Nr 9/2021 Na teraz

Światła miasta

Mateusz Demski
Film

Zmieniło się pochodzenie bohatera, zmienił się czas, znaczenie miasta w tytule, w ogóle się pozmieniało na potrzeby filmu. Liczącą przeszło pół tysiąca stron powieść Alfreda Döblina nakręcała rozgrywająca się w Berlinie lat 20. historia byłego robotnika transportowego, który opuścił więzienie, dokąd zawiodło go poprzednie, pozbawione sensu życie. Franek, by nadać życiu nowy kierunek, ślubuje sobie i całemu światu, że będzie odtąd porządnym człowiekiem. Z początku mu to nawet wychodzi – najpierw sprzedaje przytrzymywacze do krawatów, potem handluje gazetami, pokazuje wszystkim, jaki z niego uczciwy, morowy chłop. Wspomniane już gazety to prasa narodowa, autorzy dzielą się w nich swoimi mądrościami. Wynotowałem sobie nawet kilka z nich: „Prawdziwym federalizmem jest antysemityzm, walka przeciwko żydostwu jest zarazem walką o własną państwowość”; „Zdruzgoczcie wreszcie miraże i ukarzcie żydowskich szarlatanów, którzy karmią was złudzeniami”. Franek to poczciwy chłopak, bynajmniej nie ma nic przeciwko Żydom, nie chce komukolwiek wyrządzić krzywdy. Ale łatwo go otumanić.

Choć więc przysiągł, że będzie porządny, wyjdzie na prostą, i choć przez wiele tygodni to mu się udawało, co wszyscy widzieli, jego plany się mącą. Ktoś oszukuje Franka, podkłada mu nogę, ten z żalu zamienia uczciwą harówkę na wałkonienie, leży w brudzie, chleje. Potem poznaje niejakiego Reinholda, łotra, który sprowadza go z powrotem na złą drogę i wplątuje w ciemne interesy. Wbrew złożonym deklaracjom bohater daje się wciągnąć we włamanie, tuż po skoku zostaje rzucony pod samochód przez Reinholda, w wyniku czego amputują mu prawą rękę w stawie barkowym. Franek nie wyciąga jednak żadnej lekcji, nie chce dostrzec w tym ostrzeżenia, ponownie błądzi – ujrzymy go jako pasera, alfonsa… Będzie jeszcze gorszy. Będzie znowu tam, gdzie był, zanim odbył karę więzienia, nic się nie zmieni, on sam pozostanie taki sam i znowu oberwie od życia z hukiem. Aż pewnego dnia Franek przejrzy na oczy i zrozumie, w czym tkwi przyczyna jego niedoli. W nim samym, w jego cechach charakteru: naiwności i zachłanności.

Na tym poprzestańmy, pełne opisanie tej historii jest wyzwaniem przekraczającym dopuszczalną ramę recenzji, ważniejsze jest zresztą co innego – że rzucając swojego bohatera w tę spiralę nieszczęść, Döblin wybornie wszystko poukładał. W książce są zamaszystość i rozmach; intryga, świat, wielowarstwowa struktura znaczeń.

Tytułowe miasto jest tu czymś więcej niż tłem dla opowieści, jest osobną formą życia, jednym z bohaterów. Döblin z niesłychanym bogactwem szczegółów odmalowuje panoramę wielkomiejskiego berlińskiego życia lat 20. – w historię Franka cały czas wkłada urwane prasowe notki, statystyki, treści miejskich afiszy, kronik kryminalnych, pieśni kapel podwórkowych. Penetruje labirynty uliczek, podejrzane zaułki, rejestruje to, co się dzieje w szemranych spelunach, suterenach, wytwornych lokalach i kilkugwiazdkowych hotelach; czytelnik konfrontowany jest z ogromnymi masami ludzkimi. Taka żywiołowość Döblinowskiego pióra sprawia, że powieść obyczajowa o przypadku Franka ustępuje z czasem portretowi zbiorowemu – jest to obraz miasta-molocha, zamykającego w sobie polifonię milionów ludzkich głosów, z której dobiegają losy znajdujących się na przeciwległych biegunach wspólnot, kast, dzielnic. Toteż „Berlin Alexanderplatz” – jak całkiem słusznie zauważył we wstępie do polskiego wydania Stefan Lichański – jest dziełem nieprzeciętnej miary, wirtuozerskim artystycznie i formalnie; jego adaptacja to przedsięwzięcie nader ryzykowne i prawie niemożliwe.

Jeśli chodzi o ryzyko, no właśnie – na takie porwał się Burhan Qurbani, niemiecki reżyser, syn emigrantów z Afganistanu, który z powieścią zetknął się ponoć w liceum i oblał na niej egzamin dojrzałości. Po latach polubił się z klasyką, a czterdzieści lat po serialowej ekranizacji Rainera Wernera Fassbindera podjął się jej autorskiego odczytania. U Qurbaniego jest niby jak w książce, fabularnie idzie to całkiem wiernie za Döblinem, choć doszło do kilku przesunięć. Franek, niemiecki robotnik i rabuś, zamienił się we Francisa, imigranta z Gwinei Bissau. Zamiast Berlina czasów Republiki Weimarskiej, z przedednia brunatnej rewolucji, mamy Berlin współczesny, wieloetniczny, w którym wciąż istnieją jednoznaczne relacje władzy i podległości – między białą klasą średnią a migrantami napływającymi z Afryki. Wypadła przede wszystkim wielogłosowa narracja Döblina – w filmie polifonii nie ma; podejrzewam, że reżyserowi się ona po prostu nie zmieściła. Berlin nie jest tą samą wielką masą ludzką, co na papierze, tym żywym organizmem, nie zostaje rozpracowany na ekranie w takich szczegółach. Tu jest – ni mniej, ni więcej – tłem. Nie powiem, to tło całkiem atrakcyjne; miasto w oczach Qurbaniego powlekają neonowe kolorki, wszystko skadrowane jest w fioletach, żółciach, podciągniętych czerwieniach. Poza tym pustawo – ma się wrażenie, że cztery czy pięć postaci z centrum opowieści to jedyni ludzie, jacy żyją dzisiaj w stolicy Niemiec.

fot. mat. prasowe

Może Qurbaniemu wcale nie zależało na wielogłosowej opowieści o metropolii, może chciał trochę na przekór literze książki całą energię poświęcić bohaterowi i dać mu jeszcze coś od siebie. Symptomatyczna jest tu przecież figura uchodźcy pukającego do bram Europy, która w filmie stanowi wartością dodaną. Historia zaczyna się w obozie dla uchodźców przywołującym skojarzenia z lotniskiem Tempelhof – reliktem epoki faszystowskiej, gdzie w międzywojniu po pasach startowych maszerowały hitlerowskie parady, w czasie wojny działał obóz pracy, a przed kilkoma laty hangary nieczynnego portu stały się domem dla tysięcy uchodźców. O przeszłości filmowego Francisa nie wiemy zbyt wiele. Qurbani daje nam tylko kilka krótkich obrazów, poszlak wskazujących na echa kryzysu uchodźczego. Przez chwilę się wydaje, że będzie to szersza panorama: historia tych, którzy próbują zacząć nowe życie w nowym kraju i odbijają się od jego drzwi. Potem reżyser robi dwa kroki do tyłu. I tu chyba tkwi sedno problemu – w gestach odważnych, a jednak pustych. Miała to być opowieść o okolicznościach społeczno-politycznych, które pozbawiają przybyszów szans na nowy początek, na dobrych warunkach; i o tym, co w ogóle znaczy być emigrantem w tej części Europie. Mogłaby to być również opowieść tycząca się świata, który – idąc za tym, co mówił sto lat temu Döblin – rehabilituje myślenie skrajnie prawicowe. Ale na ekranie tego nie widać; słabo pracuje tu diagnoza procesów politycznych, kwestia położenia uchodźców wydaje się bardziej wstawką niż zachętą do pogłębionej refleksji.

Główny konflikt w filmie nie zrodził się z rzeczywistości współczesnego Berlina ani z Berlina ery Döblina, ani nawet z tropów podrzuconych przez Qurbaniego. Jesteśmy raczej bliżej formuły ponadczasowej, biblijnej wręcz przypowieści o człowieku, o którego duszę walczą dobre i złe moce. W „Berlin Alexanderplatz” jest nim oczywiście Francis; szansę na jego ocalenie przynosi uczucie do prostytutki Mieze, dziewczyny zdolnej do najczystszej miłości, gotowej poświęcić wszystko i zaryzykować dla Francisa życie. Ciemne, diaboliczne, najprzeraźliwsze siły roją się zaś w Reinholdzie. Jego powieściowy pierwowzór budzi jednak dziwną fascynację – trudno nie poddać się złowrogiemu uroku Reinholda. Tą siłą wodzi na pokuszenie poczciwego Francisa, a ten naiwnie pokłada w nim wiarę, szuka w nim mistrza, kamrata, zbawiciela, wobec którego będzie lojalny do końca. Widać, że Qurbani miał pomysł, jak ciekawie opowiedzieć o tej relacji: o przyciąganiu, odpychaniu i zwodzeniu. Umiał też pokazać człowieka, który musiał odbyć długą drogę, dać się uwieść i powierzyć swoją duszę złym mocom, żeby wreszcie otworzyć oczy. Ale to akurat reżyser miał podane na tacy, cała powieść naznaczona była podobnymi uniwersalnymi prawdami, cytatami wziętymi z Pisma Świętego: z Księgi Hioba, z opowieści o Abrahamie, o Izaaku, świętej grzesznicy czy z Apokalipsy. Döblin potrafił je przyłożyć do czasów i miasta, w których przyszło mu żyć; u Qurbaniego ani miasta, ani czasów.

„Berlin Alexanderplatz”
reż. Burhan Qurbani
premiera: 16.07.2021