Baśń o „Kopciuszku” znają wszyscy. Doskonale wiemy, jak rozłożone zostały role: macocha jest zła, Kopciuszek jest biedny, a jego przyszywane siostry nieurodziwe i niegodziwe. U Emilie Blichfeldt – reżyserki „Brzydkiej siostry” – jest podobnie. Macocha też jest zła, Kopciuszek nadal biedny, a siostry wciąż brzydkie. Pomiędzy oryginałem i adaptacją zmienia się jednak punkt widzenia – a to dlatego, że inna postać jest tu osią dla narracji. To jedna z sióstr, Elwira, której wprawdzie poskąpiono urody, ale wlano w serce miłość do przystojnego księcia. Zmiana perspektywy nie jest jednak najważniejszym przesunięciem względem baśniowego pierwowzoru – bardziej znacząca jest zmiana, jaką przeszedł mit romantycznej miłości. Norweska reżyserka traktuje go nawet brutalniej, niż autorzy oryginału potraktowali w zakończeniu stopy sióstr: nie tylko odrąbuje palce, ale też łamie nos i zamienia ciało w gnijące zwłoki.
Oczywiście nie dzieje się tak pierwszy raz. Mogliśmy to oglądać chociażby w ubiegłorocznym body-horrorze „Substancja”, w którym Coralie Fargeat również wzięła na warsztat wątki z klasycznych baśni: od „Królewny Śnieżki”, przez „Piękną i bestię”, po „Kopciuszka” właśnie. Francuska reżyserka, podobnie jak Blichfeldt, przesunęła akcenty, by do głosu doszły narracje dialogujące z wersjami braci Grimm czy Charles’a Perraulta. Obie twórczynie filmowe interesuje przede wszystkim perspektywa kobieca. Tropią winnych wyrażonego wprost lub podskórnego ucisku, który jest udziałem bohaterek. W „Substancji” Elisabeth zmaga się z narzucaną przez branżę showbiznesu definicją młodości. W „Brzydkiej siostrze” na pierwszy plan wysuwa się natomiast kwestia stanowienia kanonów piękna. Oba filmy szukają podmiotów-opresorów, które regulują owe standardy, gnębiąc kobiety. Każdy z nich znajduje ich jednak gdzie indziej.
U Fargeat pierwszymi obwinionymi byli śliniący się na widok młodych piersi i ud mężczyźni, rządzący branżą i pod własne gusta stawiający granice między młodością a starością. Blichfeldt jest pod tym względem bardziej wyrafinowana. Co prawda mężczyźni sprawują kontrolę nad filmową rzeczywistością – to narzucane przez nich standardy piękna należy spełnić – ale jest w tym świecie coś potężniejszego: pieniądze. Faktycznie to fortuny rządzą tą rzeczywistością: sprawiają, że zarówno młode panny, jak i starsze wdowy muszą wdzięczyć się i zabiegać o uwagę książąt, dziedziców, baronów i hrabiów. W tym celu kobiece postaci są w stanie zrobić wszystko: od makabrycznych zabiegów upiększających, przez bezwzględne eliminowanie rywalek, po zaprzedanie córek.
Taki właśnie los spotkał Elwirę, jedną z brzydkich sióstr pięknego Kopciuszka. Dziewczyna zaczytuje się w poezji księcia, zamieszkującego w zamku nieopodal rezydencji nowego ojczyma bohaterki, którego w nadziei na odmianę sytuacji finansowej poślubiła jej matka. Ale po śmierci leciwego mężczyzny w wieczór poślubny okazuje się, że on również był bez grosza przy duszy. Jedyną szansą na spłacenie długów i wyjście na prostą jest ponownie zamążpójście (innej drogi bohaterki nie widzą – tak bezwzględne są reguły świata przedstawionego lub tak mocno ograniczyły ich wyobraźnię). I szybko nadarza się ku temu okazja: właśnie ogłoszono bal, na którym sam książę będzie wybierał dla siebie żonę. Macocha ma nadzieję na dobre wydanie Elwiry, więc skupia się na jej przygotowaniu i czyni Kopciuszka służką. Dalej sprawy idą dobrze znanym torem: brzydka siostra w przypływie zazdrości niszczy suknię swojej rywalki, ale to na nic, bo nad pięknolicą czuwa zmarła przed laty matka, która zsyła jej piękne ubranie i zamienia dynię w karocę, mającą powieźć do sukcesu.
Ludzkie relacje w świecie „Brzydkiej siostry” są determinowane nie tylko przez pieniądze, ale i seks – stereotypowa mieszanka czynników wodzi na pokuszenie, przynosi zgubę, popychając do najbardziej drastycznych działań. Te elementy wprowadzają istotną zmianę względem uładzonej pod dziecięcą wrażliwość baśni Perraulta. Czy Kopciuszek nie marzy o niczym innym niż o pocałunku księcia? Nie tym razem – owszem, małżeństwo z księciem to marzenie bohaterki, ale tylko ze względu na jego skarbiec. Serce i ciało już dawno oddała ona stajennemu, za co zresztą ukaże ją wstrętna macocha. Dojrzała kobieta z kolei uwodzi kolejnych młodzieńców i starców, po to tylko, by lepiej ustawić się w środowisku lokalnej socjety. Motyle w brzuchu, miłość od pierwszego wejrzenia i romantyczne spacery są dobre dla egzaltowanych dziewcząt – stanowią woal pozorów ukrywający to, co faktycznie się liczy. Pozory są jednak niezwykle ważne. Chędożyć można się po stajniach, ale na salonach obowiązuje ścisła etykieta: elegancka poza, nienaganne ruchy wysublimowanego tańca i wygląd zanadto nieodbiegający od restrykcyjnych norm. Kochać można stajennego, ale wyjść za mąż należy za księcia. „Brzydka siostra” jest filmem o wpływowej funkcji, jaką pełnią w społeczeństwie pozory – o tym, jak bardzo uzależnieni jesteśmy od tego, co widoczne na pierwszy rzut oka, a co jest jednocześnie najbardziej plastyczne, zmienne i podatne na retusz (choćby dzięki socjalmediowym filtrom).
Proces dostosowywania się do wymaganych kanonów zachowań i wyglądu przypomina tresurę – nie bez powodu Elwira podczas balu udaje przed zalotnikami małego pieska. Ale jest w tym również coś z tortury. Aby to podkreślić, norweska reżyserka, podobnie jak Fargeat w swoim ostatnim filmie, korzysta z estetyki znanej z body horroru. Elwira, świadoma, że daleko jej do urody Kopciuszka, sięga po usługi Mr Estetique – bajkowej wersji chirurga plastycznego, który prostuje dziewczynie nos i doszywa sztuczne rzęsy. Swoje dorzuca również nauczycielka tańca, podsuwając dziewczynie jajo tasiemca, dzięki któremu nie musi ona rezygnować z ukochanych ciastek – wciskając się jednocześnie w ciasne kanony kobiecej sylwetki.
Blichfeldt dba, by proces upiększania był jak najbardziej obrzydliwy. Chirurg do prostowania nosa używa dłuta i młotka, rzęsy przyszywane są wielką igłą do zapuchniętych powiek, a lęgnące się w trzewiach robactwo musi wreszcie znaleźć ujście. Co prawda daleko Norweżce do obrzydliwości i cielesnych ekscesów zademonstrowanych przez Fargeat, a ciało w „Brzydkiej siostrze” nigdy nie wynaturza się w swojej monstrualności, ale stawiana przez reżyserkę diagnoza jest niemniej dosadna. Wybrzmiewa głośno i donośnie jak morały w klasycznych bajkach: kontrolowane przez kapitał i mężczyzn społeczne oko jest narzędziem opresji kobiet, a kanony piękna stają się ciasnym i niewygodnym gorsetem, boleśnie modyfikującym poddawane kontroli ciała.
Z tym większym zaskoczeniem należy przyjąć fakt, że Blichfeldt wcale nie zamierzała dyskutować z głównym założeniem baśni o Kopciuszku. W wersję Perraulta wpisana jest idea utożsamiająca piękno cielesne z zaletami duszy – powierzchnia jest lustrem głębi. Kopciuszek jest piękny, bo dobry, a jej siostry brzydkie – bo okrutne. W „Brzydkiej siostrze” sierota jest piękną ofiarą, której jedyną przewiną jest miłość do stajennego. Elwira z kolei potrafi być okrutna, zazdrosna i bezwzględna, co koresponduje z jej szpetotą. Zmiany, którym się poddaje, są więc bez znaczenia – „oszukane” piękno ciała nigdy nie zakryje okropieństw jej serca. Na esencję nie ma żadnej substancji.
Ale również Elwira jest ofiarą – własnej matki, która używa córki jako przedmiotu transakcji kupna-sprzedaży. To ona inspiruje cielesne zmiany Elwiry, posyła ją na kurs tańca, przekupuje nauczycielkę, by córka wystąpiła przed księciem mimo braku umiejętności. Należałoby więc oczekiwać kolejnej wersji historii, opowiedzianej tym razem z perspektywy dojrzałej kobiety: punktującej społeczne wykluczenie ze względu na wiek, uzależnienie od kaprysów mężczyzn trzymających w garści niezbędny do przeżycia kapitał i narzucających normy atrakcyjności. Ale film o tym już istnieje – nakręciła go Coralie Fargeat i nadała mu tytuł „Substancja”.