mi pokonać największą przeszkodę związaną ze wszystkimi rodzajami aktywności twórczej (a do takiej zaliczyłabym krytykę), to znaczy „wyjście z szuflady”. Warsztaty pozwoliły mi zderzyć się z opiniami prowadzących i współstudiujących o moich tekstach. Z początku trudno było mi poradzić sobie z tym nieprzyjemnym ściskiem w żołądku, strachem przed „nietrafnym odczytaniem”, ale z czasem nauczyłam się doceniać konstruktywną krytykę. Gdy się z nią nie zgadzałam, ćwiczyłam się w uzasadnieniu własnych decyzji, bronieniu konkretnego, „mojego” ujęcia tematu.
Gdy ukonczyłam swój pierwszy tekst krytyczny, zorientowałam się, że jeszcze nigdy nie przeczytałam żadnej książki tak wnikliwie. Właśnie w ten sposób wysiłek krytyczny przyniósł mi najwięcej pożytku.
MK: Dochodziłem do zajmowania się krytyką poprzez mniejsze działania „z doskoku” podczas studiów na polonistyce – na przykład pierwsze próby recenzenckie w „Popmodernie” i w „E-splocie”, prowadzenie spotkań czy uczestnictwo w dyskusjach. Całkowicie podzielam odczucie Zuzanny, że to właśnie zajmowanie się krytyką dało mi umiejętność czytania bardzo uważnego i otwartego na przeróżne myśli, konteksty (i nie tylko czytania, chodzi też o filmy, seriale, gry wideo itd.). Nawet bardziej uważnego niż w ramach wcześniejszej czysto literaturoznawczej praktyki.
Z czasem coraz lepiej dowiadywałem się zwłaszcza tego, gdzie szukać – czyli które czasopisma publikują ciekawe recenzje, w jakich miejscach toczy się żywa dyskusja i jak odróżniać słowotok od konkretu. Do tego dochodził wątek instytucjonalny, czyli orientacja w ośrodkach, miejscach, środowiskach i podmiotach, które tworzą to poletko. Nieraz przekonałem się, że zajmując się krytyką, tekstami, dla pogłębienia interpretacji wypada wiedzieć, co w trawie piszczy, a dzięki temu wyjściu poza czystą lekturę kontakt z kulturą staje się niesamowicie nasycony. Okoliczności, uwarunkowania i relacje towarzyszące literaturze to oczywiście coś, co poznaje się najlepiej w spotkaniach z żywymi ludźmi – również tutaj kryje się wartość kierunku, gdzie takie osoby razem studiują, szukają, tworzą, a nawet zakładają własne inicjatywy, na przykład czasopisma czy profile w mediach społecznościowych. Udowadniają, że można tworzyć treści jednocześnie nośne i merytoryczne.
PC: Studiowanie krytyki pomogło mi odejść od szkolnego, rozprawkowego stylu pisania. Choć na pewnym etapie edukacji wydaje się on niezbędny, nigdy nie czułem się w nim w pełni swobodnie. Dzięki warsztatom krytycznoliterackim i przedmiotom takim jak nurty i strategie krytyczne XX i XXI wieku zrozumiałem, że krytyka może wypracować swój własny idiom, co ośmieliło mnie do pisania po swojemu, zerwania z konwencjami, jak również podtrzymania przekonania o niekonkluzywności interpretacyjnych rozstrzygnięć. Dla mnie krytyka nie musi być wyłącznie praktyką podejrzliwą czy demistyfikującą, której celem miałoby być utwierdzenie mnie w przywileju deszyfrowania rzeczywistości z pozycji depozytariusza ostatecznego sensu.
Sądzę, że „praca nad warsztatem” nie polega na opanowaniu jednego „właściwego” wzorca pisania, lecz na znajdowaniu odpowiednich narzędzi umożliwiających artykulację czytelniczych intuicji i bardziej świadomą pracę z tekstem. Warsztat daje oparcie. W moim przypadku cały czas staram się, żeby nie skończyć tylko na instrumentalizowaniu teorii i przymilnym aplikowaniu sztywnych kategorii pojęciowych jako gotowych retorycznych wytrychów.
ZS: Wydaje mi się, że tak. Bez świadomości warsztatu lżej wypowiadać opinie, przed którymi czasami powstrzymuje nas wiedza o tym, jak powinno się formułować wypowiedzi krytycznoliterackie albo co, jak i kiedy wypada powiedzieć.
PC: Warsztatowa biegłość może być ograniczeniem wówczas, gdy lekturowa pewność podsuwa gotową siatkę pojęć, która następnie niemal mechanicznie zostanie narzucona tekstowi. Dlatego cenię sobie wszystkie momenty, gdy literatura stawia opór i wytrąca mnie z tego poznawczego komfortu.
MK: Dorzuciłbym do tego wątek związany z różnorodnością form. Choćbyśmy układali najlepsze programy studiów krytycznych, nie obejmiemy nigdy do końca z góry tego, jak będzie wyglądać współczesna działalność krytyczna. Pewne formy (np. recenzja) są bardzo mocno utrwalone, ale inne pojawiają się i znikają, dzisiaj zwłaszcza w związku ze zmiennymi możliwościami platform medialnych. Warto więc i tutaj zachować otwartą (i krytyczną) głowę.
ZS: Moim zdaniem to wspaniale, że jest aż taka różnorodność. Bardzo szanuję działalność wszystkich osób, które uruchamiają wartościową, nieakademicką dyskusję krytyczną w internetowych przestrzeniach. Sprzeciwiam się też wszelkim zawężeniom pojęcia krytyki literackiej ze względu na medium przekazu, choć sama ostatnio mocno ograniczam wszelkie social media i w efekcie czytam jedynie to, co ukazuje się w czasopismach.
PC: Nie mam pewności, czy w czasach platformizacji da się wypracować jasne kryteria oddzielające krytykę, o jakiej tutaj mówimy, od beztreściowego hałasu. W „Beniaminku” Karola Irzykowskiego odnajdziemy ten sam polemiczny i pamfletowy zapał, jaki napędza dzisiejsze „wojenki” w komentarzach pod postami na przykład Czołówki Wierszy. Prywatne profile osób zajmujących się pisaniem to także wykopalisko burzliwych dyskusji, jakie warto śledzić, a ze względu na efemeryczny charakter – nawet pokusić się o ich dokumentowanie dla potomnych. BookTok, bookstagram czy BookTube bywają przestrzeniami wartościowej wymiany myśli, nawet jeśli kojarzą się z marketingiem literackim lub cozy miejscami, gdzie entuzjaści polecają sobie nawzajem najlepsze książki przeczytane w tym roku. Logika platform dyktuje nowe formy wypowiedzi, które należałoby mieć na uwadze, choć całkowicie zrozumiałe, że przy chęci odetchnięcia od przestymulowania nieraz pojawia się potrzeba odgrodzenia od formatów nieznoszących ciszy.
MK: Same w sobie różnorodność i dostępność – jak najbardziej są super. Dlatego właśnie nasz program przewiduje ćwiczenie i omawianie takich „różnych form przekazu”. Jeśli coś może mnie tu martwić, to jedynie parametry, jakie platformy cyfrowe narzucają twórczości krytycznej wbrew niej samej. Publikując w social mediach, zamiast po prostu uczestniczyć w komunikacji, włączamy się przecież w obieg, który za pomocą wymyślnych i często chaotycznych, doraźnych, przestrzelonych mechanizmów dąży do kapitalizacji naszych reakcji, emocji i słów. Te zabiegi platform komplikują dyskusję, zmuszają do kompromisów w imię rozporządzanej algorytmem widzialności, antagonizują ponad miarę (tzn. bardziej niż robi to sama dyskutowana kwestia), zniechęcają, a także ogromnie męczą w sensie fizycznym. I do tego męczą coraz szybciej wraz z niepokojami targającymi rynkami IT oraz rosnącym apetytem na większą stopę zwrotu. Dlatego doskonale rozumiem Zuzannę i również porzucam niektóre media nie dlatego, że nie podoba mi się sposób uprawiania krytyki, tylko z powodu całościowego obciążenia, jakie ze sobą niosą, a także poczucia, że bardziej chcą eksploatować moje zasoby (czas, uwagę, zaangażowanie) niż dawać okazję do wymiany poglądów.
O tym, jak pomaga cyfrowa autonomia wobec przymusu zarabiania, świadczy utrzymująca się atrakcyjność internetowych czasopism literackich funkcjonujących jako klasyczne witryny internetowe. Mimo tego, że nie znajdziemy w nich wielu mechanizmów charakterystycznych dla dzisiejszych popularnych serwisów, to wciąż pozostają względnie silnymi podmiotami w życiu literackim, oferując między innymi nieograniczoną dostępność treści i redakcyjną troskę o ich jakość, a coraz częściej wynagrodzenia dla twórców. Czasopisma krytyczne, takie jak „Mały Format” czy „Dziennik Literacki”, przynoszą nam wiele interesujących głosów i dyskusji, choć nie posiadają połowy funkcjonalności Goodreads, ale mają tę zaletę, że przy lekturze tekstu nie próbują z nas wycisnąć naszych kognitywnych zasobów do ostatniej kropelki.
Zatrzymanie się na jakimś etapie historii mediów cyfrowych nie jest oczywiście rozwiązaniem, ale chodzi o zauważenie, że mielibyśmy więcej wartościowych zjawisk, wspaniałej krytyki i dyskusji książkowych na przeróżnych serwisach, YouTubach i TikTokach tego świata, gdyby robiły przynajmniej to, co obiecują, a co jest coraz częściej zaledwie wymówką do zarabiania pieniędzy. O ile zatem kibicuję kolejnym zastępom osób próbującym uprawiać krytykę na niestandardowe cyfrowe sposoby, o tyle zupełnie nie dziwi mnie odwrót w stronę bardziej tradycyjnych mediów.
ZS: Rola krytyki wydaje mi się w większości niezmienna w czasie – zawsze (mam nadzieję) będzie liczyła się wnikliwość lektury, uczciwość, jeśli chodzi o wygłaszane opinie i odpowiedzialność za własne słowa. Ważna pozostaje umiejętność prowadzenia dojrzałej, krytycznej dyskusji (dlatego też unikam tzw. inb w komentarzach na facebooku). Ale mam świadomość, że jedyne pisanie, na jakie mam całkowity wpływ, to moje własne, więc dość ostrożnie wygłaszam tego rodzaju idealistyczne opinie. W odpowiedzi na pytanie o wartościowanie wypowiedzi krytycznych stwierdzam: „to nie jest takie poważne”, a chwilę później zarysowuję dość patetyczną wizję krytyki, udowadniając, że jednak jest to dość istotna sprawa. Ale jakoś udaje mi się godzić te sprzeczności.
Krytyka opierająca się na wnikliwej, pogłębionej interpretacji (nawet jeśli nie zawsze afirmatywnej) wydaje mi się działać na korzyść piszących. W moim nieco idealistycznym wyobrażeniu recenzentka i autorka mają dokładnie ten sam cel, czyli pobudzanie dyskusji o dziele i zarysowanych w nim problemach. Dla obu ważna jest próba odpowiedzi na wyłaniające się z danego utworu pytania. Krytyka bywa oczywiście nieprzyjemna, ale umiejętność formułowania konstruktywnych, uzasadnionych wypowiedzi, które ograniczają się jedynie do omawianego tekstu, a nie samej osoby autorskiej, jest według mnie częścią krytycznej odpowiedzialności.
MK: Autorom z pewnością jest milej, kiedy dostają pozytywne recenzje, ale mam wrażenie, że dzisiaj większość przyjmuje nawet negatywne opinie ze zrozumieniem, często podkreślając, jak duże znaczenie ma dla nich to, że ktoś w ogóle uważnie przeczytał ich książkę i zdecydował się o niej opowiedzieć, o co dzisiaj coraz trudniej. Ostatnio zwróciła uwagę na ten problem Aldona Kopkiewicz w tekście polemizującym z Piotrem Sadzikiem, opisując tendencję w dzisiejszym życiu literackim do pozorowania, że zależy nam na jakości literatury, podczas gdy dominującą walutą stała się widzialność (potencjalnie wymienna na walutę twardszą). Powiedziałbym, że w naszych czasach nawet z większą wyrazistością niż kiedyś wyłania się z tego obrazu pewna wspólność celu autora i krytyka – by książki były rozumiane, traktowane na serio w całej zamierzonej rozciągłości ich gestu artystycznego (oczywiście nie wszystkie tego chcą/potrzebują – nie określam teraz normy dla literatury, ale odnoszę się do jej możliwości). W takim razie, odnosząc się do Twojego pytania, coraz częściej widać, że te dwie persony więcej łączy niż dzieli. Z drugiej strony sam ruch w książkowym interesie nie wymaga rzetelności krytycznej, do tego wystarczy reklama i zaledwie szczypta eksperckiej pozy (w sam raz tyle, by zaspokoić nasz konsumencki snobizm), ale przy tym zawiera się w nim nieuchronny antagonizm. Jeśli autor chce książkę przede wszystkim sprzedać, to istnienie krytyka-zawalidrogi jest mu nie na rękę. A jeśli krytyk chce przede wszystkim być „opłacalnie widoczny”, musi odwoływać się do mód, oczekiwań i słów kluczowych, a to, co rzeczywiście dana książka mówi, będzie dodającą roboty niedogodnością.
Oczywiście jeśli chcemy czegoś więcej, to znaczy poszerzającej horyzonty dyskusji i wiedzy na temat książek, warsztatu pisarskiego i procesów, w jakich ta twórczość jest zanurzona, wiąże się z tym wymaganie: konieczność uzasadniania swoich tez bez skrótów, okrągłych słówek, czy polegania na autorytetach, w tym na autorytecie własnego wzruszenia. Nie sądzę, żeby ten rodzaj działalności kiedykolwiek całkowicie zniknął, bo ludzie raczej chcą rozumieć otaczający świat, i to rozumieć bez osłonek, pozorów. Natomiast kwestią historycznie zmienną jest istnienie krytyki w mniej lub bardziej zinstytucjonalizowanej lub rozproszonej formie. Ale tutaj poszedłbym pod prąd myślenia „od góry”, to znaczy wartości, jaką przypisujemy naszemu zajęciu. Krytyka jako instytucja nie jest jakimś polem magicznie oddzielonym od innych obszarów pożytecznej ludzkiej działalności (podobnie jak pisarstwo), dlatego w społeczeństwach kapitalistycznych dzieli kondycję pracy w ogóle. Zależnie od upodobań rynku czasem jest trochę na górze, częściej na dole i wtedy zamiast fantazji o wpływie pozostaje nam mniejsza skala działania, choćby tylko, wzorem Spinozy, polerowanie (krytycznych) soczewek. Jak wiemy, obserwując w ostatnim czasie zmienne losy sektora IT, ta rynkowa „łaska pańska na pstrym koniu” nie daje żadnych przewidywalnych reguł, poza regułą zysku, a na pewno nie jest zależna od tego, czy coś jest pożytecznym działaniem, czy nie. Może któregoś dnia w tej maszynie losującej szczęśliwie wypadnie nasza liczba i przestrzeni dla krytyki będzie trochę więcej, ale pewnie o wiele lepiej byłoby się tej maszyny pozbyć, czego sens udowadnia choćby skuteczne wcielanie w życie literackie reguł nie-rynkowych.
Ostatecznie, odpowiadając na Twoje pytanie, zastosowałbym do sytuacji współczesnej krytyki to, co Zuzanna Sala pisała w tekście „Zawód: pisarz”: „Pisarze i pisarki powinni nieść na sztandarach 800+, niski wiek emerytalny, komunalne mieszkalnictwo. Środowisko literackie powinny rozgrzewać dyskusje o Bezwarunkowym Dochodzie Podstawowym. Kiedy poprawia się wszystkim, poprawia się też pisarzom”. Bez takich zmian odpowiedź na temat miejsca krytyki nie będzie ani nadmiernie interesująca, ani zbyt złożona, za to nasycona sprzecznością. Sądząc po głosach płynących tu i ówdzie z najróżniejszych stron przestrzeni literackiej (autorów, czytelników, a zdarza się, że i wydawców), potrzebujemy silnej krytyki, ale przy jej uprawianiu jesteśmy skazani na gospodarowanie szczęśliwym trafem (niepewnym jutrem czasopism, platform, obiegów czytelniczych czy funduszy na działalność kierunków studiów).
PC: Krytycy i autorzy wcale nie muszą stać po przeciwnych stronach, w gruncie rzeczy wszyscy grają do jednej bramki – obu zależy, żeby dyskusja o literaturze trwała w najlepsze. Ogrom słowa pisanego ginie w zalewie nowości, tym ważniejsze jest, aby w tych okolicznościach dochować wierności własnemu głosowi i umiejętnie przebić się przez sezonowe mody oraz rynkową doraźność. Dlatego rzetelna praca intelektualna, jakiej podejmuje się krytyk, zamiast powierzchownego omiatania tekstu wzrokiem, powinna być dla osoby autorskiej największą nobilitacją, przewyższającą kurtuazyjne wystawienie pięciu gwiazdek czy okrągłe frazy dobrane pod lajki i dyktando algorytmu.
PC: Może zabrzmi to jak tchórzliwy unik lub wygodne wykręcanie się od zajęcia stanowiska, ale moim zdaniem pytanie o stawkę jest z góry uwikłane w logikę użyteczności i produktywności. To żądanie, żeby krytyka składała obietnice, nieustannie się usprawiedliwiała i udowadniała swoją wartość na „rynku idei”. Jakby podjęcie krytycznego wysiłku bez z góry określonego celu było rozrzutnością, z której trzeba się wytłumaczyć. Tak tylko myślę na głos… Być może deklaratywny brak stawki nie jest uciekaniem od odpowiedzialności, a najuczciwszą pozycją, jaką można zająć.
ZS: Podobnie jak Patrykowi, ciężko mi określić jakąś konkretną stawkę, o jaką grałyby moje teksty. Chyba że za stawkę uznamy po prostu podejmowanie rozmowy o literaturze – takiej, która stawia na uważną lekturę i stara się oddać sprawiedliwość omawianym książkom.
MK: Słowo „stawka” w odniesieniu do literatury ma swój dramatyzujący urok i rzeczywiście jako krytycy lubimy w ostatnich latach powtarzać to słowo, ale mam wrażenie, że jego walor już się zużył. Zdarzają się teksty ryzykowne, ale na pewno nie chciałbym iść całościowo w kierunku „pisania jako występku”, bo odcinałbym się przez to od całego spektrum dobrej roboty interpretacyjnej, jaką w mniejszym lub większym stopniu wykonuje wielu czytelników na co dzień, tyle że bez uroczystych gestów. Nie wypada mi tym bardziej, że ostatnio skrytykowałem w „Twórczości” książkę Justyny Sobolewskiej właśnie za podtrzymywanie takiej wizji, która miała u nas swój mocny moment szczególnie we wczesnych latach 2000., na przykład w eseistyce Michała Pawła Markowskiego. Krytyka nie musi być transgresją (widziałbym tu jeden z przymusów „stawania na głowie”, o których mówi Patryk), ale dobrze uprawiana, przynosi poszerzenie rozumienia literatury i jej związków z innymi zjawiskami. Stąd też specyficznie rozumiana „zwykłość”, ale też i niezbywalność krytyki w tym jej podstawowym wymiarze: czytając, chcemy lepiej rozumieć i rozróżniać wartość tego, co czytamy, a nawet doskonalimy tę czynność w rodzaj sztuki. Robimy to na różne sposoby, niektórzy poświęcają na to więcej czasu, sił i naukowego przygotowania (które może być rzeczą fascynującą, o czym przekonują się osoby studiujące krytykę), co pozwala wycisnąć z tej działalności jeszcze więcej pożytku i satysfakcji poznawczej. Obawiam się, że nie mam bardziej sensacyjnego, dramatycznego manifestu dla swojego krytycznego pisania, ale za to dodaje mi skrzydeł poczucie, że ten uważny wysiłek rozróżniania może okazać się dla innego czytelnika po prostu przydatny.
Tekst powstał we współpracy z kierunkiem studiów Krytyka Współczesna prowadzonym przez Katedrę Krytyki Współczesnej Wydziału Polonistyki UJ. Informacje o kierunku i otwartej rekrutacji na studia II stopnia można znaleźć na stronie https://studia.uj.edu.pl/kierunki/wpol/krytyk.wspo