Nr 4/2021 Na teraz

Samo życie

Mateusz Demski
Film

Jacob i Monica mają ręce pełne roboty, a właściwie piskląt – obracają nimi w dwu palcach, kciukiem i wskazującym, jak kostką Rubika, potem przerzucają z jednego plastikowego koszyka do drugiego. Na prawo samczyki, na lewo samice, chodzi o sprawną segregację drobiu według płci. Monica stara się jak może, ale wprawa i dobre oko są wyraźnie po stronie jej męża – w zakładzie nie widzieli jeszcze nikogo pracującego na takich obrotach; Jacob tylko spojrzy na kuperek i już wie, czy to kogucik, czy kurka. Mężczyzna wyrabia normę przed czasem, razem z synem wychodzi na fajrant. Chwila oddechu, przerwa na dymek, mały David lat siedem wpatruje się w kopcący komin na tyłach wylęgarni drobiu. „Samczyk jaja nie zniesie, nie będzie z niego dobrego mięsa, więc od razu idzie do pieca, bo pożytku żadnego nie ma. Widzisz więc, że w takim świecie my, mężczyźni, musimy dołożyć wszelkich starań, aby udowodnić, że nie jesteśmy bezużyteczni” – ojciec wyjaśnia synowi. Papieros wisi mu z ust, nad głową ma słup czarnego dymu. Tyle zostało po kurczakach, które poleciały do skrzynki po prawej stronie.

Ten obrazek zadziwiająco dobrze oddaje tok myślenia i położenie Jacoba Yi – męża, ojca dwójki dzieci, głowy rodziny, emigranta z Korei, który przyleciał do Stanów Zjednoczonych. Najpierw rodzina osiedliła się w Kalifornii, wynajęła nędzną, ciasną klitkę, Jacob dzień w dzień przez ostatnich dziesięć lat zaglądał w kurze kupry, żeby zarobić na utrzymanie domu. Potem zaoszczędził trochę, zainwestował w kawałek ziemi w Arkansas, zapakował rodzinę do starego kombi i przeprowadził ją na drugi koniec kraju. Jacob to poczciwy chłop – zależy mu na tym, aby żyło im się lepiej, ale chce zarazem dowieść wszystkim, że jest „prawdziwym” mężczyzną; chce, żeby dzieci choć raz zobaczyły, że coś mu w życiu wychodzi. Koniec zatem z seksowaniem, przyszedł czas na własny biznes, własną farmę, która będzie karmić lokalnych mieszkańców i pozwoli dorobić się prawdziwych pieniędzy. „Koreańskie owoce, koreańskie warzywa, rynek najwyraźniej tego pożąda, skoro każdego roku do Stanów emigruje 30 tysięcy Koreańczyków” – tłumaczy napędzany ambicjami Jacob. A ma się z czego tłumaczyć. Nie bacząc na to, co powiedzą najbliżsi, włożył w swój konsekwentny, ale i ryzykowny pomysł oszczędności całego życia. Kupił lichy dom na kółkach, traktor, działkę na wygwizdowie, gdzie latem szaleją huragany, a do najbliższego miasta jest godzina jazdy samochodem. Monica stara się to wszystko jakoś znosić, choć jest święcie przekonana, że szczęście leży gdzie indziej. I że cierpliwość w pewnym momencie się skończy.

Amerykański sen o sukcesie i niedogadana przeprowadzka, która odbija się na bliskości, zaufaniu, więzach między małżonkami – to wszystko oczywiście nie wzięło się znikąd. Lee Isaac Chung, reżyser „Minari”, urodził się w rodzinie imigrantów z Korei Południowej, dzieciństwo spędził na małej farmie w Lincoln w Arkansas; ślady osobistych doświadczeń rozsiane są po całym jego filmie. W jednym z wywiadów Chung opowiadał, że gdy zabierał się do pisania scenariusza, spisał plus minus osiemdziesiąt procent wspomnień z lat dziecięcych. Zapamiętał zarośniętą wysokim trawskiem okolicę, długą na kilkanaście metrów, żółtą przyczepę przypominającą olbrzymią kostkę masła, a nawet sąsiada, szurniętego zielonoświątkowca, który pracował z ojcem w polu i regularnie, w każdą niedzielę, taszczył wielki sosnowy krzyż przez wieś. Najważniejszy był fakt, że jego rodzice przybyli do USA w szczytowym punkcie koreańskiej migracji, który przypadł na rządy Reagana; że harowali na dwie zmiany, aby odmienić swój los. Bywały dni, kiedy był świadkiem, jak z powodu wyjazdu darli koty – wtedy pojednawczo rzucał w ich kierunku papierowy samolocik z napisem: „nie kłóćcie się”. Innym razem była to kochająca rodzina, taka do rany przyłóż.

„Minari” można by interpretować jako film filtrowany przez pamięć poharatanego dziecka, kalejdoskop złożony z doświadczeń, jakie odcisnęły się na pierwszym pokoleniu koreańskich imigrantów urodzonych już za granicą. Chung jednak daleki jest od skargi, lamentu czy oburzenia tym, jak został urządzony świat ludności napływowej. Klimat swojego filmu utrzymuje w pogodnym tonie, nie interesuje go też krytyczne przenicowanie mechanizmów społecznych. Oczywiście jest tu jakaś sugestia o żmudnym procesie emancypacji i asymilacji Koreańczyków, pomysł na pokazanie drobnej przedsiębiorczości, która na obcym lądzie ma małe szanse na rozwój, wreszcie kilka incydentów i tekstów, typu „cing-ciang-ciong”, potwierdzających trwałość rasistowskich stereotypów w Ameryce reaganowskiej. Wszystko to jest w „Minari” jednak pokazywane jak gdyby przy okazji, na boku codziennego życia i wewnętrznej dynamiki relacji rodzinnych, które same w sobie są wystarczająco zagmatwane. Do żółtej przyczepy, w której mieszka czteroosobowa familia, wprowadza się na dokładkę babcia, mama Moniki, aby trochę rozładować napięcie i zająć się wnukami. Wszyscy oni żyją na ciasnej przestrzeni, mówią jeden przez drugiego, nieustannie wchodzą sobie na głowy. Film przez to zyskuje, bo tętni życiem. Chung dba zresztą, żeby każdy członek rodziny dostał swój czas; miał szansę przeciągnąć opowieść choć na chwilę w swoją stronę.

W centrum tej krzątaniny widzimy jednak przede wszystkim babcię i wnuka, świetnie poprowadzony pokoleniowy dwugłos, będący w pierwszej fazie koncentratem dystansu, kpiny, wzajemnego docinania i uszczypliwości. Urodzony już w Ameryce mały David twierdzi, że babcia Soonja wcale nie wygląda jak prawdziwa babcia. Klnie, bluźni, ma niewyparzoną gębę, wnuki ogrywa w karty, a do tego nie upiecze ciasta, bo piec nie umie, i dziwnie pachnie, jakby Koreą. Nietuzinkowa, zaczepna seniorka zza oceanu nie pozostaje mu dłużna – bezustannie podszczypuje i upokarza wnuka, nabija się, że maluch moczy się w nocy i ma „zepsutego siusiaka”, ale między tymi wszystkimi docinkami otacza go rozbrajającą opieką, zacieśnia więzi. To zresztą ona wpuści do jego domu trochę światła i ciepła, a przy okazji wytłumaczy domownikom, jak zbudować więź z nowym krajem, kultywując równolegle związki z tradycją i miejscem pochodzenia. Nie bez powodu pojawia się w filmie opowieść o tytułowym minari, japońskiej pietruszce, która – jak mówi babcia – wypuści korzenie bez pomocy i urośnie wszędzie, gdziekolwiek się ją posadzi.

Wokół tej prostej analogii, rozwijającej się w niejako paraboliczną historię ziarenka minari rzuconego na kapryśną, amerykańską ziemię, którym mogłaby stać się kiedyś rodzina Yi, krąży ta ciepła i szlachetna opowieść. Pod koniec widzimy, że pojawia się zresztą okazja, by przepracować to, czego na spokojnie nie udało się przepracować wcześniej; scalić to, co wraz z przeprowadzką się rozpadło. Jacob przekracza swoje indywidualne potrzeby, Monica zaczyna rozumieć zaangażowanie męża, oboje do perfekcji opanowują podstawowe funkcje rodziny: wzajemne poświęcenie i pragnienie bycia razem w trudnych chwilach. Film Chunga, choć mocno zakorzeniony w określonym kontekście i kulturze, mógłby rozgrywać się tak naprawdę wszędzie, reżysera interesują uniwersalne zachowania ludzi spokrewnionych, wystawionych na próbę. Nie zmienia to jednak faktu, że dobrze zobaczyć film zrobiony za amerykańskie pieniądze, w którym praktycznie wszyscy mówią po koreańsku.

Nastąpiła pewna zmiana, dość istotna: jeszcze kilka lat temu postać amerykańskiego Azjaty mogła być co najwyżej egzotyczną atrakcją, jakimś bandziorem wyskakującym na golasa z bagażnika starego mercedesa w „Kac Vegas”, ewentualnie utrwalającym i kolportującym stereotypy panem Miyagi, miłośnikiem sake i drzewek bonsai. Dziś uczciwy film o wielopokoleniowej rodzinie Koreańczyków mieszkających w Stanach, upominający się o swoich bohaterów w szczery sposób, podbija serca i umysły widzów, zdobył Złoty Glob i Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej. Nie chodziło nawet o to, żeby uszczknąć mniejszy lub większy kawałek z tego tortu. Już samo obalenie bezrefleksyjnie kreślonego obrazu Azjaty, który był domeną kina mainstreamu, sama zmiana sposobu myślenia o tym, dla kogo przewidujemy miejsce zarówno w amerykańskim kinie, jak i społeczeństwie, napawa optymizmem. Jeśli po obejrzeniu tego filmu choć jedna osoba dostrzeże istnienie i dążenia człowieka z warzywniaka, u którego kupuje koreańskie owoce i warzywa, zada sobie trud postawienia pytania, kim ten człowiek jest – będę to postrzegał jako sukces i wyjście poza błędne koło uproszczeń.

„Minari”
reż. Lee Isaac Chung
premiera światowa: 26.02.2020