Nr 15/2021 Na teraz

Odsłuchy września

Mateusz Witkowski
Cykl Muzyka

Za nami astronomiczne przejście lata w jesień, wszyscy potrzebujemy więc wsparcia. Takowego dostarczają The War On Drugs, Lindsey Buckingham i Young Leosia. Takowego nie dostarcza Nocny Kochanek. Zapraszam do wrześniowych Odsłuchów!

 

Young Leosia
Hulanki (EP)
Internaziomale

Spodziewacie się chłosty? Nic z tych rzeczy.

No, chyba że mówimy o chłoście na stachurską modłę. Debiutancka EP-ka Young Leosi – tancerki, didżejki, realizatorki dźwięku, a od niedawna również wokalistki – to zbiór siedmiu bezpretensjonalnych, hip-house’owych i reggaetonowych bangerków, które nadchodzącej zimy niejednemu i niejednej z nas uratują życie. „Hulanki” nie przynoszą rzecz jasna większych zaskoczeń: szczecinianka kontynuuje schemat znany z platynowych „Szklanek”, w myśl zasady, że zwycięskiego składu się nie zmienia. Wciąż brzmi nieco infantylnie (nie chodzi tu tylko o barwę głosu, ale i o mityczny PRZEKAZ), wciąż zdarza się jej przegrać w wyścigu z bitem, ale też wciąż ma w sobie sporo niewymuszonego uroku. Stary dziad we mnie mówi: szkoda jednak, że kierunek EP-ki wyznaczają „Szklanki”, a nie świetne „Wyspy”, przeoczone w momencie premiery przez szeroką publiczność. Oraz że siedem utworów, w tym trzy znane wcześniej single i cztery nowe kawałki niewnoszące nic pod względem stylistycznym, to trochę mało, nieprawdaż? Młodszy dziad we mnie mówi: hej, to muzyka do tańca, kierowana do młodszych i starszych dzieciaków – i jako taka sprawdza się znakomicie.

Pytanie jednak, czy kolejny ruch Young Leosi czymkolwiek nas zaskoczy. To może jednak będzie płyta w stylu „Wysp”? Bardzo proszę!

 

The War On Drugs
I Don’t Live Here Anymore ft. Lucius (singiel)
Atlantic

Może jestem naiwny, ale nowy singiel The War On Drugs zwyczajnie mnie „podnosi”.

Kto słuchał choć raz zespołu Adama Granduciela, ten dobrze wie, w co tu się gra i jakim artystom składa się hołd lenny (wiecie, że syn frontmana ma na imię Bruce?). Nie inaczej jest z „I Don’t Live Here Anymore”: pogłosy, syntezatorowe wypełniacze, brzmienie werbla, słowem: ejtisowy arena rock w pełnej krasie. Czyli co, świat się skończył, a my tańczymy na retronostalgicznych zgliszczach? Tu właśnie zaczyna robić się ciekawie – tytułowa deklaracja ma niewiele wspólnego z rozpaczą, frustracją czy zamiłowaniem do rozdrapywania starych ran. Przeciwnie, Granduciel emuluje charakterystyczne elementy wspomnianej estetyki i umieszcza je w obrębie znakomitej, nośnej piosenki, która wzywa nas do odwagi i śmiałości w stawianiu czoła przeciwnościom losu. Stawką jest przyszłość, a nie przeszłość.

Całość wieńczą słowa „We’re all just walking through this darkness on our own” – to niełatwy optymizm, ale warto się z nim zmierzyć.

 

Nocny Kochanek
Stosunki międzynarodowe
Nocny Kochanek

Nie jestem jakiś specjalnie pruderyjny, ALE […].

Kojarzycie taką sytuację, w której wraz ze znajomymi wymyślacie żart, śmiejecie się z niego przez półtorej minuty i zaczynacie żyć dalej? Wyobraźcie sobie, że Nocny Kochanek zrobił z tego całą płytę. „Stosunki międzynarodowe” (hehe, stosunki, łapiecie?) to zbiór dziewięciu coverów metalowej i rockowej klasyki, nagranej oryginalnie w języku angielskim. Każdy z utworów został celowo przetłumaczony na polski w możliwie dosłowny sposób. Mamy więc „Liźnij to” („Lick it up” KISS), „Piorun” („Thunderstruck” AC/DC), „Turbo kochanka” („Turbo Lover” Judas Priest) i inne. Wszystkie utwory opowiadają o seksie (hehe, stosunki, łapiecie?), bo wtedy jest najśmieszniej. Słowem: koszary welcome to. Nocny Kochanek odsłania przed nami następujące, skrywane od lat 50. tajemnice: wiele rockowych kawałków dotyczy miłości fizycznej, a angielskie teksty nie zawsze należą do najmądrzejszych. Kto by pomyślał?! Właściwie nie wiem, co mógłbym jeszcze o „Stosunkach…” (hehe, stos… dobra, dość) powiedzieć – może tyle, że panowie potrafią grać (aranżacje są jednak przy tym bardzo wierne oryginałom), a wokalista Krzysztof Sokołowski dysponuje naprawdę mocnym wokalem? Ale to również wiedzieliśmy już wcześniej.

Fart zespołu polega na tym, że Polska jest nie tylko krajem poetów, ale i studentów oraz tatuśków oglądających rodzime kabarety. Nocny Kochanek na pewno nie wyjdzie na swoim kilkudziesięciominutowym żarcie najgorzej.

 

Lindsey Buckingham
Lindsey Buckingham
Buckingham Records

Nie ukrywam, że stresuje mnie sięganie po nowe (a zarazem późne) płyty moich bohaterów. Na szczęście Lindsey Buckingham „dostarcza”.

Słuchaczy Fleetwood Mac nie trzeba chyba przekonywać, że zespół ten jak żaden inny potrafi przekuć życiowe porażki i problemy (z rozstaniami na czele) w wybitne piosenkopisarstwo. Przypomnijmy, że w ostatnich latach nasz bohater został wyrzucony z zespołu przez Stevie Nicks (sama artystka zaprzecza), mierzył się z chorobą serca i rozwiódł się z żoną, z którą był związany przez dwadzieścia lat. Jak możemy podejrzewać, wszystkie te wydarzenia znalazły swoje odbicie na pierwszej od dekady solówce. Podsumujmy: Lindsey Buckingham wydał w Buckingham Records płytę „Lindsey Buckingham”, na której śpiewa i gra Lindsey Buckingham, a którą produkuje (nie zgadniecie) Lindsey Buckingham. Artysta robi to, co potrafi najlepiej: gra swój buckinghamowy pop pełen zharmonizowanych wielogłosów, migoczących partii gitar, zgrabnych melodii i chwytliwych refrenów (np. „Santa Rosa”). Choć skojarzenia ze wspomnianą formacją są nieuchronne, to czy można oskarżać kogoś, kto posługuje się tak wyrazistym idiomem, o bycie retro? Wymowny jest zresztą fakt, że gdy tylko Buckingham stara się udowodnić, że idzie z duchem czasu, powija mu się noga – syntetyczny, jungle’owy podkład ze „Swan Song” wydaje się nieco groteskowy.

Wobec braku szans na powrót Fleetwood Mac w wiadomo-jakim-składzie cieszmy się tym, co mamy. Zresztą w tym przypadku naprawdę są powody do radości.