[…] zastrzegam sobie od razu, że piszę tu nie rozprawę naukową, lecz essai, i że idzie mi tu raczej o zaznaczanie i poddawanie myśli, niż o ich szczegółowe wyczerpywanie.
Stanisław Brzozowski
Esej obecny był w kategoriach organizujących przyznawanie Nagrody Literackiej GDYNIA od pierwszej edycji w 2005 roku. Już w inauguracyjnej edycji stał się – i wciąż nie przestaje być – najbardziej pojemną kategorią, w której mieści się literatura o trudnym do uzgodnienia wspólnym mianowniku formalnym czy gatunkowym. Bo co właściwie łączy książki tak różne, jak choćby nominowana w pierwszym gdyńskim rozdaniu „Wołoka” Mariusza Wilka z „Lirycznymi narracjami” Joanny Orskiej, wytypowanymi zaledwie rok później? Ta pierwsza to atrakcyjny dziennik podróży, pokazujący trudno turystycznie dostępne, a przez to pobudzające wyobraźnię rejony północnej Rosji, a przy tym bezkompromisowo wymierzający ciosy tym, którzy z lekceważącą ignorancją przedstawiali Rosję wcześniej. Ta druga to akademicka monografia, książka specjalistyczna rewindykująca historycznoliterackie mity, odsłaniająca wewnętrzne i zewnętrzne reguły pola poetyckiego lat 90. XX wieku. Czy którakolwiek z tych publikacji jest esejem? Nie bardzo. Czy nominowanie ich w kategorii eseistyki jest nadużyciem? Niekoniecznie. Czy coś zatem wynika z gdyńskich wskazówek dla najbardziej proteuszowego i antygatunkowego z gatunków? Bardzo wiele. Na część tych konsekwencji chciałabym tu zwrócić uwagę. O reszcie wnioskować można, traktując archiwum gdyńskich werdyktów (nie tylko ogłaszających laureatów i laureatki danej kategorii, ale i wskazujących nominacje) jako soczewkę, przy pomocy której widać pewne tendencje polskiej literatury, posługującej się eseistycznymi strategiami, choć niekoniecznie przy tym esejem będącej.
W myśleniu o eseju na gruncie polskim zawsze obecne było przekonanie o swoistej antygatunkowości tego gatunku; o jego aporetycznym charakterze, przejawiającym się łączeniem cech dystynktywnych, które zdają się wzajemnie wykluczać: precyzji myślowo-pojęciowej ze swobodą stylistyczną, literackości z naukowością, czy też afirmacji „ja” eseistycznego z komunikacyjną otwartością na głosy innych – na to, co już powiedziane i napisane. Z tego też powodu w badaniach nad eseistyką pokazywano (a konkretnie pokazywała Roma Sendyka w monografii poświęconej nowoczesnej eseistyce[1]) esej jako raczej zjawisko aniżeli rodzaj czy gatunek. Łatwiejsza do scharakteryzowania okazywała się eseistyczność, dostrzegana jako wypadkowa konstrukcyjno-stylistycznych artykulacji (niekonkluzywność, odraczanie sensów, wahanie podmiotu piszącego) i właściwości podmiotu, wyraźnie faworyzującego jednostkowe doświadczenie, lokowane w opozycji od tego, co systemowe, dogmatyczne i uogólnione. Eseistyczność nie jest więc przyszpilona do jednej formy, może bowiem proteuszowo zasilać różne teksty, w których mieszają się gatunki i właściwe im sposoby literackiej komunikacji.
„Esej to worek, do którego wrzucamy wszystko, co nie jest ani nauką, ani beletrystyką, ani – szczęściem – odrębną krytyką literacką” – pisał w 1957 roku Jan Błoński[2]. Patrząc na kolejne odsłony gdyńskich nominacji, trudno nie wspomnieć tego intencjonalnie kąśliwego wobec inflacji poodwilżowej eseistyki stwierdzenia. Bo z perspektywy rozumienia eseistyki jako organizacyjno-porządkującej kategorii, mieści się w niej bardzo dużo. I oprócz takich książek, które najłatwiej byłoby rozpoznać jako eseistykę właśnie (jak choćby autorstwa Piotra Pazińskiego czy Marcina Dymitera), łatwo dostrzec i takie, które bliższe byłyby biografistyce, szkicom krytycznoliterackim czy pisarstwu reportażowemu. A jednak znakomita większość z tej tworzonej przez dwie dekady mapy, czy też – za Błońskim – rozciągającego się „worka”, to książki będące w istocie, zgodnie z eseistycznymi postulatami, swoistymi laboratoriami, wytwarzającymi dopiero reguły przedstawienia.
To być może najistotniejsze wtedy, gdy do worka z esejem trafiają książki niebezpiecznie bliskie koniunkturom gatunkowym, jak choćby biografistyka. Jeśli jednak pochylić się nad „Bazgraczem” Konrada Niemiry, czyli trzema esejami o Jean-Pierze Norblinie, okaże się szybko, że ich autor jest eseistycznym rebeliantem, czeszącym pod włos historię życia swojego bohatera, i z drobiazgów, efemerycznych peryferii rozpisuje tyleż intymną opowieść o jednostkowym (a przy tym, z konieczności zapośredniczonym historycznym dystansem) spotkaniu z bohaterem, co i społeczną panoramę kontekstu, który formował jego aktywność. A przy tym odkrywa postać tajemniczą, zachęcającą do śledztwa, w toku którego dochodzi do uzupełniania historii wiedzy, niemożliwego jednak bez pewnej eseistycznej obsesji. Dlatego opowieść Niemiry, ale i odnotowywane we wcześniejszych nominacjach, biografizujące książki Piotra Matywieckiego o Julianie Tuwimie, Piotra Wierzbickiego o Janie Sebastianie Bachu, Agnieszki Gajewskiej o Stanisławie Lemie, Radosława Romaniuka o Jarosławie Iwaszkiewiczu, Lidii Kośki o Stanisławie Lecu są znaczące w kategorii eseistyki, bo właśnie dzięki eseistycznej przekorze pozwalają zobaczyć splątane relacje historii (a także pojęć, abstrakcji, ogólności) z tym, co zawsze własne, indywidualne. Eseistyczne odniesienie do doświadczenia jest w tych około-biografizujących publikacjach znaczące, ukazuje bowiem nie tyle fetysz bezpośredniości (narcystyczne z ducha przekonanie o tym, że własne jest tylko to, co bezpośrednio odczute lub doświadczone), ile stanowi wobec niego antidotum. Swoista szczepionka na indywidualistyczne samozłudzenie.
Estetyczne zapośredniczenie jest wspólne dla książek, które przez dwie dekady wrzucane były do eseistycznego worka. Jeśli bowiem przyjąć, że esej lekceważy opozycję na to, co trwałe, faktyczne i nieprzemijające, oraz to, co doświadczeniowe i idiosynkratyczne, to właśnie estetyczne zapośredniczenie okazuje się wehikułem intencji polemicznej. Polemiki wymierzonej w rozszczelnianie opozycji, zwróconej nierzadko ku jednoczeniu tego, co zwyczajowo lokować można na przeciwległych biegunach pisania. Idzie więc o napięcia między teoriami i pojęciami a żywiołem indywidualnego kontaktu z przedmiotem. Iskrzenie płynące z tych napięć widać tam, gdzie przedmiotem opowieści bywają prywatne historie, prowadzące do odsłaniania tego, co wspólne, a co niekoniecznie wystarczająco opisane w ramach tradycyjnie separowanych pól wiedzy. To często napięcia wynikające z podążania za wiedzą usytuowaną, niezinstytucjonalizowaną lub taką, która wyłania się z nieposłuszeństwa wobec ulegania społecznym czy politycznym hegemoniom. Dlatego ważne miejsce w historii gdyńskich nominacji zajmują książki podejmujące pracę na historycznych stereotypach, czyli na zapośredniczonych konstrukcjach, które maskują swoją konstrukcyjność, pośredniość i w społecznym użyciu podlegają naturalizacji. Książki opowiadające o wypartych, burzliwych relacjach, które podskórnie zasilają aktualność, nawiedzają ją w postaci anachronicznych zakłóceń.
I choć myślę tu o książkach, które w typologii konwencji byłyby bliżej pisarstwa naukowego (np. „U genezy Jedwabnego” Andrzeja Żbikowskiego), to ich obecność w puli nominacji ukazuje rolę nagrody jako narzędzia do komunikacji z czytelniczkami i czytelnikami. W perspektywie eseistyki jako kategorii porządkującej pole, doświetlenie książki specjalistycznej jest oczywistą szansą na poszerzenie jej recepcji, swoiste wykroczenie poza ramy obiegów wiedzy. Ukazanie, że prace akademickie nie muszą orbitować jedynie w swojej galaktyce, odrębnej od żywo dyskutowanej literatury. W tym sensie istotne jest, że sprzeciwianie się tradycji eseju (jako pewnej możliwej do opisania poetyce) jest zarazem sposobem na uprawomocnienie eseistyczności jako swoiście pojętej komunikacji, dowartościowującej książki, które w różnoraki sposób dokonują przekształceń zastanych reguł. Także tych, które dotyczą samych procedur genologicznego ujmowania eseju. Niczym silny swoją słabością Proteusz, esej, który wyłania się z gdyńskich rozstrzygnięć, okazuje się ulegać ciągłym mutacjom, przybierając rozmaite kształty, których dostrzeganie wymaga pewnej czujności, ale i otwartości na tekstowe zmiany.
Owe mutacje przenika – co pozwala też wskazać na zasadniczy rys eseistyki ostatniego dwudziestolecia – nacisk na rolę literackiej reprezentacji, czy też szerzej: na medium przedstawienia i warunki jego odbioru. Na znaczenie praktyk lekturowych i interpretacyjnych dla możliwych doświadczeń, wychodzących z jednostkowych obserwacji, ale potencjalnie włączających je w przestrzeń wspólnotowej debaty. Najciekawsza jest ona wtedy, gdy kwestionuje domyślne konsensusy i otwiera się na agoniczne starcia.
„Wszystkie wojny świata” Tomasza Szerszenia to książka o oglądaniu, o patrzeniu na znaki i o ich konstruowaniu, ale zaczyna się od wspomnienia dziecięcych zabaw w wojnę jako rytuału faktyczną wojnę odpędzającego; od odgrywania wojny, by ta rzeczywista być może nie zaistniała naprawdę. U Szerszenia praca na estetycznych zapośredniczeniach, na przefiltrowanych przez media obrazach umożliwia wykreślenia związków między odległymi przedstawieniami. To szczególnie istotne w aktualnej rzeczywistości mediów, które swoją medialność maskują, dążąc do podszywania się pod bezpośrednie doświadczenia i sprzedawania iluzji cielesnego udziału w obrazach. O znaczeniu sztuczności dla przepracowywania tego, co boleśnie przemijające, wydane na pastwę upływu czasu, opowiadają książki Piotra Pazińskiego. To pisanie niezwykle erudycyjne, zachłanne intelektualnie konstelacje zjawisk, sondujących imitacyjność rzeczywistości i oferujące narzędzia do jej rekonstruowania. O przedstawieniu są i książki tak odległe od siebie na poziomie wykorzystanych konwencji pisania, jak osobista opowieść Michała Milczarka o podróżowaniu „donikąd” (czyli na daleką Północ, kierunek idący przeciwko życiu i światłu), gdzie najwięcej pozostaje do wyobrażenia i gdzie wyobraźnia rozrasta się poprzez mapy i atlasy, a zatem – przez zapośredniczenia i konstrukcje. Milczarka bardzo wiele dzieli od innej medytacji nad przedstawieniem – zbioru szkiców „O bólu” Łukasza Musiała. Ten bowiem wychodzi od przekonania, że literatura zawsze napotyka przeszkody, gdy chce wyrazić doświadczenie bólu, a jednak zawsze jest protezą cierpienia.
Można by więc zaryzykować stwierdzenie, że poprzez jurorskie wybory widoczne są eseje tyleż esejowi przeczące, co i przypominające, że esej lubi sztuczność i wtórność rozumianą jako fortunne pasożytnictwo na tym, co już napisane. Dlaczego to niezwykle ważny aspekt eseizowania, przy którym tak się upieram? Bo potrzebujemy dziś namysłu nad mediami (w sensie estetycznym) i praktykami (w sensie społecznych aktywności) reprezentacji w otoczeniu, które swoje medialności maskuje, faworyzując iluzje niezapośredniczonego dostępu do świata, w tym także do indywidualnych, podmiotowych doświadczeń. Tymczasem zapośredniczenie umożliwia wyjście z impasu indywidualistycznego samozłudzenia i przywiązania do własnego, bezpośredniego odczucia; wyjście z wszechobecnego dyktatu immersji, skazującego na trwanie w prezentystycznie pojmowanej i przedstawianej aktualności.
Potrzeba eseju wiąże się zatem szczególnie z eseistycznymi możliwościami w zakresie modelowania pierwszoosobowego pisania, ale i z koniecznością odróżnienia eseju od dążących do językowej przeźroczystości wypowiedzi publicystycznych. Eseistyka mierzy się ostatecznie ze światem historycznym, krzyżuje czasy i otwiera zamknięte, jak mogłoby się wydawać, archiwa. Podmiotowość eseistki, jej zindywidualizowane spojrzenie nie jest, a przynajmniej nie bywa w najlepszych eseistycznych realizacjach, spojrzeniem narcystycznym. To raczej podmiotowość zwrócona ku światu, ku jego sygnałom i impulsom, które odbiera za pomocą swoich lektur i przetwarza, również poprzez językowe fikcje.
Podstawowym prawem eseju jako formy (nie: gatunku czy rodzaju), jak przekonywał Theodor W. Adorno, jest kacerstwo, czyli uchybianie ortodoksji[3]. Jeśli więc w perspektywie historycznoliterackiej myśleć o ostatnich dekadach polskiej eseistyki poprzez Nagrodę Literacką GDYNIA, to wydobywa ona książki, które szczególnie problematyzują dogmat bezpośredniości doświadczeń: demontują narracje polityki historycznej, mącą w zastanych opowieściach biograficznych, rozpisują historie ciszy, eseizują, czyli także zapośredniczają bycie w podróżach. Indywidualne opowieści, podszyte wielogłosowymi archiwami tekstów, służyć mogą za synekdochy historycznych procesów. Są wówczas ni psem, ni wydrą, mieszańcami, które akcentują wagę medium, poza którym nie zaistnieją. Wydobywanie tej eseistycznej heterogeniczności z publikacji, które esejami nie są (w sensie przynależności do którejś ze źródłowych linii eseistyki: Michela de Montaigne’a czy Francisa Bacona) umożliwia wyjście z lekturowych kolein, w które wpada czytelniczka, gdy gatunek, po który sięga, zbyt usilnie maskuje swoją sztuczność i zbyt ochoczo sufluje doświadczeniu rzeczywistości. Jak przekonuje Kristupas Sabolius, „zetknąwszy się z Proteuszem, zawsze mamy do czynienia z naddatkiem, z niekończącą się nowością, z tym, czego nie można do końca zamknąć w jednym systemie znaczeń”[4].
[1] R. Sendyka, Nowoczesny esej. Studium historycznej świadomości gatunku, Kraków 2006.
[2] J. Błoński, Esej. Felieton. Publicystyka, cyt. za: M. Krakowiak, Mierzenie się z esejem. Studia nad polskimi badaniami eseju literackiego, Katowice 2012, s. 92.
[3] T.W. Adorno, Esej jako forma, w: tenże, Sztuka i sztuki. Wybór esejów, tłum. K. Krzemien-Ojak, Warszawa 1990, s. 99.
[4] K. Sabolius, Proteusz i radykalna wyobrażeniowość, tłum. K. Pecela, J. Tabor, Kraków 2015, s. 169.