3/2021 Na dłużej

Z dzieciństwa spędzonego na osiedlu domów jednorodzinnych pod miastem najbardziej pamiętam sąsiedzką duszność. Nie przepadałam za sąsiadami. Ich reprezentacją był pan Z., który jako pierwszy, pomimo braku zgody od miasta, położył pod swoim domem chodnik przy gruntowej, ciągle tonącej w błocie ulicy, gdzie mieszkaliśmy. Regularnie oblewał mnie wodą z ogrodowego węża, kiedy wracałam ze szkoły i zawsze pytał, co u dziadka. Niezależnie od tego, czy miałam osiem czy osiemnaście lat, zachowywał się dokładnie tak samo. Z sąsiedztwem wiąże się też moje, chyba jak do tej pory jedyne, metafizyczne przeżycie – po osiedlu biegał wielki pies, którego bałam się niewyobrażalnie, więc karmiłam go kanapkami, wierząc, że w ten sposób przebłagam go, by mnie nie zaczepiał. (Dzisiaj, kiedy sama mam psa, wiem już, że jest odwrotnie.) Wtedy modliłam się gorliwie „panie Boże, spraw, żeby nie było Dingo”. I któregoś dnia faktycznie zniknął, a ja przez kolejne miesiące mocno wierzyłam, że byłam świadkinią cudu. Jakie były faktyczne losy tego psa, pewnie nigdy się nie dowiem, ale w głębi duszy czuję, że mój dziadek mógł mieć coś wspólnego z jego zniknięciem. Tyle z objawień na ulicy Olszynowej.

Przez miejsce wychowania szybko nabrałam przekonania, że bez ludzi żyje się lepiej – co jest dość uniwersalną tezą, jaką stawiają młodzi wychowani na przedmieściach. Sąsiadka obok chorowała na boreliozę i jej napady kaszlu słychać było w naszej kuchni, chociaż domy dzieliło spore podwórko. Z drugiej strony mieszkały dwie siostry, jedną z nich postrzelił w głowę narzeczony. Rzecz się działa niemalże w naszym ogrodzie. Wtedy ta historia, opowiadana wielokrotnie, wydawała mi się zbyt atrakcyjna jak na naszą okolicę. Padłam ofiarą syndromu sztokholmskiego własnej dzielnicy i wyprowadziłam się stamtąd dopiero jako studentka. I zaledwie kilka lat później klaustrofobiczna ulica Olszynowa w Pabianicach zamieniła się w klaustrofobiczny warszawski Mokotów w COVID-owej izolacji. Nagle zaczęłam poznawać ludzi, których mijam na spacerach z psem, sąsiedzi zyskali twarze. Mówimy sobie „dzień dobry”, ale też „przepraszam, tą windą może jechać tylko jedna osoba”. Spędzałam więcej czasu w mieszkaniu, więc wycieczka do Biedronki albo szmateksu naprzeciw, byle tylko zamarkować jakiś ruch, zaczęła być główną atrakcją i nagle znowu mam sąsiada, który za każdym razem pyta: „czy pani pies już zaczął być grzeczny?”. A samo wstrętne do tej pory słowo sąsiedztwo zaczęło być odmieniane przez wszystkie przypadki w analizach i mediach.

Odczarowano modne pojęcie „samopomoc”, powieszono na klatkach schodowych kartki deklarujące wsparcie dla sąsiadów seniorów – rozmawiałam z chłopakami, którzy mają taką deklarację na drzwiach od początku pandemii i nikt do nich nie zadzwonił (przynajmniej do momentu naszej rozmowy).

 

***

Polskie konotacje sąsiedztwa są marne. Właściwie cała kultura i historia mocno napracowały się nad utwierdzaniem mitu wojen o miedzę, a wzorem sąsiedzkich relacji zostali bohaterowie filmu „Sami swoi”. W „Dniu świra” mieszkańcy bloku zanoszą gremialną modlitwę „Bogu, ojcu i synowi, dopierdolcie sąsiadowi […], żeby mu okradli garaż, żeby go zdradzała stara” – a przecież traktujemy ten film jak soczewkę, w której lubimy oglądać połowę narodu, zwłaszcza à rebours, bo przecież jesteśmy po tej drugiej stronie. W swoistym imaginarium panuje zatem przekonanie, że sąsiadom życzy się raczej źle. Na ile winne temu cienkie PRL-owskie ściany, ciasnota zabudowy, nadal żywa pamięć o dokwaterowaniach, ginące kwiatki na klatkach schodowych, to już można sobie dopowiedzieć. Odpowiedź skomplikuje chociażby film „Sąsiady” Grzegorza Królikiewicza, pokazujący duszność i ciasność mikrowspólnot, których uczestniczki i uczestników łączy bardzo intymne współzamieszkiwanie tego samego budynku. Filmowa narracja jest werystycznym unaocznieniem tego, wokół czego sami żyjemy, a co znajduje się poza obszarem widzenia; biedy, rozpadu, przemocy, dziwności, których moglibyśmy być świadkami, gdyby ściany zamiast z tynku były ze szkła. Ale w jednym film Królikiewicza potwierdza to, co odkrywają poprzednio przywołane obrazy filmowe: sąsiad jest kłopotem. Bo można się w nim przejrzeć albo można spojrzeć na siebie i zapytać, dlaczego nie dostrzega się sąsiada.

 

***

Pandemia koronawirusa nie pomoże w odczarowaniu pojęcia sąsiedztwa. Tutaj jest wymuszone: duszne, niechciane, panoptykoniczne. Jak na ulicy Olszynowej tak na świecie ludzie zaczęli się interesować, kto mieszka w pobliżu i jakie aktywności zapewnia okolica. Pół biedy, jeśli ma się psa – wtedy ta bliska przestrzeń jest eksplorowana regularnie aż do znudzenia, wynajdowania kolejnych szczelin w budynkach, uczenia się na pamięć tablic rejestracyjnych samochodów. I pewnego dnia zauważasz, że ktoś posadził nowy trawnik i że ten trawnik jest z rolki, i sama będziesz zaskoczona, jaką część twojej codzienności mogą zajmować takie rzeczy. Ulicę, która prowadzi z mojego mieszkania do parku, znam już na pamięć. Przechodzę nią praktycznie z zamkniętymi oczami, chociaż nadal nie mam pojęcia, kto ją zamieszkuje. Są tu biura, ale gdzieś obok nich także codzienne życie. Dopatrzyłam się, że ktoś na wysokim piętrze apartamentowca zawiesił hamak w oknie i zrobił wokół niego dżunglę z dużych roślin w doniczkach. Miło poznawać nowe metody przetrwania, zwłaszcza te podejrzane ukradkiem, ukradzione migawki codzienności. A okolica nie jest trudna do życia w reżimie sanitarnym – po roku mieszkania na Mokotowie odkryłam kompleks sportowy Warszawianka, z którego przez dziurę w płocie wychodzi się na przestrzeń ze stawem usytuowaną między blokami z płyty. Taka wyrwa w środku miasta to prawdziwy cud. Obserwujemy tam z psem kaczki, zmieniającą się temperaturę po stopniu zamarznięcia wody, wypatrujemy dzikich ptaków na skarpie. Udajemy zresztą, że nie widzimy tego, co wyrasta już obok – ogrodzonego terenu pod budowę kolejnych „residence”, które jeszcze nie mają fundamentów, ale już przerażają widmem sprywatyzowania naszej spacerowej przestrzeni, co prędzej czy później nastąpi. Nie zazdroszczę ludziom, którzy się tam wprowadzą, ale współczuję mieszkańcom pobliskich bloków. Oni już nienawidzą swoich sąsiadów, którzy – niejako bez swojej winy – zabiorą im to, co najlepsze z codziennych ucieczek z miasta, wchodząc raz i raz w ich pole widzenia. Aż wszyscy się przyzwyczają.

 

***

Patrzenie na granice i sąsiedztwo wyłącznie z perspektywy granic administracyjnych to zagrożenie etnonacjonalizmem – jest i perspektywa w „drugą stronę”. Już nie ma wspólnot lokalnych, jest wspólnota globalna, a zamykanie się w mikroświatach to zamykanie oczu na wszystko złe, co dzieje się w innej rzeczywistości kulturowej, którą przestajemy dostrzegać i próbować zrozumieć.

Zamazują się granice administracyjne, dzięki sieci wszędzie możemy być teraz (chociaż niekoniecznie już tu). Relacje, które wcześniej były wytwarzane w mikrospołecznościach miejscowych, dzisiaj są wytwarzane w społecznościach cyfrowych. Czuję potrzebę dowartościowania sąsiedztwa w sensie lokalnym, fizycznym, a nie wirtualnym – i pewnie dlatego tak pielęgnuję w sobie sąsiedztwo jako współbycie. Siłą wspólnoty sąsiedzkiej, rozumianej jako przestrzeń wspólnego zamieszkiwania lub też tymczasowego dzielenia przestrzeni (bo czemu nie, sąsiedztwo nie musi być na stałe), może być wzajemna troska, rozpoznawanie i poczucie odpowiedzialności za słabszych, którzy należą do wspólnoty albo znajdują się w niej przejściowo. Wspólnota sąsiedzka jest też najbardziej demokratyczna – nikt do niej nie zaprasza, przynależy się do niej, niezależnie od tego, czy aktywnie bierze się udział w jej życiu, czy nie. Georg Simmel pisał, że w świecie o nietrwałym charakterze związków międzyludzkich wspólnoty są płynnymi bytami, zatem między innymi kręgi sąsiedzkie polegają na nieustannym oswajaniu obcych i oznaczaniu swoich jako obcych. W 2019 roku Kongres Ruchów Miejskich zorganizował badania dotyczące współczesnego sąsiedztwa na przykładzie mieszkańców bloków z wielkiej płyty w trzech miastach w Polsce: we Wronkach, w Warszawie i Poznaniu. Badania wskazały, że przyjazna przestrzeń wspólna, wspólne zainteresowania i długość znajomości wpływają na budowanie sąsiedzkich relacji. Nie jest to odkrywcze – natomiast zaskakuje, że dzieje się to w wielkiej płycie, infrastrukturze z natury predystynowanej do anonimowości, gubienia się i jednoosobowego jeżdżenia windą. Pandemia pewnie sporo zmieni w wynikach tych badań, ale też w samych ich założeniach. Termin izolacji społecznej być może przeniesie się na przestrzeń projektowania mieszkań i kompleksów mieszkaniowych – tak, aby miejsc spotkań było jak najmniej. Ale może na odwrót – sprawi, że ludzie będą chętniej zamieszkiwali w skupiskach. Z czasem przekonamy się, czy będziemy mogli obserwować drugą falę „powrotowców”, czyli osób, które wracają z przedmieść do miast właśnie po to, żeby uczestniczyć bardziej w życiu ciaśniejszej wspólnoty. Ale na takie wnioski pewnie jeszcze za wcześnie.

To, że o wytwarzaniu sąsiedztwa należy myśleć już na etapie projektowanie przestrzeni, wiedzieli najlepiej Zofia i Oskar Hansenowie, twórcy koncepcji formy otwartej – myślenia o miejscu, które zakłada, że przestrzeń ma być wyłącznie tłem do ludzkich interakcji, pełnić funkcję służebną wobec relacji, jakie w niej zachodzą. Osiedla projektowane według tych założeń powstały w Lublinie i Warszawie. Ich dużym walorem jest możliwość przetwarzania przestrzeni – architektura miała działać dopiero pod ludzką ręką, więc wyburzenie ścian, łączenie kilku mieszkań w jedno zostało ułatwione już na poziomie projektowania. Jest też warszawski Przyczółek Grochowski – budynek rozciągający się na powierzchni 11,2 ha realizuje to, co architekt i architektka nazywali „linearnym systemem ciągłym”: galerie łączące ze sobą wszystkie segmenty. Umożliwia to przechodzenie z klatki do klatki bez opuszczania budynku. Bardzo wygodne, chociaż klaustrofobiczne. Dzisiaj w wielu z tych miejsc zamontowano kraty, żeby uniemożliwić sąsiadom zaglądanie do klatek obok, a o koncepcji formy otwartej wspomina się jako o projekcie, który nigdy nie będzie mógł zostać zrealizowany, a tym bardziej skończony. Wynika to z jego natury – ma przecież ulegać nieustannym przekształceniom. Hansenowie opierali swoje projekty na rozmowach, dostosowaniu przestrzeni pod konkretne potrzeby konkretnych osób. Kiedy dzisiaj patrzę na osiedle Przyczółek Grochowski, przejeżdżając autobusem 523, widzę, że to przestrzeń zaprojektowana pod bliskość jako coś niepożądanego, kojarząca się z ciasnotą, życiem nie tylko swoim życiem… Przyczółek Grochowski jest dzisiaj symbolem porażki w takim myśleniu o przestrzeni. W reportażu Filipa Springera „Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach” mieszkańcy mówią: „osoby, które są autorami, powinny również tutaj mieszkać, za karę”, „tu się nawet nie da umrzeć z godnością”.

Ciasnota i skupiska mają wartość, ale wydaje mi się, że głównie dla osób z antropologicznym zacięciem. Jakiś czas temu spotkałam się na rozmowę z Dorotą Leśniak-Rychlak z Instytutu Architektury. Opowiadała, że na swoim dawnym osiedlu obserwuje proces rozbierania i opróżniania starych mieszkań. Kiedy w śmietnikach lądują meble, po ich stanie można domyślać się, że to resztki po opróżnianiu mieszkań, likwidacji cudzych żyć. Są ludzie, którzy wybierają się na takie skupiska – jedni zabierają meble (to często modne dzisiaj „sixtisy”), inni szukają tam obrazów, fotografii, zapisków i książek z przepisami. Z tych licznych kawałków można próbować odtworzyć charakterystykę pana spod trójki albo pani, która spacerowała z psem. Chociaż zakrawa to na delikatną obsesję, z roku na rok intensywnieje mój własny gen podglądaczki, a obcość raczej przełamuję, niż pielęgnuję. Zaglądam do mieszkań w bloku naprzeciw kamienicy, w której mieszka mój chłopak. Po roku bywania tam już rozpoznaję, kto ma jakie meble i na tej podstawie wyobrażam sobie, kim mogą być ich właściciele. Ostatecznie miło byłoby poznać kogoś z nich, skleić wnętrze mieszkania z twarzami. Tylko jak to się dzisiaj robi? Obecność sąsiadów w życiu kończy się na podglądactwie. Ale to też ma swój urok. Ostatecznie sąsiedzi z tego budynku patrzą także na nas – ciekawe, co sobie myślą…

Fot. Pablo de Haro / Pexels

***

Wiosną ubiegłego roku w Krakowie zorganizowano akcję „Bądź turystą w swoim mieście – zwiedzaj Kraków”. Kampania miała zachęcić mieszkanki i mieszkańców do wspierania lokalnych przedsiębiorców, ale przypadkowo obnażyła coś innego. Zapowiadała to żywa, żółta identyfikacja wizualna projektu, w tle umieszczono wizerunki najbardziej charakterystycznych turystycznych przestrzeni w mieście, pewnie dla wielu osób już zupełnie neutralnych – tu sukiennice, tam Smok Wawelski. Okazało się, że jest coś kuszącego w wycieczce po dobrze znanej przestrzeni, nastrojeniu nowej uważności na dobrze znane miejsca albo na przestrzenie, do których nie miało się dotąd czasu dotrzeć (choć miało się czas, żeby jechać kilkaset kilometrów dalej). Jesienią, po ogłoszeniu kolejnego zamknięcia instytucji kultury napisałam wiadomość do znajomych, że chciałabym spacerować z nimi w podobny sposób. Istnieje na taką formę spędzania czasu modny termin: mikrowyprawy. I choć nie mam pewności, czy stuprocentowo wpisujemy się w tę filozofię, łazimy.

 

***

Honorata Martin, artystka wizualna, w ramach uprawiania sztuki wyszła z domu i bez celu czy planu poszła w Polskę. Jak sama mówi, kierunek wędrówki nadawali jej spotykani po drodze ludzie – codziennie przechodziła trzydzieści kilometrów, prosiła mieszkańców o nocleg i pomoc. Wspominam tę pracę często, bo mam wrażenie, że taki rodzaj zarówno uprawiania sztuki, jak i podróżowania świetnie określa potrzebę zdefiniowania granic w świecie, w którym trudno myśleć o nich wyłącznie administracyjnie. Przekształcić te kolory na mapie w realne kształty i to nie za pomocą Google Street View. W tym przypadku sąsiedztwo byłoby ciągle wytwarzane i zmieniane. Każdy obszar, przez jaki jesteś w stanie przejść na nogach, byłby w takim ujęciu sąsiedztwem, każda spotkana osoba – sąsiadem. Nomadyczność nie wyklucza sąsiedztwa, ale – zupełnie tak, jak pisze o tym Simmel – sprzyja płynnemu wytwarzaniu się wspólnoty.

Aleksandra Wasilkowska i Krzysztof Garbaczewski stworzyli aplikację „Aporia. Miasto jest miastem”. Zaprojektowali w niej rzeczywistość dwóch miast, których mieszkańcy funkcjonują w równoległych rzeczywistościach. Wszystkiego jest razy dwa – budynek i jego okolica. Artyści chcą doprowadzić do zmaterializowania się stanu rozszczepienia, podwójnej obecności. Tymczasem w wirtualnym pokoju, do którego weszłam przez stronę Muzeum Pana Tadeusza, nie spotkałam nikogo.

***

Jest w Warszawie dziwne miejsce: Potoki. Wiejska zabudowa na terenie Wilanowa powstała za czasów II Rzeczpospolitej, do terenów Warszawy włączona została w trakcie wojny. Przetrwała ją, żeby następnie paść ofiarą decyzji administracyjnych, które zakładały powolne niszczenie. Niektóre posesje z biegiem lat zamieniły się w śmietniki i wysypisko-złomowiska. Obok nich w Potokach wciąż mieszkają ludzie – to widać po firankach i przedmiotach ustawionych na parapetach. Kilka lat temu, sto metrów dalej, wybudowano apartamentowce Potoki Residence. Tam, gdzie kończy się wysypana żwirem droga, a zaczyna utwardzona asfaltówka, przebiegają współczesne granice sąsiedztwa miejskiego. Nie trzeba przenosić się do wirtualnego świata Wasilkowskiej i Garbaczewskiego, żeby doświadczyć rozszczepienia, o którym mówią w projekcie. Rozszczepienie to codzienność mieszkańców dawnej wsi Potoki, umiejscowionej kilkanaście minut spacerem od warszawskiego metra. W reportażu Piotrka Kubkowskiego i Kornela Stanisławskiego sprzed sześciu lat można przeczytać rozmowy z mieszkańcami, którzy wówczas czekali na pojawienie się nowego sąsiedztwa. Dzisiaj na Potokach mijam licznych biegaczy, za to na podwórkach okalających stare budynki poza kurami nie widzę nikogo.