Nastolatek stoi tyłem do publiczności w ogromnej, okrągłej sadzawce. Woda sięga mu do kostek, ale chyba mu to nie przeszkadza. W ręce trzyma walkmana, którego kabel ciągnie się przez jego ramię do przewieszonych przez szyję słuchawek. Rozczochrany chłopiec ma na sobie koszulę w kratę, bluzę z kapturem i dżinsy. Za nim, na ceglanej ścianie wrocławskiej Piekarni, płonie podświetlony niebieskim, ledowym światłem napis: MAMO NIE GAŚ ŚWIATŁA. Samotność bohatera przerywa wejście bliźniaczek z czarnymi warkoczami i w plisowanych spódniczkach. Dziewczynki zatrzymują się nieopodal, kucają i długo sikają do basenu, przywołując powidok fantazji erotycznej i abiektalnego koszmaru. Narastające napięcie rozluźnia utwór z albumu „Music for the Jilted Generation” The Prodigy (1994) – element ścieżki dźwiękowej życia młodych bohaterów spektaklu „Little”. Nie dajmy się zwieść: przedstawione na scenie mechanizmy psychologiczne to nie fikcja historyczna o latach 90., lecz raczej zaklęta w soczystym wizualnie kadrze metafora utrzymujących się od bardzo dawna stosunków międzyludzkich opartych na dynamice pożądania i odrzucenia.
Gosia Wdowik we współpracy ze scenarzystą Robertem Bolestą („Strach”, „Święta Kluska”), z reżyserem świateł Aleksandrem Prowalińskim, kompozytorką Agatą Zemlą, kostiumografką Saskią Hellmann oraz zespołem aktorskim Wrocławskiego Teatru Pantomimy zajmują się chłopięcym wchodzeniem w dorosłość. Celowo używam niedokonanego aspektu czasownika, ponieważ artyści eksplorują rozmaite oblicza liminalnej fazy zmagań z dojrzewaniem, ukazując je nie jako linearny przyrost świadomości i kompetencji, ale jako chaos – w czystej postaci. Emocjom towarzyszącym dorastaniu i innym życiowym transformacjom reżyserka przygląda się nie po raz pierwszy – robiła to zarówno w tryptyku „Strach”, „Gniew” i „Wstyd” (2018–2021), jak i w dyptyku „Dziewczynki” (2017) i „Dziewczyny” (2023), a także w przedostatniej swojej produkcji we Wrocławskim Teatrze Pantomimy – „Niepokój przychodzi o zmierzchu” (2023). Dorastanie jawi się Wdowik jako, obligatoryjny dla każdego, proces wzmożonej socjalizacji i negocjacji norm społecznych. W „Little” proces ten nie dotyczy tylko tytułowego bohatera, lecz jest jakby „radioaktywny”: wpływa na wszystkich i kształtuje wszystko dookoła.
Teatr Wdowik zazwyczaj empatycznie podchodzi do rozterek swoich bohaterów, angażuje się w nie i nie ucieka od konfrontacji z ich ciemną stroną – tak jest też tym razem. Tytułowy Little mierzy się z natrętnymi myślami, które raz na jakiś czas poznajemy za pośrednictwem napisów wyświetlanych na tylnej ścianie sceny. Przez jego głowę przewijają się hasła pełne frustracji i autoagresji, cytaty z piosenek i popkultury, wykrzywione wspomnienia czyichś słów. Czasem wypsnie mu się buntownicze: „Time to fight!”. Bo wszystko nasączone jest tu skumulowanymi afektami – wstydu, uczucia uwięzienia, zagubienia, niepewności, energii seksualnej. Aż chce się powtórzyć memiczne pytanie: to wy tak tu żyjecie? Życie Małego wydaje się pasmem porażek, odtrąceń, niezręczności, zazdrości i strachu przeplatanych jednak momentami ekstazy i frajdy, ujętych w inicjacyjne kadry z życia: trud przypodobania się rówieśnikom i szukanie dla siebie miejsca w grupie, choćby za cenę poniżającej ksywki; pierwsze doświadczenia erotyczne; bójki z chłopakami; zatapianie się w świecie własnej wyobraźni; odkrywanie muzycznych fascynacji; wspólne imprezy; akty nieuzasadnionej agresji; epizody depresyjne. Ta prosta historia o meandrach dorastania jest jak skandynawski cukierek o smaku posolonej lukrecji.
Konwencji spektaklu najbliżej do teatru fizycznego, wykorzystującego elementy pantomimy i choreografii walk (Tomasz Lewandowski), z dominacją form mniej skodyfikowanego, ale konkretnie rozplanowanego ruchu. Przestrzenne układy ciał ukazują – podporządkowane polskim stereotypom, patriarchalne i heteroseksualne – relacje międzyludzkie. W centrum emocjonalnego chaosu Małego znajduje się Matka: niechciana, ale równocześnie niezbędna (Anna Nabiałkowska). Pojawia się także Dorosły Mężczyzna (Jan Kochanowski) – ojciec, ale i sąsiad – w równym stopniu będący obiektem pogardy, co podziwu; człowiek, którego należy zabić, by móc się nim stać. Wspólnota Rówieśników jest polem testowym, punktem oparcia, a jednocześnie źródłem stresu (Eloy Moreno Gallego, Mateusz Wierzbicki, Wojciech Rybicki i Dawid Sozański). Wokół grupy chłopców kręcą się też Dziewczyny – wkurzające, ale równocześnie pożądane (Agnieszka Dziewa i Karolina Pewińska).
Tytułowego Małego gra w naprzemiennym układzie dwóch aktorów-tancerzy, Mikołaj Ciapa i Jakub Pewiński. Podwojenie postaci sugeruje z jednej strony jakiś rodzaj pęknięcia w tożsamości bohatera albo kształtowanie się elementów freudowskiej drabinki jego osobowości, których konfrontacja napędza wewnętrzny konflikt nastolatka. Z drugiej strony powierzenie głównej roli dwóm wykonawcom jest jednym z kilku autorskich gestów uniwersalizujących sceniczną opowieść – prawdopodobnie w okresie dorastania każdy z nas znał takiego Małego albo nim był. Sam bohater nie ma pewności, czy bardziej chce się wyzwolić od znaczeń implikowanych przez ksywkę „Mały”, czy jednak boi się momentu, gdy znajomi przestaną go tak nazywać. Jego wewnętrznego rozdarcia pomiędzy dziecięcą wrażliwością i zależnością od dorosłych a pragnieniem samodzielności nie sposób zasypać.
Perypetie Małego opowiadane są nie tylko przez ciała aktorów i aktorek, ale także z wykorzystaniem przestrzeni wizualnej i dźwiękowej: przesyconej symbolicznymi znaczeniami i intensywnie oddziałującej na zmysły. Agata Zemla fantastycznie przetwarza muzykę Prodigy w ambientowy pejzaż dźwiękowy i tylko raz na jakiś czas pozwala wybrzmieć tym rave’owo-tanecznym kawałkom w pełnej krasie. Główny element scenografii, jakim jest woda, poetyzuje prezentowany widzom obraz. W demokratycznym kręgu sadzawki ważą się racje wszystkich bohaterów, lecz koło sugeruje także odwołania do cykliczności, reprodukcji, powtórzenia, zapętlenia. Obecność wody odsyła do metafor oczyszczenia i nowego początku, a jednocześnie nie pozwala zapomnieć, że jest ona (unieszkodliwionym w niecce basenu) żywiołem zdolnym pochłonąć każde ludzkie istnienie. Odpowiednio oświetlona, staje się przejrzysta lub lustrzana, ale bywa też czarna i mętna. Unoszący się nad sadzawką dym sugeruje parną atmosferę intymności i oniryczności. Woda stawia krokom aktorów naturalny opór i efektownie rozbryzguje się w scenach przepychanek lub tańca. Dzięki wodzie, wykorzystanej także jako materiał dla pracy świateł, wszystko wygląda lepiej. W przestrzeni gry znajdują się jeszcze dwa obiekty – to rzeźby autorstwa Jana Baszaka, przedstawiające rozpłaszczone na ziemi, duże, czarne ptaki. Jeden z nich, z rozpostartymi, ale pewnie podciętymi skrzydłami i przekręconym w bok długim dziobem, leżał prawie u moich stóp. Czy to przedstawiciele jakiegoś egzotycznego podgatunku czapli, spacerujących wiosną parami na podmokłych łąkach? Skądkolwiek pochodzą, ich widok wywołuje wrażenie przygnębienia.
Schematyczność i czytelna symbolika przedstawionego świata tworzą wyrazistą reprezentację mroków chłopięcego dorastania, które w wielu tekstach, filmach i obrazach spychane są na margines, instrumentalizowane jako zło konieczne (grupy nastolatków głoszące radykalne, zwykle prawicowe poglądy), widziane jako zagrożenie (np. dla dziewcząt czy zwierząt) albo sprowadzane do burzy hormonów poprzedzającej wkroczenie do zhierarchizowanego i zamkniętego męskiego świata. Poważne i empatyczne potraktowanie chłopięcej transformacji oraz towarzyszącej jej bezradności wychowawczej to mocna, nacechowana politycznie strona spektaklu Wdowik. Ceną za prowadzenie narracji z punktu widzenia Młodego jest jednak uproszczenie psychologii i motywacji wszystkich innych postaci – sprowadzonych do funkcji aktantów, ewentualnie charakteryzujących się czymś emblematyczym dla swojego statusu (przykładowo Matka stanowi instancję bezwarunkowej i bezradnej miłości).
Spektakl wystawia na widok męską i rówieśniczą przemoc (zarówno psychiczną, jak i fizyczną, m.in. w rewelacyjnej choreograficznie scenie bójki między chłopcami czy podczas krwawego starcia z Mężczyzną), jej źródło sytuując w czymś nie do końca możliwym do objęcia logiką – obszarze podświadomych instynktów i lęków – a tym samym poza sprawczością społecznych mechanizmów socjalizacji. Szczególnie znacząca w tym kontekście jest scena, w której Mały wybucha gniewem wobec Matki, po czym oboje zamykają się w sobie w wibrującej ciszy – kulą się nad taflą czarnej wody przepełnieni niedowierzaniem i strachem wobec agresji, która ich rozdzieliła i której przyczyn nie rozumie żadne z nich. „Nie chcę tu być”, powtarza sobie w głowie nastolatek. Nagromadzona energia i skrajne stany emocjonalne nie znajdują tu innego ujścia niż transgresyjne, dające chwilę wytchnienia i upragnionej dysocjacji rozpłynięcie się w muzyce. Jednak tego rodzaju wewnętrzne migracje są tylko doraźnym kołem ratunkowym. Czy jedynym lekarstwem na cierpienie bohatera jest zaciśnięcie zębów, pięści i przeczekanie nieznośności dorastania? Twórcy rozkładają ręce, nie udzielając odpowiedzi. Choć przechodzili przez okres dorastania, wobec tego pytania pozostają bezradni, podobnie jak wielu widzów ich spektaklu.