Nr 20/2025 Na moment

Odsłuchy trzeciego kwartału

Mateusz Witkowski
Muzyka Cykl

Ostrzegam: w najnowszych „Odsłuchach” będzie bardzo niezależnie, choć z mejdżersowym „ukąszeniem”. Z jakiegoś powodu odcinek sponsorują Dorota Rabczewska, klub RE i Zbigniew Herbert, a występują: No Joy, The Beths, Roberci i Alex G.

No Joy
„Bugland”
Sonic Cathedral

Też tak macie (witam na moim stand-upie), że zdarza się Wam zapomnieć o jakimś wykonawcy, po czym trafiacie na niego ponownie i krzyczycie: „Było coś takiego!”?

Nie chodzi bynajmniej o to, że wspomniany wykonawca zasługiwał na zapomnienie. Nierzadko wręcz przeciwnie. Po prostu coś po drodze zabiera naszą uwagę: czynsz za mieszkanie, raty, choroby, wojny, rozpacz i terabajty nowej muzyki. Jak się domyślacie, właśnie tak miałem z No Joy, jakoś nie było we mnie miejsca na nich. Bardzo mi z tego powodu miło, bo miałem okazję zajarać się zespołem z Kanady na nowo. Niby wiadomo, o co na „Bugland chodzi: ściany dźwięku, solidny beton, nie żadne karton-gipsy, parafrazując Dorotę Rabczewską: „jest to shoegaze”. Do tego zestaw znanych rekwizytów: trochę baggy-rytmiki, tu jakieś gitary z phaserem i tremolo, delikatny żeński wokal. ECH, TE LATA DZIEWIĘĆDZIESIĄTE TO BYŁY, CO? TU SLOWDIVE, TU THE BREEDERS, CZŁOWIEK INACZEJ ODDYCHAŁ. Wolnego jednak: Jasamine White-Gluz i reszta tria mają pewną rzadką umiejętność. Wrzucają nas w środek pozornie nostalgicznego dźwiękowego bałaganu. Co się jednak okazuje? Wszystko, co robią, jest wykoncypowane, precyzyjne, kompozytorsko błyskotliwe. A przy okazji świadome swojej rzekomej wtórności, nieżerujące (niczym tytułowy robak) na sentymentach. Ukazujące nowe jakości wspomnianej stylistyki i jednocześnie przemycające trudną prawdę, że świata, z którego składa się ta muzyka, już nie ma. Jak to robią? Nie mam pojęcia. Może to jest właśnie ta „wrażliwość”, ta „czutka”? Zresztą, czy wszystko musimy sobie tłumaczyć i szukać klarownych odpowiedzi?

Żaden tam ze mnie audiofil (fu!), ale: Chryste, jak to brzmi.

Odkrycie drugie: za niecały miesiąc No Joy zagrają w krakowskim klubie RE, do którego mam jakieś pół godziny z buta. I tego Wam życzę: pół godziny z buta na koncert No Joy. I zdrowia, bo jak zdrowie będzie, […].

The Beths
„Straight Line Was a Lie”
Anti-

Tego odcinka naprawdę nie sponsoruje klub RE. Ale mógłby.

Wciąż nie mogę się nadziwić, ile przyszłych indie- i mainstreamowych sław przewinęło się przez tę bardzo przytulną, ale przecież mikroskopijną salę koncertową. (Cyprian, brawa za bookingowego nosa!) Weźmy choćby TOPS albo Fontaines D.C. (tak, TYCH Fontaines). Weźmy też The Beths. Co prawda Nowozelandczycy nigdy nie będą aż tak wielcy, jak ich irlandzcy koledzy po fachu. Szerszą rozpoznawalność wykluczają tu już fundamenty, na których zasadza się ich twórczość. Beths piszą piosenki naszpikowane hookami, ale jednak dość kameralne. Radosne i durowe, ale jakoś tam… smutne. Znów parafrazując Dorotę Rabczewską: „jest to indie-rock/indie-pop” i nie chce być inaczej. I dobrze, bo grupa od czasów EP-kowego debiutu w 2016 roku nie przestaje być źródłem przyjemności. Już otwierający album numer tytułowy przypomina nam, za co kochaliśmy The Beths: za urokliwy głos Elizabeth Stokes, alt-najntisowy drive gitar, wrzynające się w łeb melodie, chórki i „samoumniejszające” teksty. Lekcja stylu, jak powiedziałaby Jolanta Kwaśniewska, ale i potęga smaku, jak powiedziałby Zbigniew Herbert. A dalej co? A dalej to samo, co w żaden sposób nie umniejsza zespołowi: tego chcemy, to dostajemy, w tym domu mówimy „dziękuję”, „przepraszam”, „jestem do dupy” i piszemy na ten temat znakomite numery. O The Beths nie zapomniałem tak jak o No Joy, ale już cieszę się na myśl o tych, którzy się natkną na nich po raz pierwszy.

Ach, gdyby tylko mieć tak pół godziny z buta na ich koncert. Ale na to są już chyba zbyt duzi – „tak szybko dorastają, tacy malutcy byli jeszcze niedawno”!

Roberci
„Księga Robertów”
Koty Records

„Łał, ten gość robi się naprawdę monotematyczny z tym chwaleniem polskiego niezalu!”.

Skoro wykonałem już uderzenie wyprzedzające, samemu formułując zarzut pod własnym adresem, mogę przejść do tematu. Otóż, proszę Państwa, piątego września dwa tysiące dwudziestego piątego roku skończyły się w Polsce słabe piosenki. To oczywiście nieprawda: główny nurt polskiego popu to dalej mielizna, a na jednego dobrego wokalistę/wokalistkę przypada jedna dwudziesta dobrego kompozytora. W idealnym świecie rodzimy mainstream byłby zasilany przez takich na przykład Robertów. Wyobrażam sobie pięćdziesięcioletniego senior coś tam menedżera z korpo, który stoi z kiepem na mocno dofinansowanym obwoźnym festiwalu, słucha Robertów i mówi: „Te chłopaki wiedzą, co to jest harmonia; jak oni to wszystko pięknie kleją?”. No bo kleją: jest w tym wszystkim zarówno zagraniczne indie-gitarowe dziedzictwo, jak i naiwny urok polskiego bigbitu (i „post-bigbitu” z okresu transformacji). Jest też pewna nieinwazyjna chłopięcość: niby wiemy, że członkowie grupy, nie wypominając, są już grubo po studniówce, a jednak zastanawiamy się – to śpiewa trzydziestolatek, studenciak, nastolatek? Niewinność wymija się tu z blazą, wzruszenie z humorkiem, prostota z aranżacyjnym kombinatorstwem. Wszystko tu działa: od nazwy grupy i tytułu począwszy, na oprawie graficznej skończywszy – a pomiędzy to, co najistotniejsze: błyskotliwe, nośne, urokliwe PIOSENKI. Początkowa teza, wygłoszona przeze mnie głosem Joanny Szczepkowskiej, jest nieprawdziwa również z drugiego powodu: jeszcze przed premierą debiutu Robertów mogliśmy usłyszeć aż pięć z dziewięciu numerów, które trafiły na płytę. Ale znów: czy to ich wina, że prawie każdy z nich to murowany singiel?

Hej [zwracam się tu teraz do „Banned from Poland” wydanej parę miesięcy temu przez Alfah Femmes], macie towarzystwo na półce z napisem „najlepsze polskie płyty roku 2025”!

PS W związku z premierą „Księgi Robertów” zrywam z zasadą „nie piszę o płytach, z autorami których zbijam pionę/dzielę czasem stół”. Środowisko jest za małe, a gdzie mamy polecać takie rzeczy, jak nie w – też mocno niezależnym – „CzK.pl”?

PS 2 Niektórych członków Robertów też dało się kiedyś zobaczyć na scenie w klubie RE, cóż poradzę.

Alex G
„Headlights”
RCA Records

Obiecałem w poprzednich „Odsłuchach”, że z kimś z dwójki Alex G/Nourished by Time zobaczymy się za kwartał. Niniejszym słowa dotrzymuję.

Łatwo jest, omawiając „Headlights”, popaść w banał i rzucać jakimiś liczmanami: że to album-podróż, że jakieś to wszystko dojrzalsze niż poprzednie (również udane) płyty Amerykanina, że zrobiło się tu mniej kameralnie, mniej introwertycznie. W istocie: pozmieniało się, mamy przecież do czynienia z pierwszym albumem Alexa G wydanym w „mejdżersie” (jeżeli nic nam nie dzwoni: RCA Records to aktualnie własność Sony Music). I raz jeszcze: w istocie to album nieco bardziej klarowny, obfity brzmieniowo, nie tak mglisty i „nisko-dokładny” jak reszta dyskografii artysty. Wbrew temu, co sugerują niektórzy z recenzentów, tacy jak Ian Cohen, nie mamy wcale do czynienia ze „współczesnym dad-rockiem” (choć zaznaczę, że nie używa on tego określenia w kontekście pejoratywnym). To wciąż muzyka wywiedziona jednocześnie z: sypialni; lasu; wagonu pociągu towarowego, do którego wkradasz się podczas postoju, żeby przemierzać Amerykę Północną. Recenzowane przeze mnie kilka miesięcy temu singlowe „Afterlife”, z klawiszowym leadem sprawiającym wrażenie celtyckiej wariacji na temat „Walk of Life” Dire Straits, stanowiło zmyłkę. Moim zdaniem: wielka szkoda, bo lubię obserwować alternatywnych artystów, którzy na własnych zasadach otwierają się na mainstream, nie tracąc nic ze swego uroku (patrz: R.E.M., przywoływane zresztą przez Cohena). Tymczasem poza sporadycznymi „springsteenowskimi” medytacjami to ten sam Alex G, tylko bardziej namacalny brzmieniowo.

Nie fiksujmy się jednak na tym, czym „Headlights” nie są. A czym są? Zestawem pierwszej urody kompozycji inkrustowanych (jak w utworze tytułowym) subtelnymi „mikromelodiami”, które łatwo przeoczyć oraz których warto nie przeoczyć. A zarazem dowodem na to, że Alex G, niezależnie od fonograficznych afiliacji, gra sobie w swoją grę.

Na klub RE również jest już za duży, ale: panie Arturze, ja mam taką sugestię…