Nr 17/2025 Na dłużej

Strasznie strome podejścia

Jakub Kornhauser
Literatura Patronat

„Że niby to jest to strasznie strome podejście?” – ziomale z Polczakówki nie chcą uwierzyć. Siedzimy na wielkiej polanie, przyglądając się masywowi Lubonia Wielkiego, tego z masztem stacji radiowo-telewizyjnej i starym schroniskiem turystycznym, co wygląda trochę jak pagoda, a trochę jak namiot Włóczykija. Fakt, żółty szlak Percią Borkowskiego wiodący na szczyt z Zarytego, niegdysiejszej wioski, a obecnie zachodnich krańców Rabki-Zdroju, z tej perspektywy nie wygląda tak dramatycznie, jak głoszą miejscowe legendy. Sławetnych gołoborzy i urwistych skałek w gęstym lesie w ogóle nie da się dostrzec. „Z przełęczy Glisne to widać od razu, że jest na maksa pionowo” – mówi Darek z rezonem himalaisty. „Tutaj to byle dziadek w klapkach da radę”.

Reszta ekipy niby się podśmiechuje, ale w głębi ducha wszyscy czują niepokój. Opowiadałem im, że trasa jest zdradliwa, trzeba skakać po wielkich blokach skalnych i momentami wspinaczka robi się wyjątkowo uciążliwa – zupełnie jakbyśmy byli w Żlebie Kulczyńskiego na Orlej Perci, a nie w Beskidzie Wyspowym. No i będą musieli się sprężyć, bo mają do dyspozycji jedynie 150 minut na całą trasę tam i z powrotem, po drodze parę zadań do wykonania, a na skręcenia kostek i tłuczenie kolan o skały czasu nie przewidziano. „Szefie, nie ma opcji, po wczorajszym to łydy palą, jakby chciały się wściec, no i pan patrzy na te szlify” – Kamil pokazuje szramy i siniaki na lewej nodze. Dziewczyny także się skarżą, że Gorce dały im wycisk. No jasne, miękkiej gry tu nie ma, trzeba się wysilić, trasy są wymagające, przewyższeń tyle co w Tour de France, tylko rowerów brak i trzeba drałować na własnych nogach.

Ale zanim na start, gadamy o literaturze, taka była umowa. Wieje lekki wiaterek, słońce zaczyna prażyć, a tu wjeżdża temat piątki nominowanej do Nagrody Literackiej GDYNIA 2025 w kategorii przekład na język polski. Na pierwszy ogień – „Johnny Panika i Biblia Snów oraz inne opowiadania” Sylvii Plath w świetnym przekładzie Agi Zano, czyli pełna edycja 32 próz autorki „Szklanego klosza”. Legendarna amerykańska poetka ujawnia tu skomplikowane oblicze, dając czytelnikowi wgląd w swoją codzienność, ale także próbując sił w fabularnych formach krótszych i dłuższych. Miejscami jest sentymentalnie, miejscami kozacko, dzięki tłumaczce przekład skrzy się raz po raz fajnościami. „Zaraz, czy to ma coś wspólnego z Johnnym Wykałaczką?” – Paulina jest sceptyczna, bo nie należy do fanek filmu Roberta Benigniego. Istotnie, jego seans był trudnym doświadczeniem. Z książką Plath rzeczy mają się inaczej, niezależenie od tego, czy trafimy na żwawe, oparte na dialogach opowiadanie, na dziennik z pobytu w Anglii, czy szkic o tożsamości pisarki-kobiety.

„»Telepali się autobusem po górskiej drodze, a dzień szarzał powoli w czerń, aż wpadli w suchą śnieżną kurzawę, plującą w szyby drobnymi płatkami«” – jedno z dzieciaków wyrecytowało z nadmierną nabożnością początek prózki „W górach”. „Oo, od razu mocno w górę, stromizna jak z Ustrzyk Górnych na Wielką Rawkę!” – Darek nie ma wątpliwości, że to kawał dobrej roboty. Wizja mrocznych szczytów pogrążonych w zawiei robi na wszystkich duże wrażenie. Kontrastujący z tą scenerią dialog dwojga bohaterów, jadących rozklekotanym autokarem do sanatorium, nie pozostawia wątpliwości: nastrój robi się ciężki, zwłaszcza że siedzimy kilometr od ostatnich zabudowań rabczańskiego zdroju. Odruchowo nasłuchujemy odgłosów zbliżającej się burzy, ale niech to, jest piękna, wyżowa pogoda, trzydzieści na termometrze, gorąco i świetliście, zielono i niebiesko na spółę. Aż tu nagle „»przepadły ciepłe geometryczne światła, a pokryte śniegiem góry na zewnątrz pięły się ku niebu w nieodwracalnej ciemności. Nie wiał nawet najsłabszy wiatr, wszystko trwało nieruchomo, w zupełnej ciszy«”.

Zamarliśmy, ale na szczęście po chwili bańka niepokoju pękła – ciszę przerwało beczenie i pobrzękiwanie dzwoneczków. Pan Krzyś, okoliczny baca, przygnał na polanę wielkie stado owiec i kilka kóz dla towarzystwa. Wszyscy uśmiechnęliśmy się „»jak kot chowany na śmietance«” (Monika stwierdziła, że ten cytat z opowiadania „Wdowa Mangada” jest wart Nobla). Pośród owiec przegadaliśmy inne utwory Plath, w tym króciutką impresję „Superman i nowy kombinezon Pauli Brown”, dającą relację z dziecięcych fascynacji i snów. „»Conocne przygody w kosmosie«” okazały się bliskie doświadczeniom wielu z nas. Zaczęliśmy się przerzucać najbardziej fantastycznymi itinerariami, krążąc po skrawkach wszechświata i porzucając to, co prawdopodobne, na rzecz kompletnych szaleństw.

Szybko skaczemy na karty drugiej nominowanej książki, powieści „Pasierb” Juana José Saera mistrzowsko spolszczonej przez Barbarę Jaroszuk. Dzięki Saerowi, klasykowi XX-wiecznej literatury argentyńskiej, przedostajemy się do Río de la Plata początku XVI wieku. Śledzimy losy bezimiennego marynarza, który jest częścią wyprawy morskiej w głąb Ameryki Południowej. Spotkanie z Indianami kończy się tragicznie, okazują się oni spożywać ludzkie mięso; marynarz przeżywa jako jedyny z całej załogi i przyłącza się do plemienia. „Kto oglądał »Zamę« Lucrecíi Martel?” – pytam ziomali, którzy znów zastygli w milczeniu. Można było się tego spodziewać, nikomu nie jest do śmiechu. Film Martel jest swobodną ekranizacją powieści Antonia di Benedetto, innego z wielkich prozaików argentyńskich – i to do niego w dużej mierze nawiązuje Saer. Realistyczne opisy życia wśród rdzennej ludności i jej rytuałów sąsiadują z sekwencjami onirycznymi, których dostarcza straumatyzowany umysł bohatera.

Kamil twierdzi, że coś dziwnego dzieje się tu z językiem. Ma rację. Na pozór elegancki, wyrafinowany, momentami jak gdyby staroświecki, skrywa w sobie całą masę tajemnic – przekład Jaroszuk bezbłędnie oddaje ten efekt. Odnosimy wrażenie, że pierwszoosobowy narrator nie mówi nam wszystkiego, przemilcza to, co ważne, zwodzi nasze przeczucia, podobnie jak to się dzieje w innej rozprawie z kolonializmem – „Tabu” Miguela Gomesa. Patrycja, która dotychczas tylko słuchała, wpatrując się w małą owieczkę liżącą się po ratce, włącza się do dyskusji: „O, pamiętam ten film, byłam na nim z koleżanką, całe kino było puste! Muzyka super! No i ten Carlotto Cotta… Żeby nieco złamać to rozmarzenie, czytamy fragmenty Pasierba, który nagle zaczyna wybrzmiewać jak anty-Jądro ciemności Conrada. »Z sunącego ku nam szybko brzegu, choć nie widziałem tam jeszcze żadnej żywej istoty, zdawała się emanować ludzka rozszemrana obecność«”.

Dzieciaki wciąż nawiązują do istoty problemu: w jakim stopniu kanibalistyczne rytuały są symptomem pogardy wobec innych ludzi, a jak dalece hołdem wobec potęgi człowieka? Jakie są tu proporcje między pragmatyzmem a duchowością? Rafał, który dosiadł się do nas z opóźnieniem, bo, jak powiedział, miał „bardzo ważny międzynarodowy telefon”, twierdzi, że powieść tak naprawdę zaciera granice między językiem a tym, o czym on opowiada. Kiedy bohater wraca do Hiszpanii i zaciąga się do wędrownej trupy, by relacjonować swoje losy, dręczą go wątpliwości: „»Wspomnienia, które wytrwale mnie nawiedzają, nie zawsze pozwalają się uchwycić […]. Nie wiadomo już, gdzie jest środek wspomnienia, a gdzie zaś jego obrzeże«”. „To jest dopiero stromizna” – szepczą między sobą. Tylko Kamil mechanicznie skubie swoje strupy na łydce.

Gdy pan Krzyś wraz ze swoimi owczarkami – podhalańskim i border collie – przysypiają pod świerczkiem w promieniach południowego słońca, cała trzódka oddala się w poszukiwaniu smaczniejszych kąsków. Jedna z kóz, skuszona obfitością owoców, włazi w krzaki jeżyn, no i kłopot: meczy, bo zaczepiła się o ostre pnącze. Oto idealny start do rozmowy o powieści Tamty Melaszwili „Kos kos jeżyna”, którą z gruzińskiego przełożyła Magdalena Nowakowska. „»Idę przez kolczaste zarośla, ale, niech to diabli, wszystko wyzbierane! Tylko gdzieniegdzie jedna czy dwie jeżyny, niedojrzałe, takie, które tylko ptaki zjedzą«” – Paulina ma swój ulubiony kawałek, z samego początku, gdy poznajemy główną bohaterkę. To Etero, pięćdziesięciolatka prowadząca na prowincji mały sklepik, która prostym, bezpośrednim językiem opowiada nam o swoim życiu. O namiętności, która przychodzi znienacka, o samotności, o trudach i radościach, no i jak to robi – z werwą, mocą, przekonaniem, że to, co niepiękne i monotonne, może być piękne i ważne (wszyscy potakują, pogryzając paluszki, które ktoś puścił w obieg).

Dziewczyny są pełne uznania dla Nowakowskiej. Jak twierdzą, udało jej się znaleźć wiarygodny język dla bohaterki (Paulina przywołuje miły uchu epitet, jakim Etero obdarza swojego kochanka: „»Głuptak jeden!«”). Gdzie trzeba, jest liryczniej, ale co do zasady – szorstko i w punkt, bez lania wody. Dyskutujemy o tym, co czuje kobieta, która w konserwatywnym środowisku żyje bez męża – ekipa jest zgodna, że może być trudno, ale i otwierają się nowe możliwości. Choć powieść ukazuje różne odcienie takiego życia, sporo jest przedstawionych wprost scen seksu – tłumaczka ładnie radzi sobie z nimi, dorzucając do opisu na przykład „sterczącą kuśkę”, która budzi ogólną wesołość.

Jerzy Opioła - Praca własna, CC BY-SA 4.0, WikiCommons

„»Ty też myślisz, że mężczyzna to jest nie wiadomo co. A ile razy będziesz płakać przez takiego? I kiedy zrozumiesz, co jest w życiu najważniejsze? Bo najważniejsze to mieć spokój i żyć po swojemu«” – czyta jeden z ziomków, którego imienia nie pamiętam. „Każdy by tak chciał. A to nie jest takie proste. Ja to na przykład wolałbym cały czas po górach chodzić, a muszę ciotce pomagać w gospodarstwie, no i szkoła, wiadomo” – dorzuca. Darek tymczasem się ożywia, bo doczytał początkowe sceny: Etero zapuszcza się w gąszcz jeżyn, traci równowagę i zawisa na skarpie nad rzeką. „»Rękami chwytam się gruntu, nogi mam w powietrzu i zjeżdżam po sypkiej ziemi, nie mogąc znaleźć stopami oparcia«”. W końcu kobiecie udaje się wydostać, a przynajmniej tak nam się czytelniczo wydaje. Darek twierdzi, że to nieprawda i że wszystko, co czytamy, jest nam przekazywane z perspektywy ducha (lub po prostu przez ducha), tak jak w „Enter the Void” Gaspara Noégo. „No i tak jest z tymi stromiznami, można się przeliczyć z siłami” – wymądrza się. Ale nikt go nie słucha, ekipa poszła pomagać panu Krzysiowi wyplątywać kozę.

Grzeje niemiłosiernie, więc przesuwamy się do cienia. Pan Krzyś zrobił się cały czerwony. Owce dyszą i się trzęsą, kozy leżą i niespiesznie przeżuwają. Moi ludzie nie mogą przestać gadać o tych czy innych opowieściach z krypty, zombiakach i wampirach. Tylko Darek wraca do swoich ulubionych tematów, trzymając w ręce „Dane odosobowe” Elfriede Jelinek w brawurowym przekładzie Agnieszki Kowaluk. „Tu jest napisane: »Razem wrócimy z góry, rzekł Abraham do swego syna, po co w ogóle na nią wchodziliśmy, skoro i tak będziemy musieli zejść« – szefuniu, to może byśmy sobie odpuścili tę traskę dzisiaj?”. Próbuję argumentować, że powieść Jelinek właściwie nie jest o górach, ale idzie mi dość słabo. Rzecz jest poważna i znakomicie przetłumaczona: to de facto monolog kogoś, w kim możemy rozpoznać samą autorkę i jej przygody z wymiarem sprawiedliwości, historią rodzinną, nazistami i Żydami, ucieczkami i domem. Wszystko podlega prawom strumienia świadomości, przeskakujemy z tematu na temat i pomiędzy pędzącymi jak Szerpowie po Himalajach obrazami.

Parę osób marszczy się, że podejście za trudne, że noblistka zbyt eksperymentalna, więc czytamy fragmentami i wyjaśniamy przeskoki czasowe, opowiadamy sobie trochę o historii Austrii, o wojnie, o Baldurze von Schirachu (jasne, że musi wtedy paść tytuł „Baldur’s Gate”, nie ma opcji). Ale zaznaczam też – i tym kupuję audytorium – że stawką jest w tej grze opowiadanie tak, żeby zamazywać oczywistości i skupiać się na samej akcji opowiadania. Czytam im wyimek: „»Chciałabym państwa w tym miejscu zdezorientować o tym, że było dla mnie bardzo nieodzowne, aby zapisać tu to wszystko, dla państwa nie, ale dla mnie!«”. I dalej: „»jest tego więcej, co więcej, coraz więcej, nawet spokojnie do dwudziestu razy więcej«”. Ziomale mają bekę, bo w końcu robi się śmiesznie, a nie tylko strasznie.

Teraz mamy taką zabawę: wybieramy strony na chybił trafił i czytamy po kawałkach, jak rozwalone puzzle, z których nie bardzo jest co złożyć. „To jak u Lyncha” – mówi Rafał, choć myślałem, że woli komedie Barei. „Widzieliście »Mulholland Drive«? Składacie sobie te sceny, porównujecie bohaterki, patrzycie na popielniczki – gdzie i kiedy się pojawiły – próbujecie odgadnąć, kim jest potworny facio zza śmietników, a na końcu wszystko wam się rozpada”. Reszta potakuje. „»A co my tu mamy, no, co tu jest? Skrzynka pocztowa z czymś z boku, z niczym w środku, trzy piętra nad sobą«”. No mega, ekstra, brawa dla pani Kowaluk – teraz wszyscy są tego pewni. Zresztą – „»Czy nie potrafiłabym przywrócić do życia swoich rodziców? Nie, tylko nie to! Lepiej obejrzeć fajny film«”.

Albo poczytać fajną książkę. Ostatnia nominatka to modernistyczna powieść „Miasto” Waleriana Pidmohylnego, którą dziarsko przetłumaczył Marcin Gaczkowski. Nagle przeskakujemy na kijowski Chreszczatyk lat 20. XX wieku. Towarzyszymy początkującemu pisarzowi Stepanowi, który trochę studiuje, trochę rozbija się po mieście, a trochę próbuje wkraść się w życie artystyczne metropolii. Ta zresztą bohaterką jest sama w sobie i można odnieść wrażenie – tego doświadcza Paulina, która jest wielką fanką książki – że Stepana potrzebuje jako pionka, na którego tle jest w stanie zabłysnąć szerokimi bulwarami i rewolucyjnym zapałem. Gaczkowski niezwykle sprawnie radzi sobie z oddaniem lokalnej specyfiki, nie tracąc z oczu współczesności, całość jest dzięki temu wartka – niczym Dniepr, w którym zażywa kąpieli Stepan.

„Co tam Dniepr” – krzyczy pan Krzyś zajęty pojeniem owiec, które zasapały się jak turyści na perci Borkowskiego (Darek oczywiście się z tym nie zgadza). „Najlepsza do kąpieli jest Raba. Tu, na Zarytem, przesiedziałem w wodzie chyba parę lat – z pijawkami i szczeżujami. Teraz już to nie to samo”. „Ej, ale to nie jest powieść o mieście, tylko o wsi” – Kamil i Paulina nie mogą dojść do porozumienia. „Patrz: Stepan jest ze wsi, ucieka do miasta, ale tam się czuje słabo i najchętniej toby wrócił. »Wieś tkwiła jak zadra w jego sercu, tęsknił za bezgrzesznymi laty« – wciąż wraca pamięcią do czasów dzieciństwa. Miasto bywa atrakcyjne, ale i trudne do zniesienia: »Oto życie: rozgadana, jazgotliwa loteria, w entourage’u pstrokacizny, plakatów i paroksyzmów wymownej reklamy, która kusi niebywałą wygraną, lecz milczy dyskretnie o tym, że na jeden szczęśliwy los przypadają tysiące pustych bilecików, a udział w losowaniu można wziąć jeden jedyny raz«”.

Leżymy na polanie i nie chce nam się wstawać, gadamy o filmach z miastami w roli głównej, nie sposób przerwać ciągu skojarzeń (zaczęliśmy od „Lisbon Story” Wima Wendersa).

„Superowy jest ten język” – włącza się nagle ktoś. Fakt, wariant języka, jaki proponuje tłumacz, jest zarazem wysublimowany i potoczny, staroświecki, lecz żwawy. Wszystkim „zrazu”, „albowiem” i „czyliż”, które dzieciakom wydały się okropnie dziwne, ale jednak i fajowe, towarzyszą wstawki teraźniejsze, takie jak „kurzenie papierosków” itp. Faktycznie to działa. „No i parę stromizn się tu pojawia” – Darek nie daje za wygraną i wyszukuje odpowiednie kawałki. „»Miasto spływało z góry na brzeg«” – relacjonuje kijowski neofita Stepan, przechadzając się ulicą Rewolucji z widokiem na Dniepr. My mamy widok na Luboń z jednej strony, a na pasmo Turbacza z drugiej. W dole miasto, centrum nad Poniczanką, pensjonaty i budy z kebabem.

Dochodzi nas woń wędzonych oscypków. Pan Krzyś będzie je sprzedawał w weekend turystom, na razie schną w słońcu. Ekipa się zbiera, poprawia stroje, niektórzy ziewają – nie wiem, czy ze znużenia, ze słońca czy ze stresu przed wysiłkiem. Kilka osób głaszcze owce, inni rozdają sobie kuksańce. Luboń czeka. Dorzucam Darkowi do plecaka pięć nominowanych książek, żeby miał poważniejsze wyzwanie, włączam stoper i ruszam w trasę za całą ekipą. Jeszcze długo będą mi dźwięczały w uszach owcze dzwoneczki.

Nominacje w kategorii PRZEKŁAD NA JĘZYK POLSKI
20. Nagroda Literacka GDYNIA
29.08.2025

Tekst powstał we współpracy z Nagrodą Literacką GDYNIA