Nr 18/2022 Na teraz

Odsłuchy sierpnia

Mateusz Witkowski
Cykl Muzyka

Niby Rafał zaprasza na bal, ale i tak najlepiej bawimy się w piramidzie (pozdrowienia dla Stachursky’ego). Zapraszam do najnowszych „Odsłuchów” wraz z Ralphem Kaminskim, duetem Panda Bear-Sonic Boom, Egipcjanami i Arctic Monkeys.

 

Ralph Kaminski
Bal u Rafała
FONOBO Label

Czy album, który rozpoczyna się od deklamacji Piotra Fronczewskiego, może być zły?

Na pewno. Przecież to tylko błyskotka, dekoracja, gest narzucający pewien nastrój. Takich inkrustacji jest zresztą na „Balu…” mnóstwo. Uwerturowe zagrywki, chóry, coś z Niemena, coś z Anthony and the Johnsons/Anohni, coś z Perfume Geniusa. Kompozytorskie patenciarstwo, którego nie tłumaczy nawet charakterystyczna dla Kaminskiego koncept-albumowa konwencja (akord na organach – wers – inny akord na organach – powtórzenie melodii z pierwszego wersu –  syntezatorowa pętla). Na balu Kaminskiego raczej kręcimy się w kółko zamiast tańczyć w kółeczku. Należy jednak docenić konfesyjny ton całości, bardzo wyraźną „autorskość” oraz sporadyczne próby przełamania kompozytorskiego status quo (np. wariacje na temat ludowości w „Ale mi smutno”). Pozostaję więc niewzruszony, a zarazem zdumiony zachwytami. Panu Rafałowi życzę jednak jak najlepiej – moim bohaterem nie będzie, ale wolę, by na tronie zasiadał gość, który w smutno-ironiczny sposób opowiada o dziecięcych traumach (np. „Małe serce”) niż oprawca wymachujący berłem (tak, pun intended).

Czy album, który rozpoczyna się od deklamacji Piotra Fronczewskiego, może być zły? Na pewno może być umiarkowanie udany.

Panda Bear, Sonic Boom
Reset
Domino

Retromania? Nie. Sprawa jest dużo bardziej skomplikowana, a zarazem dziecinnie prosta.

„Co to w ogóle jest?!” – mógłby zakrzyknąć słuchacz po przesłuchaniu „Resetu” i wcale nie musiałby mieć na myśli niczego złego. Oto legenda późnoejtisowego space rocka nagrywa płytę z gościem, który jest jego uczniem – i z którym współpracował już w przeszłości – na absolutnie równych zasadach. Na płycie obaj artyści nie tylko wędrują po wspólnych inspiracjach, ale też po przetworzeniach tych inspiracji, po wariacjach na temat tych przetworzeń dokonanych w Animal Collective przez młodszego z członków duetu, częściowo pod wpływem starszego z nich. A do tego wspomniane przetworzenie nie polega na poddawaniu dawnych wzorców elektronicznej obróbce. Z czym mamy tak naprawdę do czynienia? Z analogową elektroniką? Elektroniczną akustycznością? Owszem, oś „Resetu” stanowią nawiązania do surf/sunshine popu z lat 60., Brian Wilson is still in the building, ale mowa tu nie o przepisywaniu starego na nowe, ale o zapośredniczeniu zapośredniczenia. Brzmi zbyt konceptualnie i akademicko? W takim razie uwierzcie, że koniec końców chodzi o piosenki. Można by oczywiście skupiać się na wybranych fragmentach, wspomnieć o snującym się, zapętlonym „Everyday”, refleksyjnym „In My Body” czy zlatynizowanym białym popie „Livin’ in the After”. Tak naprawdę Panda Bear i Sonic Boom tworzą na „Resecie” pozaczasowy wir: w ten album po prostu się wskakuje i zostaje aż do końca.

Mówiłem, że to tak naprawdę rzecz banalnie prosta: chodzi o afirmację życia, o gorzką (bo trudno dziś o inną) radość. Czyli o coś aktualnie niezbędnego.

Egipcjanie
Siedźmy / Jedźmy (singiel)

– Ile chwytliwych momentów chcecie mieć w tej piosence? – zapytał bóg songwritingu.
– Tak – odpowiedzieli Egipcjanie.

Prawdopodobnie tak wyglądałby fragment apokryficznej Księgi Dojścia Do Piosenkopisarskiej Perfekcji. Nie będę ukrywał: czekałem i się doczekałem, mój ulubiony jednoosobowy zespół wrócił w wielkim stylu. Nie wiem nawet, od czego tu zacząć: czy od pozornie banalnej i generycznej indie-progresji akordów? Czy od misternie upchanych solowych partii gitary, które same w sobie wyprzedzają pod względem melodycznym 99% rodzimych produkcji? Czy od przydymionych wokali, które udają, że nie mamy do czynienia z bangerem, tylko z czymś arcyniszowym (bo tak, to jest banger)? Albo mogę zacząć od „zawieszonego”, rozedrganego tekstu: bo przecież ni to słodycz, ni to maligna, a przecież doskonale czujemy, o jaką emocję chodzi. Natknąłem się na Facebooku na komentarze, które podkreślały britpopowość „Siedźmy / Jedźmy”, ale przecież mamy tu jeszcze całe bogactwo amerykańskiego indie, z Dinosaur Jr. na czele, a przede wszystkim: polską unikalną (tak!) niezalowość. Poznańską? Krakowską? Wrocławską? Warszawską? Po prostu naszą.

Bierzmy i jedzmy z tego wszyscy.

PS Z przyczyn CzasoKulturowo.pl-personalnych nie skupiam się tu na „po co / po nic”, wspólnym singlu Egipcjan i psa, ale powtórzę tezę z dawnych „Odsłuchów”: w Polsce nikt nie pisze tak dobrych PIOSENEK. Proszę, doceniajmy.

Arctic Monkeys
There’d Better Be a Mirrorball (singiel)
Domino

„Oho, kolejna próba napisania ścieżki dźwiękowej do Bonda” – pomyślałem po usłyszeniu intro.

Miałem rację, a zarazem zupełnie się myliłem. Zgadza się, Arctic Monkeys, po wydaniu cztery lata temu „Tranquility Base Hotel & Casino”, zostali na planecie Lata Siedemdziesiąte. Ich najnowszy singiel, zapowiadający album „The Car”, sugeruje jednak, że miejsce fikcyjnych literackich konceptów zajmą ponownie dość intymne historie o (jakże by inaczej) miłości i rozstaniach. Tak, znów mamy rozmach, orkiestracje, klawesyny, wydaje się jednak, że Małpy poszerzyły trochę repertuar środków: „There’d Better Be a Mirrorball” pachnie momentami R’n’B czy (blue eyed?) soulem. Alex Turner nie byłby jednak tym-gościem-który-napatrzył-się-na-tumblrze-na-zdjęcia-retrogwiazd, gdyby w centrum całej historii nie ustawił lustrzanej dyskotekowej kuli.

Mam do Małp nastoletni sentyment, liczę więc, że ich najnowszy singiel zapowiada koniec konceptualnych peregrynacji. Ze względnie prostymi, chwytliwymi i bezpośrednimi piosenkami jest im po prostu najbardziej do twarzy.