Nr 14/2025 Na teraz

Napięcie rośnie

Piotr Bogalecki
Literatura Patronat

Pamiętam, jakby to było wczoraj. Boski adonis z równą starannością pielęgnował swój gładki tors, co naciągał cięciwę łuku i długo mierzył, by wreszcie wypuścić strzałę – my zaś z ojcem zaśmiewaliśmy się, że musiał nie umyć nóg, skoro lektor oznajmiał wówczas z powagą: „Graphite na pięcie rośnie”. Była połowa lat 90. – czas, w którym wolny rynek skazał nieszczęsnego Achilla na iście syzyfowy trud podnoszenia łuku o każdej porze dnia i nocy, w każdej stacji telewizyjnej, w każdym paśmie reklamowym. W efekcie „napięcie rośnie” szybko stało się naszym domowym bon motem, używanym w sytuacjach przeróżnych. Równie szybko wyszło jednak z użycia. Wciąż atakowały nas wszak reklamy nowe; Graphite zastąpiony został przez Axe, lśniące ciało łucznika zapomniane, a nieszczęsny slogan wyparty. Jeśli powraca teraz, to dlatego, że układ tworzących go elementów nie najgorzej opisuje konstelację tegorocznych gwiazd Nagrody Literackiej GDYNIA w kategorii poezja. Mamy w niej łucznika i radość z powtórzeń, pamięć i nostalgię, śmiech ojców i ich odejścia, ideał męskości i jej powidoki, niechcianą przeszłość i otwieranie nowego, (niegdysiejszy) obciach i (współczesny) krindż, kalambur i katastrofę, projekcję i represję, wodę i lot. Nade wszystko jednak nominowane w tym roku tomy – spójne i przemyślane, odważne i ryzykowne, konsekwentne i intensywne – należą do książek wysokiego napięcia. Takiego, które nie daje się rozładować w kolejnych lekturach. Które rośnie.

Ojcowie odchodzą

Reklamę kosmetyków Graphite przypomniał mi tom „Garadobedaro” skompilowany przez Mateusza Żaboklickiego z medialnych wspomnień przełomu wieków. Czego tutaj nie ma! Urodzonego w 1991 roku poety nie mogła ugodzić co prawda strzała grafitowego łucznika, lecz z „góry reklam perfum” (s. 15) zstąpiły ku niemu zapachy nowe. W ucho wpadała mu niezatapialna Arka Noego („aeaeao / ziarno wyda plon?”, s. 31), „nastoletni głosik” Piotra Żyły (s. 34) i pogardzane przeze mnie piosenki Kuby Molędy, w oko zaś – „brameczki” i „salta” (s. 37) obojętnego mi już Kalu Uche. Dodajmy do tego „błogosławieństwo Kombi et Norbi” (s. 42), „Kołpaki nie płaczą” (s. 57), „spółkisyna” (s. 27), lingwistyczne „siódme psoty” (s. 10), jazdę fabią i szczeniacką fascynację słowami typu „pała” czy „jaja” – a okaże się, że czytając „Garadobedaro”, weszliśmy na pokład poetyckiego wehikułu czasu. Choć Żaboklicki nie może się uwolnić od „Parku Jurajskiego 3” („twarz Michaela Jetera / tak drugoplanowa / wbija się w pamięć jak welaciraptor”, s. 45), mnie zaś zdarza się powracać do oglądanej z tatą w kinie części pierwszej (z twarzą Martina Ferrero pożeranego w toalecie przez T.rexa), lektura „Garadobedaro” oferuje nostalgiczny popkulturowy trip każdemu z nas. Wszyscy mamy wszak swoją kulturę – nawet jeśli ta współczesna nie może się obejść bez międzypokoleniowych ikonicznych odniesień. Również u Żaboklickiego mamy więc – między innymi – Michaela Jordana i Freddiego Mercury’ego, Andrzeja Leppera i kabaret OT.TO, „Kota w butach”, księżyc w stawie i ence pence.

Ale też „mieliśmy wszyscy chyba wszyscy ojców / to był największy z naszych błędów o nich // nie mieliśmy w zwyczaju rozmawiać” (s. 39). A kiedy ten jedyny, przed chwilą beztroski i wyluzowany, traci panowanie i wypada z trasy – na rozmowę jest już zwykle za późno. To najważniejszy temat nominowanego tomu, który bez niego byłby może i książką wdzięczną, ale cienką niczym chłopięcy wokal Molędy – a przy uwzględnieniu którego z pozoru manieryczne zabiegi poetyckie (przerzutnie międzywierszowe, repetycje, przechwycenia, logowizualności) zyskują motywację jako przejmujące zapisy traumy, kompulsji, żałoby… To na umiejętnie budowanym napięciu między gorzkim, funeralnym lejtmotywem a łatwymi melodiami pop i przaśnymi komunikatami z GB-radia, dochodzącymi do nas przy akompaniamencie niewybrednych chłopackich żartów, rośnie „Garadobedaro” – książka nie tylko efektownie zinstrumentalizowana, ale i świetnie skomponowana. „Uwaga ludzie będzie żartowane” (s. 51) – ostrzega poeta w zgrabnej vilanelli, by pod koniec swego żałobnego poematu wyznać:

dziś mam dla ciebie to co i dla wszystkich
same stare słowa same nowe zdania

zostawiam z siebie chłopca tylko to i tamto
zabijam z siebie chłopca wszystko pozostałe (s. 61).

Ojciec odchodzi również „Na przecięciu arterii”. Choć książka Krzysztofa Siwczyka jest pod wieloma względami inna niż tom Żaboklickiego (nie jest tu „żartowane”, a przynajmniej znacznie rzadziej), tu i ówdzie zdarza im się spotkać – i są to miejsca znamienne. „Coś trzeba mówić pod nieobecność słów, tylko słowom nie ma końca” – pisze gliwicki poeta, by wyznać: „Przez czterdzieści lat nigdy nie rozmawialiśmy. Nie było powodu” (s. 57). Siwczyk dobrze rozumie jednak, że ojciec – „cały w spince życia, od rana do wieczora gotowy załatwiać sprawunki” (s. 57) – najwymowniej przemawiał wtedy, gdy nie mówił niczego. „Siedzimy na pniaku, na plaży, wpatrzeni w stojący na mieliźnie kuter. Mrużę oczy, mewa drobi w mokrym piasku. Nic nie wskazuje na nic” (s. 57). W pospiesznej lekturze tę ostatnią formułę uznać można nieostrożnie za metaliteracki opis zamierzenia autora. Dopiero czytając lento, odkrywamy, jak dużą czytelniczą przyjemność dają powroty rzucanych wcześniej jakby mimochodem aluzji (w tym religijnych), metafor (np. gry w szkata), a nawet pojedynczych wyrazów (jak „syreny” czy „Nikt”). Przy którymś z nawrotów na czoło wysuwa się temat żeglowania wraz z licznymi motywami akwatycznymi. Już na pierwszych stronach „dezeta pod żaglami zrywa się ze słomianej maty” (s. 9), by szybko znaleźć się „obok omegi” (s. 10), „zacząć unosić się z flauty, przechylić się ostro na wiatr” (s. 30), przepłynąć jakoś przez Styks, Acheron, Flegeton i Lete, a w końcu osiąść „na mieliźnie”, co najlepiej podsumuje puenta: „spływamy, donikąd się da” (s. 51).

Nic nie wskazuje na nic? Raczej wszystko przepływa we wszystko – niczym w najprawdziwszej poezji, jaką jest w istocie siedemdziesięciostronicowa książka Siwczyka. Choć wydano ją w serii „Debiuty prozą”, z literaturoznawczego punktu widzenia jej klasyfikacja jest odmienna: tworzą ją przykuwające uwagę swą regularnością dwa cykle poematów prozą – gatunku wyrosłego z liryki i (w przeciwieństwie do prozy poetyckiej) w jej bliskości sytuowanego. Już kartkując książkę, dostrzegamy, że każdy z tekstów mieści się na pojedynczej stronie, że są one podobnej długości (mniej więcej 18 linii), że żaden z nich nie ma tytułu i nie jest rozdzielony choćby jednym akapitem. Że wszystkie, co do jednego, jawią się nam jako zwarte tekstowe bloki – ciemne kwadraty na białym tle, niczym śmierć atakujące nieprzeniknionością i niepodatnością na zmianę. Jeśli „Na przecięciu arterii” przypomina powieść, to zdekonstruowaną, niemal kenotyczną, w której każde słowo wypowiada się z mozołem, w napięciu, mierząc się z oporem biologii i egzystencji. Tym bardziej jednak zdumiewa, ile życia w tych klepsydrach, ileż poezji w tej prozie! Krzysztof Siwczyk napisał przejmującą, tętniącą emocjami książkę „na przecięciu”: prozy i poezji, narracji i uniezwyklenia, ciągłości i chwilowości, wyznania i zaklinania, ojcostwa ojca i ojcostwa własnego, rezygnacji i niezgody. „Arteria” to z greckiego tętnica. Za zmienne napięcie tętnic odpowiada układ niepodległy naszej woli.

Fot. Mick Haupt on Unspash

Zmysły w słowa

Być może o swoim ojcu Anouk Herman wolałaby nie pisać wcale. Skoro jednak „Silesian Gothic” powstawał na fundamentach powieści inicjacyjnej (z charakterystyczną trójdzielną strukturą „Przed”, „W trakcie”, „Po”), musiało znaleźć się miejsce i dla niego:

Mój ojciec roleciarz zna się z belzebubem
mówi na niego tak zdrobniale bubi
ja się znam z innymi lesbijkami z budy

z mojego taty się śmiejemy razem
ale moje lesby potem idą same

a ja zostaję z gniotącym poczuciem
kłuciem gdzieś w podbrzuszu,
że i do mnie czasem wbija diabeł (s. 19).

Ten, kto po „Silesian Gothic” spodziewałby się kolejnego transpłciowego przepisania gatunku Bildungsroman z wyraźnym komponentem politycznego zaangażowania, nie zagrzeje miejsca w postemancypacyjnej poezji Herman. Niemal wszystko jest tu bowiem dziwniejsze, niż mogłoby się wydawać: od kolorystyki tomu i wkomponowanych w niego ilustracji Tiny Tokar, przez odpowiadające uzusowi nastolatków użycie angielszczyzny, po samą realizację tytułowego pomysłu na książkę czy naszkicowany w niej obraz Górnego Śląska. Podczas gdy u Siwczyka ten ostatni jest szary niczym dniówka na „grubie”, pod piórem Herman wykwita jako barwny ogród architektonicznych osobliwości: betonowego kielicha, parkowego kapelusza, pływającego spodka… Znalazłoby się dość (neo)gotyckich budynków, w których mogłaby się toczyć gotycka opowieść o Górnym Śląsku; Herman nie opowiada jednak o wampirze z Bytomia, lecz o peerelowskich dygnitarzach pijających „wodę” (sic!) lub „słabą czarną z dwiema / łyżkami maltitolu” (s. 30). Jednym z nich jest Anouk, który w tomie przeistacza się w mnogość postaci: „anouk architekt, anouk urbanista, anouk prezydent wielotysięcznego miasta, / anouk delegat, anouk edward gierek, anouk jerzy ziętek, anouk stary dziad” (s. 28). Nie jest natomiast „kawafisem”, więc do imperatora Rzymu zwróci się niewybrednym: „hello heliogabal, podobno twoja miłość do ruchania się / z każdym powiodła cię na śmierć” (s. 17).

Wszystko to byłoby jednak jak cymbał brzmiący, gdyby nie wysoka literacka świadomość Herman, jego poczucie humoru, egzystencjalna intensywność, zamiłowanie do (auto)parodii, a nade wszystko – poetyckie umiejętności, pozwalające sięgać po rym, rytm i melodię z bezpretensjonalną gracją niczego nieświadomego podmiocia: „ta nastoletniość, którą mam w sobie, chce śmietanki i krwi / mieszania się węgla i farbek w blenderze” (s. 10); „na tym podwórku może jestem nikim, ale / na tamtym – to już inna sprawa” (s. 11); „kato biorą oddech, a ja na / ich grzbiecie: podjeżdżam do góry / jak ściągany sweter” (s. 33). Nawet przechwytując ograne frazy – z Ginsberga, z Goi, z „Ave Maria” – wyzyskuje Anouk napięcie między szczerością a zgrywą. Widzi więc „najmądrzejsze dziewczyny swojego pokolenia / wpadające w ramiona głodnych histerycznych chłopców” (s. 16); wie, że „kiedy zasypia morze, budzą się jego prezenty. / pluszaki z aliexpress, dysony rodem z shein” (s. 22); wierzy, że pozdrawiać należy słowami:

zdrowaś osobo o okrągłych kształtach
która się przeciskasz przez ceglane mury
żeby nasłuchiwać, czym żyją osiedla
szeptać o tym później pod konfesjonałem
z naszych uszu, ust, oczu, więc zdrowaś osobo (s. 18).

Można powiedzieć, że jeśli Herman stawia na poezję dla ucha, to Agata Puwalska w „Otwartych światach” wybiera tę dla oka. Skoro jej książkę otwierają motta o „kierunkach spojrzeń” (Władysława Strzemińskiego), „fraktalnej geometrii natury” (Benoit Mandelbrota) oraz „kryteriach dla patrzenia” (Forresta Gandera), rozpoczynając lekturę, siłą rzeczy zaczynamy wytężać wzrok. Szybko zorientowawszy się, że Puwalska nie próbuje otwierać światów kluczami poezji konkretnej czy wizualnej, zaczynamy doceniać proste, acz konsekwentnie stosowane zabiegi przestrzenno-typograficzne: kolumny, kursywy, akapity, przerzutnie, układy wersowe, nade wszystko zaś – odstęp, który uznać można za podstawową jednostkę konstrukcyjną tomu. Rozświetlając tekst niezadrukowanym obszarem bieli, potrafi poetka uzyskać zastanawiająco zróżnicowane efekty:

tylko ruszyć                  przestrzeń w burzy (s. 7)

 

życie się zamyka                       w terapii schematów (s. 9)

 

brak przestrzeni            w myślach fale                       powtarzalne (s. 17)

 

dystans              wymarsz wojsk (s. 37).

Rzecz jasna, biel zrealizować trzeba jakoś w lekturze głosowej, z czego Puwalska – która w 2024 roku opublikowała również drugi, głośniejszy i niemal równie dobry tom „Funky Forest” – doskonale zdaje sobie sprawę. „Gdy w obrazach nicość / to w dźwiękach jest przestrzeń” (s. 37) – pisze, by co jakiś czas zaskoczyć nas brzmieniem, a w efekcie zaprosić do namysłu nad funkcjonowaniem obu zmysłów. „Tło staje się bohaterem” – czytamy w pierwszym wierszu książki (s. 7), w jej lekturze zaś doświadczamy, że percepcja nie jest wyłącznie „ot, precyzyjnym wypełnianiem plam” (s. 39). „To co ratuje to spojrzenie w poprzek” (s. 15), pozwalające dostrzec obiekt z kilku stron, zrozumieć coś na nowo. „To niebezpieczne / zobaczyć mechanizm” – pisze poetka w puencie wiersza ze strony 11. „To wyzwalające zobaczyć / mechanizm” – puentuje utwór ze strony 35.

Podczas gdy spora część współczesnej awangardy poetyckiej śni sny surrealizmu, dokazuje z dadaizmem czy flirtuje z futuryzmem, Puwalska odważnie i konsekwentnie podejmuje wyzwanie konstruktywizmu, porywając się na formalny eksperyment spod znaku Przybosia, Karpowicza czy Wirpszy. Za tym ostatnim powiedzieć moglibyśmy, że „Otwieranie światów” to książka cerebralna („mózg” to zresztą pierwsze słowo tomu) – a byłby to w ustach autora „Faetona” najwyższy komplement. Równie dobrze możemy jednak celebrować z poetką „radość z powtórzeń” (s. 16) i niczym „błazen” bawić się z nią światem oglądanym „głową w dół” (s. 12). Proponując książkę poetycką o ambicjach filozoficznego traktatu, w której analizuje się „Strukturę chmur”, prawa percepcji „Drzew w skrajni” czy długość „Dźwięku czarnej dziury”, Puwalska potrafi z dziecięcą ciekawością wsłuchać się w „Oddech wieloryba”, przeistoczyć się w „Strażniczkę jaja” czy podglądnąć „Handlarza deszczu” przy pracy. Jej tom przynosi poezję, której uczymy się wraz z lekturą otwierającą nas jak kwiat.

Patrycjuszem w mrok

Jako rzecze klasyk, kto pierwszy porównał kobietę do kwiatu, był poetą, a kto powtarza to za nim – jest idiotą. Choć to akurat dictum nie pojawia się w „Łuczniku” Przemysława Suchaneckiego, jego gęsto nawiązująca do tradycji książka zadaje temu twierdzeniu kłam. Wydawać by się bowiem mogło, że w poezji współczesnej słowa takie jak „patrycjusz”, „saraceni” czy „Partenon” nie będą już działać, tymczasem u Suchaneckiego mają się całkiem dobrze – podobnie jak topos Ubi sunt („Gdzież, ach, gdzież są”, s. 45), Torquato Tasso, „podążanie / wąskim / szlakiem / świętego Jana od Krzyża” (s. 17), a nawet „kilku sprawiedliwych bogów” spotkanych „na środku ulicy”, w tomie zaś sąsiadujących z takimi wyrazami, jak „martwe” czy „nieśmiertelne” (s. 10). Czyżbyśmy skłaniali tu głowę przed Przeszłością, składając hołd „Potędze smaku”? Bynajmniej. Warto przytoczyć w tym miejscu zakończenie wiersza o tytule (a jakże!) „Elegia”, którego bohater rezygnuje z idyllicznego „pływania pod łabędziami” i oświadcza: „Idę z powrotem do domu z różanymi kulkami / i doskonałą obroną stylu, której nie podejmiesz” (s. 43). Warto też przyłapać poetę, gdy „patrzy uważnie na stary klip Sade” (s. 5), „śni o czosnkowym beszamelu” (s. 9), schodzi „do centrum Swoszowic na 135” (s. 11) czy „stwierdza po namyśle, / że pod względem wizji / ketoprofen przewyższa ascezę” (s. 19). W wyzyskiwaniu napięcia między tradycją a współczesnością Suchanecki dochodzi niemal do perfekcji. Przyznając, że imię Harmonia „rzadko słodziło mu ucho” (s. 33), robi wiele, by „Łucznikiem” pozszywać sprzeczności, by „gresy i plisy pożenić się ze sobą” (s. 22), by raz jeszcze potwierdzić poetyckie prawo Ohma, zgodnie z którym natężenie prądu płynącego przez tekst jest wprost proporcjonalne do uzyskanego napięcia.

Co może jednak najważniejsze, „Łucznik” trafia nieraz w konkret codziennego doświadczenia, w sam środek tarczy życia, w sedno samotności. Udaje się to choćby w wierszu wprowadzającym tytułową figurę, w mistrzowsko operującym dwukropkiem krótkim utworze „Prawda” czy w przejmującym zakończeniu książki, nasuwającym na myśl tyleż Krynickiego, co Celana. Być może najbardziej wymowne są jednak powracające w tomie frapujące obrazy zawieszenia, unieruchomienia mówiącego podmiotu. „Trzepotałem skrzydłami, / wisząc głową w dół / gdzieś w Granadzie / w X wieku” (s. 15). „Wiszę nad barwnym, pielęgnowanym rokiem / jak pacynka z gumolitu i gliny, / ulepiony rękami każdego, kogo przez lata spotkałem” (s. 24). I wreszcie, najboleśniej:

To jak plastelina, w której jestem zawieszony.
Jak ciemny, obły, elastyczny kształt, może być
kształtem mnie, doskonale mnie okalać, ale jestem w środku.
Prawdopodobnie jest to znacznie większy, obły
kształt. Poruszam się w nim ospale, obijam się o to
śliskie, gęste tworzywo, które przylega
mi do kończyn, do włosów, całej skóry (s. 21).

Żaden z nominowanych tomów nie waha się nadstawić karku w potyczce z nieomylnością. Cała piątka przekracza oczekiwania, odświeża konwencje, umiejętnie wyzyskuje napięcia: u Żaboklickiego między rolami „Męża Sloganu i Męża Zaprzeczenia” (s. 35), u Siwczyka w konfrontacji z doświadczeniem „pełni nikogo” (s. 26), u Herman w zderzaniu stereotypów (historycznych, regionalnych, politycznych, płciowych), u Puwalskiej między czytaniem a patrzeniem, mózgiem i okiem, u Suchaneckiego – w sile nacisku „wczoraj” na cięciwę „teraz”. Z sekundy na sekundę ta ostatnia napina się coraz bardziej. Wytęża się wzrok. Naprężają mięśnie. Napięcie rośnie.

Nominacje w kategorii POEZJA
20. Nagroda Literacka Gdynia
29.08.2025

Tekst powstał we współpracy z Nagrodą Literacką GDYNIA