Nr 8/2022 Na dłużej

Był dobrze ułożonym dzieckiem z szanowanej inteligenckiej rodziny, pilnym uczniem, obiecującym lekkoatletą i aktywistą organizacji młodzieżowych. Wróżono mu sukcesy w polityce lub sporcie, ale on wolał zostać jedną z najdzikszych bestii muzyki rozrywkowej – tarzającym się w szkle, krwawiącym wariatem z obsesją na punkcie narkotyków i seksu. Trudno uwierzyć, że Iggy Pop, który obchodzi właśnie 75. urodziny, dożył takiego wieku.

Wielkie nadzieje

James Newell Osterberg Junior urodził się 21 kwietnia 1947 roku jako jedyny potomek Louelli Christensen i Jamesa Newella Osterberga Seniora, nauczyciela języka angielskiego. Rodzina mieszkała w obozowisku przyczep kempingowych Coachville Gardens nieopodal miasteczka Ypsilanti w stanie Michigan. Chorego na astmę jedynaka rodzice otoczyli miłością – dbali o jego rozwój i rozpieszczali go. „Jedna rzecz, którą muszę powiedzieć, to jak bardzo mnie wspierali”[1] – przyznał po latach. Chłopiec nie sprawiał kłopotów wychowawczych. Jak rekapitulował Ron Asheton, kolega z dzieciństwa i przyszły współpracownik: „Był zwyczajnym dzieciakiem. Zadawał się ze szkolnymi gwiazdami, które nosiły spodnie chinosy, sweterki z kaszmiru i mokasyny. Iggy nie palił, nie ćpał, nie pił”[2]. Jedyna słabość, jaką wykazywał, dotyczyła leków na astmę: „To była efedryna. […] Czułem się po niej… wspaniale”[3].

Jako nastolatek Jim prowadził niezwykle aktywny tryb życia: pływał, biegał, grał w golfa i baseball, należał do szkolnego klubu dyskusyjnego, brał udział w studenckich obradach politycznych, uczęszczał na pozalekcyjne zajęcia z matematyki, angielskiego i historii, po lekcjach zaś pracował w sklepie płytowym Discount Records. Zdjęcia z tamtego okresu przedstawiają niewinnego blondyna o wielkich błękitnych oczach i ujmującym uśmiechu. W rzeczy samej, Osterberg Junior cechował się naturalnym wdziękiem, był dowcipny i pewny siebie, posługiwał się bogatym słownictwem wyniesionym z licznych lektur. Wiedział, jak oczarować rozmówcę i wyjść bez szwanku z każdej opresji. Wielu jego rówieśników było przekonanych, że ich charyzmatyczny kolega może kiedyś zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych. Pod koniec nauki w szkole średniej Jima określono mianem „najlepiej zapowiadającego się ucznia”.

Od polityki odciągnęła go jednak muzyka, szczególnie rock’n’roll w wydaniu Duane’a Eddy’ego i Chucka Berry’ego. Jeszcze w piątej klasie młody Osterberg zaczął grać na perkusji w szkolnej orkiestrze paradnej. Zanim rodzice kupili mu prawdziwe bębny, ćwiczył na prymitywnym zestawie złożonym z kawałków gąbki przyczepionych do sklejki. W szkole średniej występował w duecie z gitarzystą Jimem McLaughlinem, a kiedy do składu dokooptowano gitarzystę Nicka Kolokithasa, basistę Dona Swickeratha oraz saksofonistę Sama Swishera, powstał kwintet The Iguanas (to właśnie od jego nazwy pochodzi pseudonim Iggy). Przez pięć dni w tygodniu grupa grała w modnym miejscowym klubie Ponytail, a jej repertuar stanowiły głównie przeróbki utworów Beatlesów, Stonesów i The Kinks. W ramach The Iguanas dokonał się fonograficzny debiut Osterberga – był to winylowy singiel z piosenką „Mona” Bo Diddleya.

Inny niż wszystko

Kolejną kapelą, w której udzielał się przyszły Iggy Pop, był bluesowy band The Prime Movers – wprawdzie zespół nie zostawił po sobie żadnych profesjonalnych nagrań, lecz stanowił istotną szkołę grania i koncertowania dla początkującego artysty. W tym samym czasie Jim dostał się na antropologię na Uniwersytecie Michigan, ale zrezygnował ze studiów po drugim semestrze i za radą przyjaciela wyjechał do Chicago, aby zgłębiać tajniki muzyki bluesowej. Przez pewien okres występował jako perkusista w lokalnych klubach (m.in. u boku legendarnego Big Waltera Hortona) i podpatrywał bardziej doświadczonych muzyków. „Przyswoiłem sporo ich form wokalnych, a także ich zwrotów – zasłyszanych, przekręconych, nieumyślnie albo specjalnie – z bluesowych kawałków. Na przykład »I Wanna Be Your Dog« to moja przeróbka chyba »Baby, Please Don’t Go«”[4] – wspominał tamten okres w jednym z wywiadów.

Znudzony drugoplanową funkcją perkusisty grającego w knajpach do kotleta, Osterberg zapragnął powołać własną grupę i stanąć na jej czele jako śpiewający frontman. Skład nowego zespołu współtworzyli koledzy ze szkoły średniej: Dave Alexander (gitara basowa) oraz bracia Ashetonowie – Scott (perkusja) i Ron (gitara). „Ci goście byli najbardziej leniwymi i bezczelnymi gnojkami, jakich świat widział. Do cna zepsuci i rozpieszczeni przez swoje matki. Scotty Asheton był nieletnim przestępcą”[5] – opisywał Iggy. Nazwali się The Psychedelic Stooges, od ulubionego programu telewizyjnego Rona, slapstickowego serialu pod tytułem „The Three Stooges”. Inspiracje czerpali z dokonań Jimiego Hendrixa, Franka Zappy, The Sonics, The Doors i Rolling Stones. „Jim Morrison i Mick Jagger, oto, kim chciałem być. Prawdę mówiąc, to tak się rzucało w oczy, że powinni byli nazywać mnie Mick Morrison!”[6] – mówił później Pop.

Członkowie grupy zamieszkali razem w dużym drewnianym budynku znanym jako „Dom Uciech” i zaczęli prowadzić iście rock’n’rollowy tryb życia. Czas upływał im na braniu LSD, sprowadzaniu tabunów groupies i próbach. Pierwszy występ The Psychedelic Stooges odbył się w Halloween 1967 roku – nie w hali koncertowej czy klubie, lecz w prywatnym domu na terenie Detroit. Na domówce bawiła się też załoga popularnej grupy MC5; pomiędzy muzykami obydwu zespołów zawiązała się długotrwała przyjaźń. W marcu następnego roku grupa dała biletowany koncert w detroickiej sali Grande Ballroom. „Graliśmy długie kawałki instrumentalne, każdy, kto ich słuchał, czuł się jak zbity”[7] – opowiadał Iggy. Amerykański poeta i pisarz John Sinclair, który był wtedy na widowni, relacjonował: „To było coś tak kurewsko autentycznego, że trudno było w to uwierzyć. Iggy był inny niż wszystko, co do tej pory świat widział”[8].

Pięć sekund

Energetyczne występy The Psychedelic Stooges rychło poczęły obrastać legendą. W dużej mierze była to zasługa zachowania wokalisty. Zainspirowany zaczepnymi wygłupami Jima Morrisona Iggy prowokował publiczność. Z biegiem czasu stawał się coraz bardziej bezczelny, aby słuchacze – jak sam mówił – „mogli ze mnie zrobić Gościa, Którego Kochają Nienawidzić”[9]. W trakcie jednego z koncertów niespodziewanie pękły mu spodnie i widowni ukazał się jego penis. Reakcja ludzi zachęciła go do regularnego obnażania się na scenie, ale na tym bynajmniej nie poprzestawał. Rzucał się w tłum i pozwalał, by noszono go na rękach niczym greckiego bożka, wylewał sobie gorący wosk na brzuch, kaleczył ramiona ostrymi przedmiotami, tarzał się w rozbitym szkle, rzucał w publikę masłem orzechowym, defekował za głośnikami i wymiotował na nieszczęśników w pierwszych rzędach. Antagonizował publikę, doprowadzając rockowy spektakl do ekstremum.

Fama o zespole zaczęła docierać do łowców talentów zatrudnianych przez wytwórnie płytowe. Danny Fields z koncernu Elektra zamierzał podpisać kontrakt z MC5, ale był pod tak ogromnym wrażeniem The Psychedelic Stooges, że zawarł umowę również z nimi: „To była czysta forma. Kochałem ich brzmienie. Tak, jakby w końcu dotarł tu Beethoven albo Wagner. Byli solidni, nowocześni, niebluesowi. Jak wiele czasu zajęło mi zrozumienie, że mam przed sobą coś wyjątkowego? Pięć sekund”[10]. Wiosną 1969 roku Fields zarezerwował studio nagraniowe w nowojorskiej The Hit Factory i zatrudnił jako producenta Johna Cale’a, byłego członka słynnej formacji The Velvet Underground (która wywarła niemały wpływ na brzmienie grupy Iggy’ego). „Poszliśmy z Dannym Fieldsem na koncert MC5 w Detroit. The Stooges grali przed nimi jako support i z miejsca się nimi zachwyciłem”[11] – mówił później Cale.

Przystępując do nagrywania, zespół – już pod skróconą nazwą The Stooges – miał tylko trzy sfinalizowane piosenki: reszta powstała w pokoju hotelowym w ciągu zaledwie dwóch dni. Iggy był wielkim fanem Velvetów, ale nie wykazywał entuzjazmu wobec Cale’a, bo nie życzył sobie, żeby ktokolwiek wtrącał się w jego twórczość. Nie powinno zatem dziwić, że Cale – dla którego było to dopiero drugie zlecenie producenckie, wcześniej współpracował z Nico na płycie „The Marble Index” – nie potrafił znaleźć wspólnego języka z kwartetem. „Byłem kompletnie zielony w kwestii prowadzenia sesji nagraniowych, to było naprawdę trudne. Łapałem się na tym, że chcę być częścią zespołu”[12] – przyznawał. Iggy, Dave Alexander i bracia Ashetonowie nie byli zadowoleni z pracy Cale’a, w późniejszych latach zaś Pop wielokrotnie umniejszał jego wpływ na brzmienie debiutanckiej płyty zespołu zatytułowanej po prostu „The Stooges” (1969).

Rozpad pierwszy

To interesujące, że owa płyta w pewnym sensie podzieliła los starszego o dwa lata debiutu The Velvet Underground. Obydwa krążki rozminęły się bowiem ze swoją epoką – dla hipisów była to muzyka o zbyt ostrym brzmieniu i zanadto nihilistycznym przekazie, epoka zaś punk rocka, która w pełni doceni obie formacje i odda im należyty hołd, miała nadejść dopiero w połowie lat 70. Jednak w 1969 roku niewiele ponadpółgodzinna zawartość pierwszego krążka The Stooges, napędzana ognistym gitarowym hałasem, galopującą sekcją rytmiczną i wściekłymi wokalami, nie znalazła zbyt wielu sprzymierzeńców. Album zbierał fatalne recenzje i był komercyjną klęską, podobnie jak jego następca – „Fun House” (1970), nagrany w Los Angeles z nowym nabytkiem w szeregach zespołu, saksofonistą Steve’em Mackayem. Zawartość drugiej płyty miała odzwierciedlać brudne koncertowe wcielenie The Stooges, co udało się tylko częściowo.

Sesje nagraniowe do „Fun House” były błogim czasem nieustannych imprez w motelu Tropicana i łykania LSD przed wejściem do studia, ale ta beztroska miała również swoje mroczną stronę. Członkowie grupy wpadali w coraz silniejsze uzależnienie od środków odurzających. Zaczęli od palenia marihuany, potem przerzucili się na kokainę, aż w końcu sięgnęli po heroinę – zrazu wciąganą do nosa, a następnie aplikowaną już dożylnie. Po powrocie do Detroit lekkomyślny nawyk zaczął przybierać na sile, a Iggy podjął się nawet handlu narkotykami, żeby sfinansować rosnący nałóg. Podczas występu na festiwalu Goose Lake w sierpniu 1970 roku zamroczony alkoholem, trawą i depresantami Dave Alexander przeżył załamanie nerwowe i zapomniał, jak się gra. W konsekwencji Iggy wyrzucił go z zespołu. Rolę basisty przejął najpierw Zeke Zettner, a później Jimmy Recca; do grupy dołączył też drugi gitarzysta, James Williamson.

Pojawiły się kłopoty finansowe, bo płyty rozchodziły się słabo, a większość dochodu z koncertów The Stooges wydawali na narkotyki. Sława – jakkolwiek ograniczona jeszcze do stanu Michigan – zmieniła Iggy’ego. Wokalista stał się arogancki, chwiejny emocjonalnie i wrogo nastawiony do otoczenia, toteż ostrożni dziennikarze unikali kontaktu z nieobliczalnym artystą („Kiedy nagrałem »Fun House« w 1970 roku, nikt nie chciał przeprowadzać ze mną wywiadów. To było cudowne”[13] – żartował). Coraz częściej kontrolę nad Jimem Osterbergiem przejmowało jego groźne i wulgarne alter ego, Iggy Pop. Przez długi czas była to tylko poza, ale w końcu zatarła się linia dzieląca wystudiowany wizerunek od prawdziwego „ja” i nie sposób było już oddzielić gry od realnego życia. W ten sposób nie dało się dłużej funkcjonować – latem 1971 roku The Stooges oficjalnie zakończyli działalność. Był to pierwszy z trzech rozpadów grupy.

Rozpad drugi

Dwa miesiące później Iggy poznał Davida Bowiego, który namówił go do nawiązania współpracy z firmą menedżerską Main Man, kierowaną przez Tony’ego Defriesa, rzutkiego biznesmena z licznymi kontaktami w branży. W następstwie kontraktu z Main Manem Pop podpisał umowę z wytwórnią Columbia Records i w marcu 1972 roku znalazł się w Londynie w celu nagrania albumu. Towarzyszył mu James Williamson, a resztę zespołu towarzyszącego zamierzano zmontować na miejscu, rekrutując lokalnych sidemanów. Po przesłuchaniu dziesiątek muzyków sesyjnych podjęto decyzję o sprowadzeniu do Anglii braci Ashetonów. Ponieważ na gitarze grał już Williamson, Ron Asheton niechętnie chwycił za gitarę basową. W ten sposób doszło do reaktywacji The Stooges. Wyprodukowaną przez Bowiego płytę zatytułowano „Raw Power” (1973) i firmowano nazwą Iggy & The Stooges, jednak spotkała się ona z nieprzychylnym odbiorem.

Tournée rozpoczęte w lutym 1973 roku miało poprawić sytuację zespołu, ale i to przedsięwzięcie zakończyło się porażką. Do podstawowego składu dołączył klawiszowiec Scott Thurston, a na jednym z występów na scenie pojawił się… Elton John w kostiumie goryla. Ostatni koncert tego wcielenia The Stooges odbył się 9 lutego 1974 roku w The Michigan Palace w Detroit. Doszło do awantury i bójki z obecnymi na sali motocyklistami – w ruch poszły kufle, kamienie, noże, paski i buty. Najbardziej ucierpiał stojący na pierwszej linii frontu Iggy, dotkliwie pobity przez jednego z członków motocyklowego gangu. Zapisem tego niesławnego wieczoru jest koncertowy album „Metallic K.O.” (1976). Kiedy do włodarzy Columbia Records w końcu dotarło, że zespół jest jak piec, w którym pali się pieniędzmi, natychmiast zerwali umowę z Iggym. Tak oto niespełna kilka tygodni po ostatnim występie The Stooges rozpadli się po raz drugi.

„Chciałem, żeby muzyka wychodząca z głośników chwytała słuchacza za gardło, waliła jego głową o ścianę i po prostu go zabijała. Tego właśnie chciałem. I czułem, że to, co robię, to jeszcze nie to”[14] – wspominał Pop okres nagrywania „Raw Power”. Po raz kolejny pozbawiony zespołu i stałego źródła dochodu, zaczął współpracować z Rayem Manzarkiem. Miał nadzieję, że niegdysiejszy klawiszowiec The Doors wyprodukuje jego solowy debiut i w ten sposób wyciągnie go z kryzysu. Stan psychiczny Iggy’ego był wówczas na tyle poważny, że kooperacja nie rozwinęła się ponad kilka niezobowiązujących jamów. Okoliczności spotkania tej dwójki były znamienne: Manzarek wyciągnął Popa z aresztu po tym, jak zatrzymano go za paradowanie po ulicy w sukience. „Poprzeczka mojego szaleństwa była wówczas zawieszona tak wysoko, że nic nie brzmiało wystarczająco »pojechanie« – nigdy”[15] – tłumaczył Iggy.

fot. Tom Copi

Miasto widmo

W 1975 roku James Osterberg Junior – kiedyś „najlepiej zapowiadający się uczeń” szkoły średniej w Ann Arbor – był ciężko uzależnionym od heroiny bankrutem, błąkającym się po ulicach Los Angeles w poszukiwaniu noclegu i narkotyków. Pomieszkiwał z prostytutkami i żebrał o drobne, aż pewnego dnia aresztowano go w barze szybkiej obsługi, gdzie śliniąc się i wykonując agresywne gesty, groził innym klientom. Postawiono go przed wyborem: więzienna cela albo odział zamknięty w szpitalu psychiatrycznym. Wybrał tę drugą opcję i wylądował w Instytucie Neuropsychiatrii w Los Angeles. Zdiagnozowano u niego politoksykomanię oraz zaburzenia maniakalno-depresyjne z naprzemiennymi epizodami euforii i depresji. Co ciekawe, podczas przepustek Iggy zarejestrował album „Kill City” (1977) z Jamesem Williamsonem. Kiedy musiał nagrać partie wokalne, gitarzysta przyjeżdżał po niego do szpitala, a po pracy odwoził go z powrotem.

Prawdziwym ratunkiem okazała się jednak przyjaźń z Davidem Bowiem, który regularnie odwiedzał Popa w szpitalu (pierwszy raz pojawił się tam z aktorem Deanem Stockwellem i workiem kokainy) – po zakończonym leczeniu zabrał go w trasę koncertową po Ameryce, a następnie zaproponował wspólną przeprowadzkę do Europy. Nie mając nic do stracenia i chcąc zerwać z toksycznym środowiskiem Los Angeles, Iggy bez wahania przystał na ten pomysł. Bowie był przekonany o wielkim, niezrealizowanym potencjale drzemiącym w amerykańskim przyjacielu. Chcąc przywrócić życie jego zrujnowanej karierze, zmobilizował go do pisania tekstów i zaoferował, że wyprodukuje jego pierwszą solową płytę. Duet wybrał się na wycieczkę do Moskwy, później spędził pewien czas we Francji i w Szwajcarii, by ostatecznie osiąść w Berlinie Zachodnim. „Berlin był miastem widmem, ze wszystkimi zaletami takiego miejsca”[16] – zachwycał się Iggy.

Artyści zamieszkali razem w przestronnym siedmiopokojowym apartamencie w XIX-wiecznej kamienicy przy Hauptstrasse 155, usytuowanej na terenie dzielnicy Schöneberg w południowo-zachodnim Berlinie (w mieszkaniu zainstalowała się również asystentka Bowiego, Coco Schwab, oraz jego pięcioletni syn; później Iggy przeniósł się do osobnego lokum w tym samym budynku). Berlin sprzyjał anonimowości oraz obcowaniu z kulturą, sztuką i rozrywką, więc Pop godzinami spacerował po mieście, odwiedzał muzea, galerie sztuki i dyskoteki. Żywił się głównie niemieckimi kiełbaskami i czerwonym winem. Stronił od heroiny, choć nadal regularnie palił haszysz i wciągał kokainę. Związał się z niejaką Esther i żył w prosty, zorganizowany sposób, którego finansowe ramy wyznaczało 10 marek niemieckich dziennie, zapewnianych przez Bowiego. „Byłem chyba szczęśliwszy niż kiedykolwiek”[17] – wyznał po latach z nostalgią.

Żądza życia

Twórcza relacja Iggy’ego Popa i Davida Bowiego zaowocowała płytami, które „radykalnie zmieniły nie tylko styl twórczości obydwu artystów, ale i muzyczny krajobraz całej następnej dekady”[18]. W czerwcu 1976 roku przyjaciele zameldowali się w podparyskim studiu nagraniowym Château d’Hérouville, gdzie rozpoczęli pracę nad solowym debiutem Iggy’ego – płytą „The Idiot” (1977), zatytułowaną w klarownym hołdzie dla Dostojewskiego. Pop napisał i zaśpiewał wszystkie teksty, podczas gdy Bowie stworzył większość muzyki, zagrał na klawiszach, syntezatorach, gitarze, pianinie, saksofonie i ksylofonie, udzielał się w chórkach i wyprodukował całość. „Podrzucał mi same znakomite pomysły, a ja je wszystkie łapałem”[19] – mówił Iggy o Davidzie. Kilka tygodni później album był gotowy, ale jego wydanie przesunęło się na następny rok, bo Pop nie był związany z żadną wytwórnią i dopiero dzięki Bowiemu zdobył kontrakt z firmą RCA.

Duszna, introspekcyjna atmosfera „The Idiot” zaskoczyła fanów artysty, którzy prawdopodobnie spodziewali się gęstego gitarowego zgiełku i pokrzykiwania spod znaku The Stooges, a tymczasem otrzymali coś w rodzaju surowego skrzyżowania mechanicznych rytmów Kraftwerk i funkowych wibracji Jamesa Browna. Szalenie istotnym elementem muzyki były także producenckie eksperymenty Bowiego, który rozwinął nowatorskie pomysły na swoim albumie „Low”, nagranym w tym samym okresie i w podobnym składzie („Biedny Jim w pewnym sensie został królikiem doświadczalnym w kwestii tego, co chciałem zrobić z dźwiękiem”[20] – przyznawał twórca Ziggy’ego Stardusta). „The Idiot” cieszył się przyzwoitymi recenzjami i dobrymi wynikami sprzedaży, zapewniając Iggy’emu sukces, jakiego nie przyniosły mu wszystkie albumy The Stooges razem wzięte. Było to artystyczne zmartwychwstanie.

O ile „The Idiot” powstał pod auspicjami Bowiego, to kolejny album – nagrany w Berlinie i okraszony wymownym tytułem „Lust for Life” (1977) – stanowił deklarację niepodległości. Mimo że Bowie znów pełnił funkcję producenta i współautora muzyki, płyta była bliższa rock’n’rollowemu stylowi Iggy’ego. Jej zawartość to wyraz afirmacji życia, optymizmu i niezachwianej wiary w siebie. Album przepadł jednak w zestawieniach na skutek niefortunnego przypadku. Oto bowiem trzy tygodnie przed premierą zmarł nagle Elvis Presley. Tłocznie wytwórni RCA zaprzęgnięto do produkcji wznowień krążków Króla, aby nadążyć za popytem na jego dawne dokonania. Kiedy więc pierwszy nakład „Lust for Life” uległ wyczerpaniu, a drugi został wstrzymany, płyta po prostu zniknęła ze sklepowych półek. Na domiar złego podczas konferencji prasowej sfrustrowany Iggy oznajmił, że jest nowym Elvisem, i oddał mocz do kosza na śmieci.

Ojciec chrzestny

Kasowa porażka płyty była dla Iggy’ego przykrą niespodzianką („Kiedy nagrałem album »Lust for Life« naprawdę myślałem, że Ameryka będzie się bujać przy tym skurwielu”[21] – komentował) i kosztowała go utratę umowy z RCA. Po powrocie do Ameryki zrealizował albumy „New Values” (1979), „Soldier” (1980), „Party” (1981) i „Zombie Birdhouse” (1982). Ich odbiór wahał się od umiarkowanego entuzjazmu po kompletną negację, nie były też triumfem z komercyjnego punktu widzenia. Znacznie większym powodzeniem cieszyły się liczne koncerty, dzięki którym artysta budował sobie zastępy nowych wielbicieli. Co więcej, pod koniec lat 70. do głosu dochodziło młode pokolenie muzycznych partyzantów, wychowanych między innymi na The Stooges i uznających ich frontmana za jednego z czołowych architektów muzycznego krajobrazu tamtych czasów. To właśnie wtedy Popa nazwano „ojcem chrzestnym punk rocka”.

Jednocześnie pogłębiały się jego problemy psychiczne związane z uzależnieniem od kokainy i alkoholu. Po powrocie z wycieczki na Haiti – która z niewinnego urlopu przemieniła się w niebezpieczną przygodę z kapłanami voodoo i haitańskimi szwadronami śmierci – samopoczucie artysty ulegało postępującej deterioracji. Pop ponownie trafił do szpitala psychiatrycznego na kurację odwykową połączoną z psychoanalizą. Postanowił zapanować nad autodestrukcyjnymi skłonnościami i folgować sobie tylko od święta. Zamieszkał w Nowym Jorku, ożenił się z japońską stylistką Suchi Asano, opublikował autobiografię „I Need More” i zapisał się na kurs aktorstwa. W kolejnych latach zagrał epizody w filmach „Sid i Nancy” Alexa Coxa (1986), „Kolor pieniędzy” Martina Scorsese (1986), „Beksa” Johna Watersa (1990) oraz w obrazach Jima Jarmuscha: „Kawa i papierosy” (1993), „Truposz” (1995) i „Truposze nie umierają” (2019); z kolei w filmie „To Stay Alive: A Method” (polski tytuł: „Przeżyć: metoda Houellebecqa”) (2016) zagrał główną rolę.

Palącą kwestię nadal stanowiły finanse, albowiem jedynym źródłem nieregularnego dochodu były wówczas koncerty. Budżet został częściowo zreperowany dzięki zaległym honorariom autorskim za „No Fun” The Stooges w wykonaniu Sex Pistols i solowy utwór „Nightclubbing” w interpretacji Grace Jones, ale było to doraźne wsparcie. I znów z odsieczą przybył Bowie. W 1983 roku jego ugrzeczniona wersja „China Girl”, posępnej piosenki z „The Idiot”, stała się międzynarodowym przebojem, zapewniając autorowi wysokie tantiemy. Rok później Bowie – już jako megagwiazda – wylansował „Tonight”, inny utwór z tej samej płyty, na kolejny wielki hit. Podjął się również produkcji następnego albumu swego przyjaciela, „Blah-Blah-Blah” (1986). Był to Iggy Pop w wersji pop i być może takie lekkie oblicze zawiodło starych punkowców, ale płyta stała się bestsellerem, tak bardzo wyczekiwanym przez długo niedocenianego artystę.

Rozpad ostatni

Następne płyty – „Instinct” (1988), „Brick By Brick” (1990), „American Ceasar” (1993), „Naughty Little Doggie” (1996), „Avenue B” (1999) i „Beat ’Em Up” (2001) – były na przemian fetowane lub krytykowane, co powoli stawało się już stałą tendencją w zawiłej karierze Iggy’ego. W połowie lat 90. artysta dość nieoczekiwanie osiągnął nową sławę dzięki filmowi „Trainspotting” Danny’ego Boyle’a (1996) na motywach powieści Irvine’a Welsha. Głośny obraz rozpoczynał się sekwencją ulicznego pościgu do akompaniamentu „Lust for Life”, w innej scenie wykorzystano „Nightclubbing”, bohaterowie filmu zaś kilka razy rozmawiają o Iggym Popie (jedna z postaci przekręca pseudonim i wychodzi jej „Ziggy Pop”). Wznowiony singiel „Lust for Life” doczekał się wideoklipu regularnie emitowanego w MTV i ostatecznie trafił do pierwszej trzydziestki brytyjskiej listy przebojów – niemal dwie dekady po tym, jak został nagrany.

Przeszłość kolejny raz miała się upomnieć o Iggy’ego, gdy na płycie „Skull Ring” (2003) pojawili się dawni koledzy z The Stooges: bracia Ron i Scott Ashetonowie. Jeszcze w tym samym roku doszło do hucznej reaktywacji zespołu, który zaczął grać wyprzedawane na pniu koncerty i wydał pierwszy od ponad trzydziestu lat album studyjny – „Weirdness” (2007). Kiedy w 2009 roku Ron Asheton umarł na serce, jego miejsce zajął – tak jak przed laty – James Williamson. Do drużyny dołączył również Steve Mackay i w takim składzie zrealizowano ostatnią płytę The Stooges, „Ready To Die” (2013). Po śmierci Mackaya i Scotta Ashetona grupa rozpadła się po raz trzeci i zarazem ostatni. „Byliśmy pełnym wyrazu, superciężkim, nabuzowanym, pełnym paliwa zespołem rockowym, którego nikt nie mógł tknąć”[22] – podsumował Iggy. W 2016 roku Jim Jarmusch wyreżyserował dokumentalny film „Gimme Danger” o The Stooges.

Tymczasem Iggy Pop cały czas koncertował, występował w filmach, brał udział w kampaniach społecznych i publikował płyty solowe, na których coraz dalej odchodził od punkowej stylistyki. „Préliminaires” (2009) to wyraz fascynacji europejskim popem, francuskimi chansons, nowoorleańskim jazzem i powieścią „Możliwość wyspy” Michela Houellebecqa. Na krążek „Après” (2012) trafiły przeróbki piosenek Serge’a Gainsbourga, Édith Piaf i Franka Sinatry. Nagrany z członkami zespołów Queens of the Stone Age i Arctic Monkeys album „Post Pop Depression” (2016) nawiązywał do berlińskich poszukiwań z Davidem Bowiem, a „Free” (2019) zaskakiwał konwencją z pogranicza ambientu i jazzu. Zupełnie wyjątkową pozycją w dyskografii Popa jest album „Leaves of Grass” (2016) wespół z Alva Noto i Tarwater, na którym artysta recytuje poezję Walta Whitmana na tle hipnotycznych elektroakustycznych dźwięków.

Kult wciąż żywy

James Newell Osterberg Junior to obecnie pan Pop – stateczny senior, który po dwóch rozwodach odnalazł spokojną przystań u boku trzeciej małżonki, Niny. Tylko jego poorana bruzdami twarz, blizny na klatce piersiowej oraz dzikie spojrzenie błękitnych oczu zdradzają doświadczenie dionizyjskiego szaleństwa minionych dni. Nawet jeśli długo był przekonany o swojej kiepskiej reputacji („Coś pomiędzy Andym Kaufmanem a seryjnym mordercą”[23]), to wiele mu wybaczono, zupełnie jak za czasów szkolnych, kiedy potrafił wykpić się urokiem osobistym. Jego opinii nie zdołały zszargać alkoholowo-narkotykowe ekscesy, dyskusyjne wybory artystyczne, symulowana kopulacja z pluszowym misiem w telewizyjnym programie dla dzieci, promocja nikotyny wśród młodzieży podczas trasy sponsorowanej przez koncern tytoniowy, niełatwe relacje z jedynym synem, niepohamowany promiskuityzm ani słabość do nieletnich dziewcząt.

Pop wielokrotnie sabotował swoją karierę, ale nawet w najgorszych momentach nie był w stanie przekreślić swoich zasług dla popkultury – i to od samego początku. Brutalny atak dźwiękowy w wykonaniu The Stooges o kilka lat wyprzedził i jednocześnie zainicjował ruch punkowy. Czerpali zeń wszyscy, którzy mieli później stanąć na czele pokoleniowej rewolty: od Ramones i Sex Pistols aż po Buzzcocks i The Damned. Oddziaływanie zespołu zatoczyło o wiele szersze kręgi, zahaczając również o Suicide, Bauhaus, Siouxsie and the Banshees, Magazine, The Birthday Party, Nine Inch Nails, Jane’s Addiction, The White Stripes, Nirvanę (Kurt Cobain uważał „Raw Power” za najlepszy album wszech czasów) i wiele innych współczesnych zespołów; jak słusznie zauważył krytyk Jon Savage, „kult The Stooges jest wciąż żywy”[24]. Nawet wielki jazzman Miles Davis uległ czarowi detroickiej formacji: „The Stooges to oryginały, mają w sobie ducha”[25].

Solowa ścieżka Popa – szczególnie jej wczesny etap – okazała się równie wpływowa. Dwie płyty nagrane z Davidem Bowiem (który wcześniej oparł wymyśloną przez siebie postać Ziggy’ego Stardusta częściowo na Iggym), wydane w apogeum punkowej gorączki, zdecydowanie wyprzedziły swój czas, antycypując brzmienie post-punka. Ogromną inspirację stanowiły zwłaszcza dla członków grupy Joy Division, która w dużej mierze zbudowała swoje charakterystyczne brzmienie na kanwie przytłaczającej aury albumu „The Idiot”; również w głosie Iana Curtisa było wyraźnie słychać wokalną manierę Popa. Nawiasem mówiąc, udręczony depresją i epilepsją wokalista odebrał sobie życie po wysłuchaniu tej właśnie płyty – kiedy odnaleziono jego ciało, winyl nadal kręcił się na talerzu gramofonu[26]. Jak jednak dowcipnie skwitował Peter Hook, basista Joy Division i przyjaciel Curtisa: „Nie sądzę, by Iggy’emu należała się za to kara”[27].

* * *

Podczas szczerej rozmowy z biografem Paulem Trynką Iggy Pop zdobył się na zaskakująco skromne wyznanie: „Nikt nie zasługuje na takie uznanie, jakim się mnie otacza. […] Dla mnie wszystko skończyło się naprawdę dobrze. Zatoczyłem ładny krąg. […] Uważam się za szczęściarza, naprawdę. Kto inny na moim miejscu, w moim wieku, jakkolwiek to nazwiesz, może powiedzieć, że doznał takiego wniebowstąpienia?”[28].

 


Przypisy:
[1]      P. Trynka, Iggy Pop – Open Up and Bleed. Upadki, wzloty i odloty legendarnego punkowca, tłum. M. Tumidajewicz, Ł. Kuśnierz, A. Machura, Kraków 2012, s. 398.
[2]      L. McNeil, G. McCain, Please kill me. Punkowa historia punka, tłum. A. Wojtasik, Wołowiec 2018, s. 53.
[3]      P. Trynka, Iggy Pop – Open Up…, op. cit., s. 26.
[4]      L. McNeil, G. McCain, Please kill me…, op. cit., s. 59.
[5]      Ibidem, s. 52.
[6]      P. Trynka, Iggy Pop – Open Up…, op. cit., s. 94.
[7]      Ibidem, s. 87.
[8]      L. McNeil, G. McCain, Please kill me…, op. cit., s. 62–63.
[9]      P. Trynka, Iggy Pop – Open Up…, op. cit., s. 98.
[10]   Ibidem, s. 107.
[11]   L. McNeil, G. McCain, Please kill me…, op. cit., s. 88.
[12]   P. Trynka, Iggy Pop – Open Up…, op. cit., s. 119.
[13]   R. Dimery (red.), 1001 albumów muzycznych. Historia muzyki rozrywkowej, tłum. M. Bugajska, J. Topolska i J. Wiśniowski, Poznań 2017, s. 214.
[14]   L. McNeil, G. McCain, Please kill me…, op. cit., s. 216.
[15]   P. Trynka, Iggy Pop – Open Up…, op. cit., s. 180.
[16]   L. McNeil, G. McCain, Please kill me…, op. cit., s. 385.
[17]   P. Trynka, Iggy Pop – Open Up…, op. cit., s. 282.
[18]   Ibidem, s. 268.
[19]   Ibidem, s. 279.
[20]   H. Wilcken, David Bowie’s Low (33 1/3), New York City 2005, s. 44.
[21]   R. Dimery (red.), 1001 albumów…, op. cit., s. 392.
[22]   Ibidem, s. 310.
[23]  P. Trynka, Iggy Pop – Open Up…, op. cit., s. 386.
[24]   J. Savage, Historia punk rocka. England’s Dreaming, tłum. M. Marciniak, Warszawa 2013, s. 640.
[25]   L. McNeil, G. McCain, Please kill me…, op. cit., s. 103.
[26]   Zob. D. Curtis, Joy Division i Ian Curtis. Przejmujący z oddali, tłum. K. Obłucki, Warszawa 2008, s. 219.
[27]   P. Trynka, Iggy Pop – Open Up…, op. cit., s. 296.
[28]   Ibidem, s. 419–421.