Nr 14/2025 Na teraz

Moja przygoda z pierwszymi dwiema książkami Jakuba Nowaka przypomina najbardziej sztampową scenę reanimacji: „zostań tu” – szepczę nerwowo, pochylając się nad książką – „nie odjeżdżaj”. Narrator „Amnezjaku” pozostaje niemal zupełnie głuchy na podobne wezwania – „najlepszy z możliwych światów” opuszczamy równie często, co efektownie, a roszczeniowy fanatyk realizmu musi zadowolić się kilkoma przebłyskami. Najciekawszym z nich jest chyba alternatywna historia urodzonego w Polsce… Jima Morrisona. „Ładny mi realizm” – powiecie. Ano, całkiem ładny. Bo snując opowieść o scenicznym geniuszu, Nowak tak gładko i głęboko wbijał się w szarą tkankę PRL-u, tak sprawnie kontrastował ją z pstrokacizną hipisowskich umysłów, że mogliśmy tylko westchnąć, gdy na scenę weszli zombiaki i Kapitan Żbik.

Mogliśmy też cieszyć się, że na kartach wydanej kilka lat później powieści autor kontynuował tę drogę. Narrator „To przez ten wiatr” opowiada nam utrzymaną w konwencji realistycznej, choć – znów – lekko alternatywną, historię amerykańskiej eskapady Sienkiewicza i Modrzejewskiej. Podobnie jak Twardoch czy Rak, Nowak wykorzystuje tu demiurgiczne szlify nabyte przez lata pisania utworów z gatunku fantastyki, by ukoić nieco tęsknotę za fabułą, która coraz częściej przewija się w rozmowach o polskiej, współczesnej i – wybaczcie – „wysokiej” literaturze. Wypada to bardzo porządnie – postaci są ciekawe, pełnokrwiste, a ich relacje układają się w niebanalną mozaikę. Od czasu do czasu tylko któryś z bohaterów popadnie w malignę albo wyśni jakiś średnio interesujący sen, a ja zacznę mruczeć pod nosem „nie odjeżdżaj…”.

Jeśli pozostaniemy w tym – nieco topornym – kluczu, to wydana niedawno „Nie w szczepionkę” wydaje się dużym krokiem w bardzo dobrą stronę. Nowak nie tylko trzyma się tu aktualnej polskiej rzeczywistości, ale też ukazuje jej źródła, kreśli przekroje i panoramy. W powieści nie uświadczymy fantastycznych stworów, kosmicznej broni, kowbojów czy dzikiego zachodu. No dobrze, może chwilami jest trochę westernowo, ale to nawet pasuje – jeden z dwu przeplatających się torów narracji prowadzi bowiem przez dzikie lata 90.

W pierwszych scenach poznajemy grupę nastolatków z niewielkiego miasta, którzy zbierają się pod koniec wakacji, by zabić nudę, wypić, zapalić, dać lub dostać w mordę. Dużo tu sensualności; klimat przypomina małe prozy Pawła Sołtysa: parę milenialnych artefaktów, panki, dresy, metale… Jakieś drobne interesiki, romanse, robi się gorąco… i nagle cyk! Przenosimy się o 25 lat. Ci sami ludzie, ale – wiadomo – część powyjeżdżała, ktoś został programistą, ktoś starzejącą się wokalistką, a ktoś zaskakująco sporządniał, ma dobrą żonę i czwórkę dzieci.

Mniej więcej w tym momencie dociera do nas, jak bezczelnie odważny jest pomysł Nowaka na tę książkę. Styk współczesności i końcówki najntisów wygenerował przecież w ostatnich latach tak wiele opowieści – było o (post)transformacji, wstydzie, awansie, mafii, wykluczeniu. Ogrywano rozmaite lęki, sentymenty, wskrzeszano pstrokaciznę i mroczny potencjał przełomu wieków. Mało kto da się już naciągnąć na sentymentalną, bezcelową włóczęgę po świecie gum turbo, sofiksów i oranżadek w proszku. Nie ma rady – trzeba mieć mocną fabułę. Wydaje się, że autor wychodzi z podobnego założenia.

Zaczyna się więc – jak w porządnej baśni – od artefaktu. Mikołaj (całkiem normalny nastolatek) bierze kradzione Reeboki od Nika. I nie płaci, bo nie ma pieniędzy. Nie ma ich też za kilka dni, więc zostaje pobity. Wtedy Monika oferuje mu pożyczkę. Bohater przyjmuje kasę, ale zamiast spłacić dług, kupuje… kosmetyki z Avonu od bogatej dziewczyny, która mu się podoba. W ramach kary Niko bierze go na brudną robotę: chłopaki z jakiegoś powodu wkładają pod ubrania wyrwane kartki z książki telefonicznej i dostają się do piwnicy, z której zabierają tajemniczą skrzynkę (możliwe, że jest w niej wzbogacony uran). Podczas akcji okazuje się, że ze sprawą skrzynki związani są lokalni gangsterzy oraz ksiądz proboszcz. Jakby tego było mało, kilka godzin wcześniej chłopiec widzi przez okno auta własną – zwykle raczej porządną – matkę, która miała być na robocie w Łodzi, a najwidoczniej pije browary z agresywnymi mężczyznami. Potem są jeszcze burdy, gadki ze zbirami, groźby karalne, mały pożar, a nad ranem chłopaka odwozi do domu przypadkowo spotkany znajomy rodziców, który mieszka w mieście, skrzętnie skrywając fakt, że jest wiejskim wikarym… Jedna noc – ile tajemnic! A w kolejnych partiach tekstu enigmatyczna mgiełka tylko się zagęszcza. Po dwudziestu pięciu latach (do pewnego momentu nieznana z imienia) narratorka zapewnia, że nigdy nie wyjawiła Mikołajowi, co stało się „tamtej nocy”; w partiach milenialnych koledzy chętnie informują chłopca, że „wszyscy widzieli”, co jego matka wyprawia z księdzem.

Wiemy więc, że coś jest w skrzynkach, że coś wydarzyło się w domu jakiejś dziewczyny, że matka Mikołaja robi coś zamiast być w Łodzi, że coś niedobrego stało się z Nikiem, że ksiądz ma coś za uszami, a ojciec Patrycji coś wspólnego z półświatkiem. Nie zawsze wiemy tylko, dlaczego owo „coś” miałoby nas obchodzić. Bo raz, że nagromadzenie tajemnic i budowana wokół nich aura (język rosyjski, księża incognito) zahaczają o kicz, a dwa, że niewiadome piętrzą się raczej chaotycznie, nie tworząc spójnej estetycznie i logicznie zagadki. Jest dziwnie. Coś się „tamtej nocy” odwaliło. Ale co? Im dalej w tekst, tym częściej podejrzewamy, że raczej nic, czego istnienie dałoby się utrzymać bez setki ułatwiających pisarką robotę niedopowiedzeń.

W kontekście budowania napięcia zawodzi więc to, co było zwykle mocną stroną prozy Nowaka – kompozycja. Sam pomysł na dwa tory narracji, z których każdy odsłania nieco inny aspekt historii sprzed lat, jest przy tym jak najbardziej w porządku. Od razu widać zresztą, że istnieje tu wyraźna hierarchia – latom 90. poświęcono więcej stron i kreacyjnej uwagi – współczesność zarysowana została zaledwie kilkoma kreskami, a narratorka tej części (Siwa) już w pierwszym ze „swoich” rozdziałów zapowiada przybycie Mikołaja, który zamierza wrócić do „tajemnicy strzeżonej przed nim od dwudziestu pięciu lat”. Wydaje się więc, że będziemy świadkami jakiegoś śledztwa, poszukiwania prawdy o sobie, losach rodziny, rozliczeń – że spod łóżka wytoczy się choć jeden trup. Nic z tego!

No dobrze, może coś tam się wydobywa, ale to raczej mieszczański smrodek. Zdecydowana większość opowieści Siwej poświęcona jest zaś… genezie założonego przez nią zespołu metalowego oraz dramie wokół jego rozpadu. Żeby było jasne: nie są to fragmenty słabe – Nowak potrafi bardzo ciekawie pisać o muzyce, a jego opisy „gigów” nie odbiegają poziomem od świetnych, koncertowych scen z niedawnego debiutu Arka Kowalika. Problem w tym, że powieściowo to się zwyczajnie nie składa. Kilkanaście stron przed zakończeniem książki wytrwały czytelnik spodziewa się rozwiązania nagromadzonych w toku akcji zagadek, a dowiaduje się, że narratorka jest „szarą eminencją w wydziale komunikacji”, że jakoś układa sobie relacje z byłą sceniczną koleżanką i że Maurycy powinien się jednak usamodzielnić. „Skrzynki z uranem” leżą zaś odłogiem lub – co gorsza – rozbrajane są przy użyciu niezgrabnych półsłówek. To wszystko składa się na pierwszy, duży problem „Nie w szczepionkę”.

Drugi dotyczy języka i jest piętrowy – składa się z kilku warstw mających na siebie wzajemny wpływ.

Zacznijmy od patosu i nadmiaru porównań. To nic nowego w tym sensie, że podobne zarzuty pojawiały się już w kontekście „To przez ten wiatr” – Olga Żyminkowska wyśmiewała na przykład wizję Sienkiewicza „wiosłującego przez budyń ciała” kobiety. Zgoda, na kartach powieściowego debiutu Nowaka zdarzały mniejsze lub większe wpadki. Co do zasady język utworu nie przeszkadzał jednak w podążaniu za bohaterami. Nie trzeba wielu stron, by zorientować się, że w przypadku drugiej powieści autor stawia sobie poprzeczkę nieco wyżej: ma być nie tylko sprawnie, ale też pięknie, a w każdym razie – ozdobnie. W pierwszych scenach „dzieci pięści i przymkniętego oka” (s.9) „pocą się nieśmiertelnością” (s. 9), słońce „wygląda jak wnętrze delicji” (s. 9), włoski na skroniach „płoną jak łąki w wiadomościach” (s. 50), napięcie przeszkadza bohaterce, „jakby założyła niedoschniętą bieliznę (s. 24), Siwa czuje się, „jakby ktoś zdjął jej słuchawki w połowie piosenki z młodości” (s. 28), Monika przeczesuje włosy, „jakby strząsała z nich noc” (s. 30), Patrycja chodzi w sukience, takiej „jakby to samo lato ją dla niej wybrało” (s. 32), Mikołaj czuje się, „jakby ktoś kazał mu stanąć na deskorolce, po czym zepchnął go ze stromej ulicy” (s. 32), a kryształy w kredensie „błyszczą jak zawartość skrzyń na ilustracjach w podręcznikach do gier” (s. 52). Wiem, że nie wszystkie te – wybrane spośród dziesiątek innych – frazy są niezręczne i że historycznie spora część literatury polegała na odbijaniu konotacji czy wyglądów jednych rzeczy od drugich. Wydaje się jednak, że kilkanaście rozbudowanych porównań na pierwszych pięćdziesięciu kilku stronach to trochę zbyt wiele. I że zbyt często mamy tu do czynienia z jakimś pustym, marinistycznym ping-pongiem, którego efektem są raczej mury, niż pomosty poznawcze.

To kłopot tym bardziej zauważalny, że sam język powieści jest nierówny. Obok fragmentów barokowych znajdziemy tu bardzo proste, czy wręcz toporne, sekwencje popychające akcję w rodzaju: „Zapytał, czy może przyjść wcześniej i nagrać składankę […]. Spytała dla kogo ta składanka. Opowiedział jej o rozmowie z Patrycją. Monika zgodziła się” (s. 50) i mało pomysłowe ekspozycje kluczowych dla fabuły relacji typu: „Maurycy ma dwadzieścia lat i mieszka ze mną i Gabrysią już drugi rok. Mikołaj jest ojcem Maurycego i jest moim przyjacielem…” (s. 29). Podobny rozjazd można zaobserwować na osi wulgarność – infantylizacja. Rozliczne „kurwy” i „chuje” przeplatane są fragmentami, w których narrator mocno ugrzecznia osiemnastoletnie „dzieciaki”, każąc im „szamotać się w ubraniach zachłannie i pogodnie jak para szczeniąt podgryzających się dla zabawy”. W takich chwilach zastanawiamy się, czy to wciąż twarda opowieść o polskiej patoprowincji, czy już young adult. I czy w końcówce lat 90. narrator „Nie w szczepionkę” był tak grzeczny, że niewiele wie, czy tak niegrzeczny, że nic nie pamięta.

Tym bardziej, że w powieści zdecydowanie zawodzi stylizacja językowa. Nie oceniam autentyczności wszelkiej maści „gigów” i tym podobnych., bo nawet nie stałem obok metala. Chętniej z dresami. I za nic nie mogę sobie przypomnieć, by ktoś chcący uchodzić za „człowieka z miasta” mówił coś o „majtkach czasu” albo „pieluchach zagłady”. Na „schodkach” trudno było też usłyszeć słowo „tatko” oraz frazy takie jak „nie dziwota”, „grać w nogę”, czy obelgi w rodzaju „psi wytrysku” lub „pożeraczu bydła”.

Zdaję sobie sprawę, że wiele ze wspominanych przeze mnie spraw to drobnostki. Jednak ich nagromadzenie – w połączeniu z masą dziwactw i naciąganych zbiegów okoliczności – sprawia, że trzeba naprawdę bardzo dużo dobrej woli, by zawiesić czytelniczą niewiarę i czerpać radość z lektury tej powieści.

Być może zresztą dałoby się na to wszystko przymknąć oko, gdyby budując obraz lat 90. Nowak dokonywał choćby najdrobniejszej korekty dyskursu – dokładał coś do naszej wiedzy, zasilał wyobraźnię, porywał się na jakąś przenikliwą diagnozę. Tymczasem narracja „Nie w szczepionkę” czerpie po równo z czterech najbardziej wyświechtanych modeli opisu tamtych czasów – brutalna poetyka „dzikiego zachodu” sąsiaduje tu z prowincjonalnym wstydem, kolorową taniochą i sentymentem do wczesnokapitalistycznych artefaktów. Gangsterzy gangsterzą jak w komediach gangsterskich z przełomu wieków, biedni tracą pracę i ukrywają biedę przed drapieżnymi bogaczami, figurki papieża leżą obok „Alfabetu Urbana”, a odjechane Reeboki mamią wyobraźnię.

Jeśli więc – podobnie jak ja – liczyliście, że zwrot Nowaka ku współczesności będzie kolejnym interesującym przejawem pro-fabularnego otwarcia w polskiej prozie głównego nurtu, to niestety muszę was rozczarować. Póki co nie ma tu raczej nowego otwarcia. Jest stara bida.

Jakub Nowak, „Nie w szczepionkę”
Wydawnictwo Powergraph
Warszawa 2025