Nr 11/2021 Na teraz

Odsłuchy lipca

Mateusz Witkowski
Muzyka Cykl

Po raz kolejny zróbmy to jak Rudi Schubert w „Śpiewających fortepianach”: lipiec, a więc słońce, lato, a jeśli lato, to przyroda, kwiaty, róże na przykład, a jak kwiaty, to insekty, muchy i inne owady, czyli las, las, ognisko, chłopaki i dziewczyny grający na gitarach. Zapraszam więc do słuchania wraz z Courtney Barnett, Soccer Mommy, zespołami Muchy i Róża oraz Yves’em Tumorem.

 

Róża
Człowiek-pies (singiel)
Asfalt Records

Skoro mamy do czynienia z grupą niezalowo-alternatywną, porozmawiajmy chwilę o alternatywnych światach.

Otóż: w którejś z wielu równoległych rzeczywistości wiadomość o powstaniu takiego zespołu jak ten, zelektryzowałaby publiczność i media. Nadużywano by z rozkoszą niewiele znaczącego terminu „supergrupa” (Różę tworzą Małgorzata Penkalla z Enchanted Hunters, Szymon Lechowicz znany z Sorji Morji i Kamil Hordyniec z Wilgi), fetowano, mieliło do znudzenia (chociaż: czy w tym przypadku znudzenie jest w ogóle możliwe?) w radiu, okraszało grubą kasą. Takie kompozycje po prostu na to zasługują. Trafiliśmy jednak do innego z wielu możliwych światów, w którym „Człowiek-pies” dalej jest numerem zahaczającym o wybitność – durowym, tak naprawdę bardzo smutnym; odsyłającym w stronę polskiego przemysłu synthowego z późnego PRL-u, ale mimo to świeżym. Z niby niezobowiązującym, a tak naprawdę okrutnie mądrym i przejmującym tekstem oraz z być może najpiękniejszym pod względem melodycznym i harmonicznym „kocham cię” w historii rodzimej muzyki rozrywkowej.

Parafrazując Krzysztofa Jasińskiego: kochajcie polski niezal i alternatywę, słuchajcie, lajkujcie, dawajcie znać znajomym. Trwa naprawdę wspaniałe pod względem singlowym polskie lato.

 

Yves Tumor
The Asymptotical World (EP)
Warp Records

W świecie Yves’a Tumora z gatunkami muzycznymi jest tak, jak z sowami w Twin Peaks. Tyle tylko, że o tym wiedzieliśmy już wcześniej.

Początek wydaje się dość zaskakujący, a to ze względu na nieoczywistość przechwytywanych wzorców. Singlowa „Jackie” to amalgamat z gotycyzującego alternatywnego rocka przetykanego industrialem i emo, rzecz doskonale millenijna. Sam fakt wzięcia się za bary z nie do końca wykorzystaną konwencją może robić wrażenie, gorzej jest jednak z poszczególnymi składowymi utworu – nie sądziłem, że kiedykolwiek będę zmuszony porównać Tumora do zespołu The Rasmus, ale zwrotka „Jackie” każe sięgnąć po najcięższe działa. Na tym w ogóle polega problem z najnowszą epką Amerykanina: mnóstwo tu mrugnięć i nawiązań „dla kumatych”, w ślad za nimi nie zawsze idzie jednak jakość kompozycji: tak jest na przykład z „Katriną”, z lo-fi introdukcją, która przeradza się w zwrotkę à la Mark Hoppus (sic!), czy z chłodnofalowym „Secrecy Is Incredibly Important to The Both of Them”. Całość sprawia wrażenie przerzuconego post factum pomostu pomiędzy „Safe in the Hands of Love” i „Heaven to a Tortured Mind”, a zarazem szkicownika, który ma pomóc Tumorowi wytyczyć nowy kierunek. Ponad wszystko jednak: to nie do końca przemyślana manifestacja siły i kompozytorskiej omnipotencji, która tak naprawdę nie znajduje na „The Asymptotical World” urzeczywistnienia.

Nie zrozummy się źle: nie są to złe utwory; to utwory średnie. Ale w przypadku takich artystów jak Yves Tumor poprzeczka jest zawieszona nieco wyżej.

 

Courtney Barnett
Rae Street (singiel)
Marathon Artists

Soccer Mommy
rom com 2004 (singiel)
Loma Vista Recordings

Dwie wierne i zdolne uczennice Liz Phair wróciły w ubiegłym miesiącu z nowymi singlami.

Singlami, dodajmy, zupełnie odmiennymi, jak i odmienny jest sposób, w który obie korzystają z twórczości wspomnianej artystki. Soccer Mommy nie ustaje w próbach przeniesienia nostalgii na nowy poziom, co raczej nie zdziwi nikogo, kto sięgnął po jej ostatni album „color theory”. Choć recenzenci wspominają w kontekście „rom com 2004” o najntisowym indie, nie mniej istotny jest tu milenijny pop-rock – cała ta słodycz została jednak odpowiednio zaburzona i zglitchowana, nie pozostawiając żadnych złudzeń, że pewne powroty są już po prostu niemożliwe (możliwe jest za to napisanie pięknego refrenu z olśniewającymi harmoniami). Co do Courtney Barnett: wiemy nie od dziś, że poza pisaniem błyskotliwych rockerów, doskonale sprawdza się też w folkującej, typowo singer-songwriterskiej odsłonie: „Rae Street” to rozciągnięta, dylanowska narracja, niemalże komentarz społeczny, niepozbawiony jednak chłodnego poczucia humoru, za które łatwo pokochać Barnett.

Wygląda na to, że w obozach obu artystek nie zanosi się na rewolucję – niewątpliwie jednak obie są w wysokie formie.

 

Muchy
Szaróżowe
Kayax

Kiedyś to były czasy – oto na scenie pojawił się zespół, który godził gusta porcysowo-screenagersowskich rozkminiaczy i akolitów Piotra Stelmacha. Dzisiaj już nie ma czasów.

Wiedzą o tym same Muchy, wszak „Lato 2010” to tak naprawdę utwór o tym, że „już nigdy nie będzie takiego lata”. I nie ma w tym nic złego: zarzut dotyczący tego, że artyści debiutujący w wieku dwudziestu paru lat ważyli się dobić do trzydziestki, a nawet (o zgrozo) zbliżać do czterdziestki, jest absurdalny. Nie mam do Much żalu, że nie są już tym samym postsmithsowskoladypunkoworepublikańskim gangiem uzbrojonym w błyskotliwe, nośne, pokoleniowe wręcz numery. Przykro mi jednak, że w przypadku albumu „Szaroróżowe” dojrzałość równa się brakowi energii.

To płyta z założenia bardziej stonowana i oszczędna niż poprzednie (i nie mówię tu rzecz jasna tylko o „Terroromansie” i „Notorycznych debiutantach”), przy tym jednak wyzuta z pomysłów, mało angażująca, uboga w jakiekolwiek zapamiętywalne hooki (może poza refrenem „Psów miłości”). Torturująca słuchacza średnimi tempami, średnimi aranżacjami – które miały chyba z założenia czarować nas swoją precyzją i ascetycznością – i średnimi temperaturami. Refleksyjna, ale szalenie niecharakterystyczna: po prostu słychać, że teksty Michała Wiraszki (który notabene sięga tu po nowe środki wokalne, przez co czasem brzmi jak tabuny innych wokalistów – to nowość) nie chcą przylegać do melodii, że balans między grubą literaturą a grabażową liryką nie należy już do wielkich atutów zespołu.

Koniec końców w pamięć zapada najbardziej gościnny udział Jana Borysewicza i Zbigniewa Krzywańskiego w utworach kolejno otwierającym album (tytułowym) i zamykającym go („Nie tak”) oraz dyskusyjna decyzja polegająca na dołączeniu akustycznego „Guliwera” do tracklisty. Mimo to „ciekawą płytę dojrzałych Much najbardziej bym chciał usłyszeć” – tak się nieszczęśliwie składa, że „to jeszcze nie teraz”.