Zdrada, zazdrość, rozstanie, miłość i poszukiwanie niezależności – to powracające motywy w filmografii Łukasza Grzegorzka. Pojawiały się w „Kamperze” i „Moim wspaniałym życiu”, do pewnego stopnia również w „Córce trenera”, nie powinno więc nikogo dziwić, że zobaczymy je także w „Trzech miłościach”. Co więcej, można odnieść wrażenie, że są one obecne intensywniej. Zresztą przesyt i nadmiar dotyczą tu różnych sfer – jakby wszystko było „bardziej”: emocje są mocniejsze, barwy jaskrawsze, fabularne kłamstwa bardziej wyrafinowane, a osią fabuły są relacje nie pary, lecz trójki bohaterów. To prowadzi do przestylizowania i uzyskania zaplanowanego efektu telenowelowej sztuczności. Oznacza to jednak, że twórca świadomie odbiera swojej opowieści autentyzm i psychologiczną wiarygodność – nie dając wiele w zamian. Zamiast dramatu kochających postaci mamy barwną zabawę w przebieranki.
Lena przygotowuje się do imprezy: stawia na stole przekąski, poprawia ubranie, krząta po pokoju. Obserwujemy ją zza okien – z dystansu. Ruchy kamery zaczynają przyśpieszać, a kolejne zbliżenia niemal wdzierają się do wnętrza mieszkania. Szybko się okazuje, że nie tylko my przyglądamy się bohaterce – wraz z nami robi to ktoś mieszkający naprzeciwko. Łamanie granic intymności jest w „Trzech miłościach” nieprzerwane, a narzędzia inwigilacji różnorodne: obok dość klasycznej (znanej choćby z „Krótkiego filmu o miłości” Krzysztofa Kieślowskiego) lunety stawianej w oknie mamy również podsłuch i złośliwą aplikację zainstalowaną na telefonie komórkowym, umożliwiającą przechwytywanie rozmów, wiadomości i zdjęć. Pojawia się też pozbawione jakichkolwiek narzędzi podglądactwo.
Bohaterkę podgląda były mąż, Jan, który mieszka naprzeciwko i wciąż kocha ekspartnerkę. Jest zaproszony na szykowaną imprezę. Przypadkiem na spotkaniu zjawia się także młody chłopak o ksywie Kundel – diler przyjaciół dziewczyny. Zbieg okoliczności sprawia zatem, że pomiędzy rozwiedzionym małżeństwem a młodym studentem nawiązuje się relacja. Pierwsze lody bohaterowie przełamują ciasteczkami z halucynogennym wkładem, których Jan nie znosi dobrze. Tymczasem pobudzeni Lena z Kundlem ruszają w miasto, wspólną noc kończąc w łóżku. Zazdrosny Jan przechwytuje wiadomości Leny.
Klasyczny motyw miłosnego trójkąta Grzegorzek wpisuje w stylizowaną przestrzeń filmową. Kiedy tylko może, zabarwia ekran głębokimi purpurami i czerwieniami, wielu scenom dodaje neonowego poblasku. Przyciemnia światła, oddaje miejsce cieniom. Kolorystyka przypomina niekiedy wizualne opracowanie filmów z serii „365 dni” – jakby wprost wyjęte z luksusowego domu uciech. Zresztą znane z popularnej serii (zarówno polskiej, jak i „Pięćdziesiąt twarzy Greya”) erotyczne gadżety BDSM mają u Grzegorzka swoją rolę do odegrania, choć przewrotną i wchodzącą w dyskusję z popularnym nurtem współczesnej kinematografii. Troje bohaterów trafia bowiem w pewnym momencie do „pokoju zabaw”, ale nie czynią z niego wielkiego użytku. Rolę pejczyków przejmie zainfekowany telefon.
Nie tylko warstwa wizualna zostaje poddana stylizacji. To samo dotyczy charakterystyki bohaterów – szczególnie męskich. Jan pracuje jako wyjątkowo stereotypowy prawnik. Codziennie z teczuszką, w nienagannym garniturze, w za dużych okularach na nosie i w niesfornej, nieustannie przyklepywanej grzywce. Przypomina raczej karykaturę niż człowieka z krwi i kości. Sztywny, poważny, alergicznie reagujący na dobrą zabawę. Na imprezę przyszedł w przebraniu policjanta – raczej nieprzypadkowo. Z kolei Kundel, którego ksywa nie wydaje się przypadkowa, jest beztroskim studentem dorabiającym jako diler i toy boy do wynajęcia. Ma pofarbowane na biało włosy, nienaganną sylwetkę i luźne usposobienie. On również nie przypomina człowieka, a raczej erotyczną fantazję na temat młodego kochanka – w sam raz jako odmiana po nieudanym małżeństwie.
Poczucie braku naturalności obu postaci dopełnia gra aktorska Marcina Czarnika (odtwórcy Jana) i Mieszka Chomki (odtwórcy Kundla). Szczególnie Czarnik wynaturza swoją postać – nadmierna, groteskowa mimika celowo zamienia Jana w karykaturę. Aktor stawia zdecydowanie na humorystyczne cechy swojej postaci. Chomka natomiast gra urokiem młodości i ciałem, ale brakuje mu umiejętności aktorskich, by wydobyć ze swojej powierzchownej kreacji coś więcej.
Umowność oraz wyrafinowanie stylistycznej gry zostają uwypuklone i niejako autotematycznie ukazane w warstwie fabularnej przez fakt, że Lena jest aktorką. Do pierwszego zbliżenia między nią a nowym partnerem dochodzi w teatralnej garderobie, a podczas prób emocje granej przez nią postaci mieszają się z przeżywanymi przez kobietę. Cała zarysowana historia romansu rozmywa się w nieprawdach, zbyt intensywnych kolorach, karykaturalnych usposobieniach i psychologicznej niesubtelności. Grzegorzka zdaje się nie interesować głębia bohaterów – są oni raczej figurami w zaaranżowanej rozgrywce. Można ich scharakteryzować kilkoma przymiotnikami: Jan jest zazdrosny, Kundel beztroski, a Lena pragnie nowego początku. Takie postawienie sprawy skutkuje pozostaniem na powierzchni zdarzeń. Emocje być może są intensywne, ale niepodparte autentycznymi pragnieniami.
Wspomniane już skojarzenie z telenowelą nie jest bezpodstawne. Kolejne odsłony relacji bohaterów rozpoczynają plansze z numerami rozdziałów. Litery są stylizowane, fikuśnie zakręcone niczym w zanadto starannym odręcznym piśmie – niczym z okładki Harlequina. Pierwszy raz Grzegorzek tak mocno zbliża się do konwencji gatunkowych, czerpiąc z jednej strony z taniego romansu, z drugiej – erotycznego thrillera. Trudno jednak powiedzieć, ile w tym zabawy i żartu, a ile faktycznego siłowania się z popularnymi gatunkami. Być może to kolejny poziom filmowych gier.
Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że tak właśnie jest – bo jako kino gatunkowe film całkowicie się nie sprawdza. Podobnie jak mało emocji i napięcia, niewiele tu także erotyzmu i grozy. Grzegorzek oferuje kilka „momentów” – ale niewiele w tym erotyki. Sceny nie mają funkcji stymulującej, nie emancypują się z fabuły, stając się osobną atrakcją. To samo dotyczy thrillera. Zarys fabuły pasuje do tego gatunku idealnie – Jan wydaje się niezrównoważony, ma broń i skłonność do przesadnych reakcji. Ale te cechy gatunkowe nie przekładają się na dramaturgiczne napięcie. Ani przez chwilę nie czuć realnego zagrożenia.
„Trzy miłości” nie sprawdzają się również jako pastisz czy parodia kina gatunkowego. Do realizacji tego celu zabrakło humoru i większej świadomości twórczej – wyrwania opowieści z ram konwencji, wydestylowania gatunkowej maszynerii i zabawy nią. Ostatecznie film utknął w pół drogi – ani nie angażuje emocjonalnie jako dramat, erotyk czy thriller, ani nie oferuje metakomentarza do tych gatunków, a tym bardziej nie potrafi ich przetworzyć w celu wyśmiania czy konstrukcji żartu.
Nie bawi mnie ta maskarada. Chciałbym dostrzec za nią coś prawdziwego – jakąś autentyczną emocję, coś, co ukaże tych bohaterów jako ludzi z krwi i kości, pozwoli zrozumieć ich i współczuć im. Ale trzeba się do tego przedzierać przez piętrzące się warstwy stylizacji, kostiumów, masek, konwencji i przestylizowanych wyrazistymi kolorami kadrów. A to wymaga ogromnego wysiłku od widza – do którego twórcy filmu niekoniecznie zachęcają. Wolą bawić się w zaprojektowaną przez siebie grę, której zasady znane są tylko im.