Nr 15/2025 Na moment

Z Lee Chang-dongiem rozmawia Łukasz Mańkowski

Tłumaczenie z koreańskiego Lee Howon

Zanim zacząłeś tworzyć filmy, byłeś pisarzem. W dokumencie „Lee Chang-dong. Sztuka ironii”, opowiadasz, że w latach 90. pisarze spotykali się, by rozmawiać nie o literaturze, lecz o filmach.

To coś bardzo specyficznego dla koreańskich realiów. Stoi za tym wiele powodów, ale głównym jest esencjonalność lat 80. Okres, o którym wspominam w dokumencie, dotyczy przełomu dwóch dekad, lat 80. i 90., tuż po tym, jak Korea Południowa przeszła proces demokratyzacji – największe wyzwanie ówczesnych realiów. Demokratyzowaliśmy się nie tylko politycznie, ale też ekonomicznie. A kiedy demokracja zawitała w zakresie instytucjonalnym, uwaga społeczeństwa zaczęła krążyć wokół innych kwestii. Pojawiła się ciekawość wobec sposobów przekazu. Globalnie od lat 60. to nie literatura, a telewizja i film stawały się medium dominującym, jednak w Korei zmiany te przeżyliśmy nieco później. A gdy pojawiła się przestrzeń – fascynacja wizualnością przebiła do mainstreamu niczym woda rozsadzająca tamę, dosłownie zalewając wszystko wokół. Wszyscy zaczęli mówić o filmach. Jako pisarz przechodzący wówczas kryzys twórczy, sam byłem częścią tej fali. Wielu moich znajomych z pisarskiego światka miało obsesję o tworzeniu filmów. Niektórzy twierdzili, że pojadą do Cannes. Ale wśród nich tylko mnie ostatecznie udało się zostać filmowcem. 

Filmowcem zostałeś jednak przypadkiem.

Nigdy nie przyszło mi nawet do głowy, by zostać filmowcem – twórcy filmowi byli w Korei uważani za specjalny gatunek ludzki. Któregoś dnia zadzwonił do mnie Park Kwang-su. Był świeżo po lekturze literackiego pierwowzoru „Gwiezdnej wyspy” [film „To The Starry Island” powstał na podstawie książki „I Want to Go to the Island” – przyp. red.], którego autorem był mój znajomy, Lim Chul-woo. Park poprosił o zapoznanie go z nim. Spotkaliśmy się we trójkę. Już wtedy rzuciłem reżyserowi kilka sugestii, jak mógłby napisać skrypt adaptacji, co finalnie zakończyło się tym, że powierzył mi to zadanie. Zgodziłem się pod warunkiem, że będę mógł być przy tym asystentem reżysera, bo wizja wejścia na plan wydawała mi się kusząca, mimo że nigdy do tego nie aspirowałem. Pisząc scenariusz, uczyłem się nowego języka – języka kina.

Jaki był efekt?

Feedback był dość suchy. Zacząłem więc szukać odpowiedzi na niego po swojemu. Chciałem zrozumieć, co to znaczy, że coś może być atrakcyjne pod kątem jakości filmowej, a coś mieści się w kategorii filmowej nudy. Byłem zdany na siebie, ale dzięki temu zacząłem naprawdę studiować sztukę filmową. A co ważniejsze – napisałem skrypt i zaczęliśmy kręcić film.

A jak Ci poszło jako asystentowi reżysera?

Oprócz mnie był jeszcze jeden, główny asystent, był profesjonalistą. Mnie zależało jedynie na obserwacji planu filmowego, więc byłem asystentem wyłącznie z nazwy. Dzień przed wejściem na plan Park zwolnił głównego asystenta. Asystenci są kluczowi dla dynamiki ekipy filmowej – kontrolują cały przepływ pracy, wiedzą wszystko, co dzieje się na planie. Nie znałem powodu zwolnienia asystenta, ale musiałem przejąć jego obowiązki. Problem tkwił w tym, że nie mogłem nagle pytać ludzi na planie, na czym polega moja praca, bo to zwykle asystent reżysera odpowiada na pytania innych! Ponownie byłem zdany na siebie. Studiowałem storyboardy do filmu, zadając sobie pytania: dlaczego to dzieje się w ten sposób?, dlaczego musimy przygotować tę scenę w taki sposób?, skąd taki kąt kamery?, dlaczego coś jest kręcone w jednym ujęciu, a coś ma kontrujęcia? Starałem się zrozumieć te kwestie – gdybym był prawdziwym asystentem, pewnie po prostu wykonałbym swoją robotę. Zamiast tego ciągle wątpiłem i zadawałem sobie pytania w języku, którym operował wówczas Park. Esencją pozostawała kwestia: co oznacza, że coś jest ciekawe filmowo? Pracowałem, ale stale rodziły się we mnie pytania. Było ciężko.

Twoja opowieść o poszukiwaniu odpowiedzi na własną rękę koresponduje z tym, jak piszesz swoje postaci. Fascynuje mnie to, że są one łamigłówkami do rozwiązania, puzzlami do ułożenia. Ciągle czegoś szukają, są też w życiowym rozdarciu, tkwią pomiędzy. Podążają za „nowym ja”. Dlaczego interesuje Cię właśnie takie usytuowanie postaci?

Wierzę, że opowieści, które tworzę, są o podróży, w którą udają się bohaterowie moich filmów. To pewien proces, na końcu którego czeka coś w rodzaju Świętego Graala. Te podróże często są też o uratowaniu kogoś lub siebie. Bez względu na okoliczności fascynują mnie postaci, które ciągle przeczesują życie w poszukiwaniu jego celu – nawet w najmroczniejszych realiach. Ciągnie mnie do historii o niepoddawaniu się w tym procesie – i tym staram się podzielić ze swoją widownią.

Panuje konsensus wśród krytyków, że Twoja twórczość to mistrzostwo realizmu. Co dla Ciebie oznacza realizm?

Istnieje wiele czynników, które współtworzą ramy realizmu w sztuce. W moim przypadku realistyczny wymiar ekspresji wyrasta z pisarstwa. Urodziłem się po wojnie koreańskiej [1950–1953], w czasach powojennego ubóstwa, społecznych opresji i przemocy – zarówno tej obecnej w instytucjach, jak i tej skrytej w codziennym doświadczeniu. Dorastałem w środowisku nieustannego konfliktu i napięcia. Czułem ciężar rzeczywistości na własnych barkach – pisanie stało się nie tylko formą ucieczki, ale także sposobem na zbudowanie więzi z innymi, którzy dzielili ze mną ten sam świat.

Moje słowa, moje teksty nie były czymś oderwanym od życia – wręcz przeciwnie, głęboko wyrastały z realiów, które mnie otaczały. A jednak w Korei nie da się po prostu „zostać” pisarzem – trzeba zdobyć instytucjonalne uznanie. Zacząłem pisać na początku lat 80., niedługo po masakrze w Gwangju – jednym z najbardziej traumatycznych i jednocześnie wypieranych wydarzeń w historii Korei Południowej. Pisałem, bo czułem, że muszę. Jednocześnie stale powracało do mnie pytanie: czy słowa – a później obrazy – mogą zmienić rzeczywistość, która nas przytłacza?

Nawet kiedy tworzę filmy, nie potrafię porzucić tego sposobu myślenia. Może to wada? Kino bywa przecież ucieczką, wytwarza iluzję – na dwie godziny przenosi widza do innego świata. Nie potrafię myśleć o nim w ten sposób. Tworzę filmy, które zamiast oddalać od rzeczywistości, jeszcze bardziej do niej zbliżają. Nie po to, by ją odtworzyć, lecz po to, by zmusić widza do spojrzenia na własne życie. To kluczowy element mojego rozumienia kina.

Próba zdefiniowania realizmu w języku filmu jest wyzwaniem – bo film z jednej strony rejestruje rzeczywistość, a z drugiej nieustannie ją filtruje i modeluje. Każde ujęcie, każda decyzja estetyczna to wybór fragmentu świata. Kino nigdy nie pokazuje „całości”, chyba że operuje czystą fantazją, jak w przypadku science fiction.

Dla mnie realizm to nie tylko obraz codzienności, ale i historia jednostki – z jej uwikłaniami w politykę, ekonomię, społeczne zależności. To spojrzenie, które nie ogranicza się do tego, co widzialne, lecz próbuje uchwycić szerszy kontekst istnienia. Jeśli w taki sposób można mówić o realizmie – być może rzeczywiście jestem twórcą realistycznym.

„Oaza” to jednocześnie Twój najbardziej radykalny i magiczny film. Punktem wyjścia jest kontekst osobisty, ale czy Twoją twórczość można nazwać osobistą?

Wiele czynników sprawia, że film staje się dla kogoś osobisty. To zależy od tego, jak myślimy o słowie „osobisty”. Jeśli „osobiste” oznacza: „to nie cudza historia – tylko moja”, to mogę śmiało powiedzieć: „Oaza” jest dla mnie filmem osobistym. Nie tylko „Oaza” – wszystkie moje filmy opowiadają moje historie.

W „Oazie” główną bohaterką jest kobieta z porażeniem mózgowym. Jeśli ktoś zapyta, dlaczego zdecydowałem się na taką postać – znajdzie oczywiście uzasadnienie w konstrukcji dramatycznej. Ale mam też bardzo osobisty powód: moja starsza siostra miała porażenie mózgowe. A kiedy ktoś w rodzinie zmaga się z poważną niepełnosprawnością – cała rodzina niesie ten ciężar. Dorastałem w takim domu. Wiem, co to znaczy. W tym sensie to film szczególnie osobisty. To naprawdę moja historia.

To historia miłości, która zaczyna się od aktu przemocy. Dlaczego zdecydowałeś się na tak radykalne rozwiązanie?

Pamiętam moment, gdy wyszedłem z seansu „Tańcząc w ciemnościach” Larsa von Triera. To było w maju 2000 roku, podczas mojego pobytu na festiwalu w Cannes. Słońce, morze, tłum przed Théâtre Lumière – miałem wrażenie, że wyszedłem z fantazji. Zrozumiałem wtedy, że nawet filmy opowiadające o brutalnej rzeczywistości tak naprawdę oferują widzowi fantazję. Chciałem zrobić film nie tyle dający fantazję, ile o fantazji – który kwestionuje granice między fikcją a rzeczywistością.

Uczuciem, które najbardziej przypomina fantazję, jest miłość. Głęboko subiektywna, przeżywana tylko przez dwoje ludzi, niezrozumiała dla innych. Miłość, którą inni mogą odrzucać jako „niemożliwą” – właśnie o takiej chciałem opowiedzieć. „Oaza” to historia dwojga ludzi, których społeczeństwo nie uznaje za zdolnych do miłości. Ona – kobieta z porażeniem mózgowym, której nikt nie dostrzega jako osoby mogącej kochać czy pragnąć; on – mężczyzna społecznie nieprzystosowany, impulsywny. Ich pierwsze spotkanie to akt przemocy seksualnej – chciałem, żeby widzowie tego nie usprawiedliwiali, lecz pytali: „czy z tego może narodzić się miłość?”. Z premedytacją unikałem filmowych trików – nastrojowej muzyki, upiększania przestrzeni – by nie ułatwiać emocjonalnej identyfikacji, lecz zmuszać do konfrontacji. Chciałem, by widzowie pozostali w niepewności – na granicy filmu i życia, między realizmem a iluzją – i właśnie tam zadawali sobie pytania o naturę miłości, fantazji i samego kina.

Zarówno w „Oazie”, jak i innych Twoich filmach światło – lub jego brak – odgrywa istotną, często symbolicznie nacechowaną rolę.

Uważam, że światło stanowi istotę medium filmowego. Z fizycznego punktu widzenia film to przecież nic innego jak rejestrowanie fizycznego zjawiska przez kamerę. Kino zaczyna się w chwili, gdy to światło zostaje dostrzeżone – a potem świadomie przyjęte, ujęte w ramy kadru. To moment decydujący.

To, w jaki sposób operujemy światłem, wpływa bezpośrednio na to, jak blisko realizmu się znajdujemy. Bo to właśnie światło potrafi zniekształcić obraz, uczynić go „piękniejszym”, niż w rzeczywistości jest – a przez to oddalić widza od prawdy, którą staramy się uchwycić. To światło – nie kamera, nie dialog – kształtuje sposób, w jaki patrzymy na rzeczywistość. W kinie to ono jest pierwszym i najważniejszym językiem. Z mojej perspektywy, jako filmowca, to, jak nakręcisz swój film, zależy od tego, jak nakręcisz światło.

Poza tym, co kryje się w świetle, dużo uwagi poświęcasz temu, co niewidzialne – kot, którego nigdy nie widzimy w „Płomieniach”, obecność Boga w „Sekretnym świetle” czy obraz poza kadrem, któremu przyglądają się postaci właściwie wszystkich twoich filmów. Jaka jest twoja relacja z tym, co niewidoczne?

Kiedy tworzę film, zawsze zastanawiam się, jak pokazać coś, co jest niewidoczne. Obsesyjnie myślę, jak sprawić, by widownia zobaczyła coś, co jest nieuchwytne dla oka. Może nie uwierzyć w to, czego nie widać – może uznać, że to po prostu nie istnieje. To jednocześnie moc i ograniczenie kina.

W literaturze polegamy na swojej wyobraźni. Możemy wyobrazić sobie obraz Sankt Petersburga w „Zbrodni i karze”, mimo że nigdy tam nie byliśmy. Na zaproszenie Dostojewskiego puszczamy wodze fantazji i zabieramy siebie samych do rosyjskiego miasta. To my urzeczywistniamy obraz w naszej głowie. Literatura staje się kompletna dzięki wizji swoich czytelników, a wielkość pisarza leży w tym, jak mocno jest w stanie pobudzić czyjąś wyobraźnię. Z kolei kino pokazuje wszystko – w momencie projekcji jest skończonym dziełem. Czasami jednak przeszkadza to w tym, by rzeczywiście zobaczyć więcej. To, w jaki sposób opowiedziany jest film, może wpłynąć na to, co widzimy, a co akceptujemy, żeby tego nie widzieć. W tym sensie, chociaż historia może być zamknięta, widownia może ją odebrać jako dzieło otwarte.

Twoje historie mają też otwarte zakończenia. Kończą się zawieszeniem.

Zależy mi na tym, by po opuszczeniu sali kinowej historia filmowa trwała dalej, by pojawiło się połączenie, by po seansie znaczenia z obejrzanego filmu mogły znaleźć zaczepienie w życiu widzów. Trudno mi to nazwać otwartym zakończeniem, ponieważ sugeruje ono różne warianty dalszej historii, a mi zależy na jednym – połączeniu filmu z życiem widowni.

Kadr z filmu „Oaza”, reż. Lee Chang-dong, 2002

Rozmawialiśmy już o tym, co widzialne – lub nie – przejdźmy do tego, co słyszalne. Mówi się, że Twój debiut filmowy – „Zielona ryba” – zmienił koreańskie kino, bo zastosowany tam sound design wytyczył nowe praktyki w dziedzinie dźwięku.

Dźwięk w filmach bywa zwykle przesadzony – zwłaszcza w kinie gatunkowym, w którym zarówno akcja, sceny walk, jak i towarzyszący im dźwięk są wyolbrzymione. Podczas kręcenia „Zielonej ryby” zależało mi na tym, by mimo gatunkowej formy widz odczuł realizm. Chciałem, żeby sceny bójek także wypadły prawdziwie – nawet jeśli to starcie gangsterów, powinno ono mieć ludzki, wiarygodny wymiar. Dlatego dźwięk tych starć też musiał brzmieć realistycznie. Kiedy nastąpiła postprodukcja, okazało się, że nikt wcześniej nie próbował tego typu podejścia. To było trudne. Uzyskanie realistycznego brzmienia uderzenia nie jest proste. Próbowaliśmy różnych metod, bez powodzenia. Aż w końcu odkryliśmy, że najbardziej naturalny dźwięk daje cios… w wiszący kawałek boczku. W ten sposób zmieniliśmy sposób opracowywania sound designu w koreańskim kinie akcji.

A jak decydujesz o geografii swoich filmów? Co sprawia, że osadzasz akcję w konkretnych przestrzeniach?

Przestrzeń moich filmów jest częścią rzeczywistości, która odzwierciedla zmiany w obrębie koreańskiego społeczeństwa. Cokolwiek będę pokazywać, punktem startowym jest zawsze miejsce, w którym wszystko się dzieje. To przestrzenie na styku – między obszarem miejskim a pozamiejskim, między dostatkiem a ubóstwem. Nie zależy mi na docieraniu do krańców, ale na pokazywaniu tego, co pomiędzy. Dlatego nie pokazuję bogatych dzielnic Seulu – na przykład Gangnam – ani najbiedniejszych z nich. Ciągnie mnie do przestrzeni wypełnionych ambiwalencją, gdzie istnieje poczucie graniczności (np. Paju przy północnej granicy w „Płomieniach” – to tam postępuje największa zmiana społeczna, ale i największe konflikty).

„Miętowy cukierek” to być może najważniejszy film koreański w ogóle. Ukazuje najważniejsze wydarzenia dla południowokoreańskiej historii, począwszy od 1979 roku, na 1999 skończywszy. Jak dokonywałeś ich wyboru?

To opowieść głęboko spleciona również z moim życiem osobistym. W 1979 roku miałem dwadzieścia kilka lat, w 1999 – ponad czterdzieści. W tym sensie życie głównego bohatera, Kim Young-ho, częściowo nakłada się na moje własne. Nie pokrywają się w pełni, ale istnieje między nami pewna wspólnota doświadczenia – wspólna pamięć. On sam staje się też figurą – uosobieniem nowożytnej historii Korei.

Film otwiera scena, która jest jednocześnie jego zakończeniem. To rok 1999 – moment zawieszenia, gdy nadchodziło nowe tysiąclecie, a my wszyscy byliśmy pełni pytań o przyszłość. Tamten czas, tamten rok – niósł ze sobą poczucie nieuchronności. W filmie obecne są zarówno wydarzenia z Gwangju [1980], jak i kryzys walutowy [1997] – i oba wydają się w tym kontekście konieczne. To nie były decyzje fabularne. One po prostu musiały się tam znaleźć.

Oprócz konkretnych dat, istotnym tematem „Miętowego cukierka” jest też upływ czasu, który ułatwia zapominanie. To powracający motyw Twojej twórczości, obecny od „Gwiezdnej wyspy” i „Iskry młodości”, do których pisałeś także scenariusze, aż po „Poezję”. Dlaczego pamięć jest dla Ciebie tak ważna?

Konstrukcja „Miętowego cukierka” jest oparta na ruchu wstecz – od teraźniejszości ku przeszłości. Choć opowiada historię jednostki, w jej losach odbija się współczesna historia Korei, jakby została w niej ucieleśniona. Cofanie się w czasie jest w istocie śledzeniem ścieżek naszej pamięci – zarówno indywidualnej, jak i zbiorowej. W tym sensie film dotyka wspólnego doświadczenia czasu, jakie kształtuje tożsamość Koreańczyków. Ale podobne mechanizmy działają wszędzie – pamięć nieustannie podlega edycji, przekształceniom, reinterpretacjom. Dotyczy to nie tylko jednostek, ale także całych społeczeństw. Pamięć może być wypierana, zniekształcana, kwestionowana. Dobrym przykładem jest ciągłe negowanie przez Japonię istnienia fenomenu „kobiet do towarzystwa” z okresu II wojny światowej. W samej Korei również istnieją wspomnienia, które – choć oparte na faktach – były przez dekady marginalizowane, jak masowe egzekucje podczas wojny koreańskiej czy masakra w Gwangju. Przez lata podejmowano próby ich zatuszowania, zakłamywania lub eliminowania z oficjalnego dyskursu. Ten mechanizm działa także na poziomie osobistym. W związku z tym pojawia się pytanie: jakie wspomnienia zabieramy ze sobą? Z jakimi obrazami przeszłości musimy się skonfrontować, gdy cofamy się w czasie? Właśnie na tym polega sens czasu – na samej pamięci i znaczeniach, jakie jej przypisujemy. Za pomocą tego filmu chciałem zaprosić widza do refleksji nad tym, co i dlaczego pamiętamy. I wreszcie: co te wspomnienia mówią o nas samych.

Wiele z Twoich filmów to historie straconej młodości, często w wyniku bezsilności wobec systemu.

Prawda jest taka, że to właśnie młodość staje się protagonistą moich filmów – i to właśnie o młodych ludziach powinny być filmy. Podstawowe pytanie brzmi jednak: jak dziś wygląda młodość? Może to problem systemowy. A może po prostu odzwierciedlenie kondycji świata, w którym żyjemy. Kiedy byłem młody, wszyscy o coś walczyliśmy: o demokratyzację, o równość ekonomiczną. W tej walce kryła się nadzieja na przyszłość. Istniała jakaś idea – przekonanie, że „jutro będzie lepsze niż dziś”. Mieliśmy cel. W tamtych czasach młodzi ludzie protestowali, stawiali opór. Niektórzy spędzali przez to lata w więzieniach. Ale niemal każdy trzymał się nadziei, że jego życie będzie lepsze, że przynajmniej ekonomicznie pójdzie ku lepszemu.

Dzisiaj tego przekonania już nie widać. Dzisiejszą młodość trzyma w uścisku coś zupełnie innego. Zapewne wiele rzeczy, jedną z nich jest lęk. Z tego lęku może rodzić się konserwatyzm. A czasem – wręcz fascynacja myśleniem autorytarnym. I nie jest to problem wyłącznie Korei – to zjawisko globalne. Młodzi ludzie stają się konserwatywni. To poważny sygnał. W badaniach opinii publicznej w Korei – zwłaszcza dotyczących kwestii politycznych – okazuje się, że osoby po dwudziestce wyrażają te same poglądy, co ludzie po siedemdziesiątce. I to wcale nie jest wyjątek. To zaskakujące, ale i niepokojące. To problem, który w ogromnej mierze dotyczy mężczyzn. Kobiety w tym wieku są znacznie bardziej progresywne. Można więc powiedzieć, że to młodzi koreańscy mężczyźni doświadczają dziś najgłębszego niepokoju.

Na koniec coś z innego rejestru: krąży plotka, że nigdy nie mówisz swoim aktorom, jak wypadli w danej scenie.

Wiąże się to z moim podejściem zarówno do filmów, jak i samego aktorstwa. Zależy mi na tym, by nie tworzyć czegoś, co byłoby sztuczne lub wymuszone. Szukam efektu realizmu – filmu, który zaakceptuje rzeczywistość taką, jaką ona jest. Tego oczekuję od swojej widowni – mając nadzieję, że to zaakceptuje. Nawet w przypadku gry aktorskiej, liczę na to, że aktor nie będzie grał, a na czas filmu stanie się osobą, którą ma odgrywać, zacznie żyć jej życiem. To kwestia podejścia. Jeśli osoba wcielająca się w rolę porzuci kwestie odgrywania, a zacznie po prostu być inną osobą, to cały ten proces przestaje dotyczyć aktorstwa – staje się po prostu „byciem”. Jeśli ktoś jest naprawdę smutny, mogą pojawić się łzy. Może pojawić się też uśmiech. Jeśli te uczucia są prawdziwe, to nie jest to coś, co mogę ocenić jako „dobre”, „udane”, czy też „nieudane” lub że po prostu „wystarczy”.

W swojej praktyce staram się nie dawać moim aktorom i aktorkom zbyt wielu uwag. Kiedy reżyser rozdaje pochwały, stwarza precedens do odtwarzania tego, co wydarzyło się przed chwilą. Aktorzy szukają takiej ekspresji, by coś powtórzyć, skopiować. Zaczynają robić to, co podoba się reżyserowi. Zawęża to potencjał eksploracji postaci, w którą się wcielają. Może to również ustawić pewien pułap, którego nie przeskoczą. To może być efektywne, ale moim zdaniem stanowi też blokadę przed pełnym przeżyciem swojej roli.

W przypadku „Poezji” Yoon Jeong-hee powróciła do aktorstwa po szesnastoletniej przerwie. Była już po sześćdziesiątce, a w moim filmie jest obecna na ekranie przez 90 procent czasu jego trwania. Ta rola była dużym brzemieniem – zarówno fizycznym, jak i mentalnym – ponieważ trajektoria historii spoczywała na jej barkach. Dlatego zdecydowałem się zrobić wyjątek i wzmocnić tym samym jej pewność siebie, dając jej kilka wskazówek i dobrych słów. Kiedy Moon So-ri i Jeon Do-yeon [aktorki z „Oazy” i „Sekretnego światła” – przyp. Ł.M.] odwiedzały nas na planie, bardzo się zdziwiły, bo zobaczyły, że potrafię rzucić kilka dobrych słów wobec czyjejś gry.

Reżyser może być dla aktora klamką w drzwiach, które należy otworzyć – umożliwia otworzenie się na pewną ekspresję. Dlatego międzyludzkie połączenie zbudowane na wzajemnym zrozumieniu i zaufaniu jest w tej pracy tak ważne.