Panie i panowie: wiosna, a skoro wiosna, to młodość. A skoro młodość, to brak zawrotów głowy przy wstawaniu z łóżka i burzenie pomników. Zapraszam do „Odsłuchów” pod hasłem „Starzy Mistrzowie Show”, w których pochylamy się nad nowymi wydawnictwami U2, Morrisseya, T.Love i… A*Teens.
„Huhu, kochani, ależ to jest muzyka!” – powiedział zapewne Bono i prawdopodobnie nikt poza nim.
Jest rok 2026, U2 zbawia Ziemię i jej mieszkańców od ponad czterdziestu lat. W tym czasie wstawiali się już za mieszkańcami Salwadoru, Japonii, Polski oraz całej Afryki. Wszystko to, mimo swojej pretensjonalności (i nadmiarowości: przepraszam, ale nie wierzę w muzykę, która obala reżimy), miało pewien walor, bywało bowiem ubrane w całkiem przekonującą propozycję artystyczną. Mówcie państwo, co chcecie, ale takie „Where the Streets Have No Name” to jest kawał porządnej „big music”. Gdy podobnej propozycji zabraknie, zostaje li tylko pretensja – tak też jest w przypadku albumu „Days of Ash”. „American Obituary”, tyczące się wiadomych spraw społecznych i politycznych, brzmi jak odrzut z czasów, gdy Bono i The Edge pracowali nad broadwayowskim musicalem o Spider-Manie (nie zmyślam, to naprawdę się wydarzyło). „Song of the Future” bezwiednie naśmiewa się ze „Staring at the Sun” (a tu się nie ma co śmiać, to był fajny numer!). Mamy też nieprzyjemne flashbacki z okresu indie-folkowej hossy: „Yours Eternally” z gościnnym udziałem Eda Sheerana i Tarasa Topolii brzmi jak numer z reklamy samochodu. Oczywiście elektrycznego. Takie jest właśnie obecne U2: beżowe i wtórne, ale też postępowe, ekologiczne, nowoczesne, załamujące ręce nad okrucieństwem tego świata, nad tymi wszystkimi „bad guys”, którzy wzięli się znikąd (uwaga na marginesie: sprawdzić, czy multimilionerzy unikający płacenia wyższych podatków, jak swego czasu panowie z U2, mogą mieć z tym związek).
Potężny strzał z rewolucyjnej armaty prosto od zespołu, który swego czasu wcisnął swój album na wszystkie iPody tego świata, od Salwadoru po Japonię, nie pytając nikogo o zgodę. Tym razem – na szczęście – jest wybór.
Jest rok 2026. Morrissey zdążył pokłócić się już ze wszystkimi, łącznie z samym sobą.
Albo inaczej: jest rok 2025. Morrissey gra koncert w krakowskiej Tauron Arenie. Chce mi się umiarkowanie, bo nad wokalistą od dawna unosi się dość nieprzyjemna woń – nie znam się specjalnie na perfumiarstwie, ale określiłbym ją mianem nigelowo-farage’owej. Z drugiej strony: hej, to Morrissey, dzieli mnie od niego jakieś dwadzieścia minut tramwajem, będzie sporo znajomych, jadę. Wchodzę na płytę, słyszę TEN głos i stwierdzam, że to jest jednak wyjątkowy zawodnik. Oto magia występów na żywo – w przypadku nagrań studyjnych tego typu szacher-macher nie ma racji bytu. „Make Up Is a Lie” to czysta przeciętność podana w niezdyscyplinowanej, niejasnej formie: a tu jakieś dworsko-iberyjskie gitary à la zirołsowe R&B (piosenka tytułowa), a to strojenie się w szatki francuskiego barda („Boulevard”), które brzmi jak musical o Villonie autorstwa Ich Troje (znów: nie wymyślam tego, to naprawdę istnieje), a to jakieś synthwave’owe próby w „Notre-Dame”, okraszone dodatkowo tekstem: „we know who tried to kill you, we will not be silent”. Oczywiście, że pod względem kompozycyjnym najlepiej wypada jedyny cover na albumie, czyli „Amazona” z repertuaru Roxy Music. Dorzuciłbym jeszcze „Zoom Zoom the Little Boy” i „The Night Pop Dropped”, oba napisane wspólnie z Jessem Tobiasem. Ale to za mało. Naprawdę, chciałoby się płyty Morrisseya, po której cokolwiek zostaje w mózgu, sercu, czy czego kto tam używa. Choćby gwoli ćwiczeń z oddzielania autora od dzieła czy sentymentu. Ale nie sposób.
Znów uwaga na marginesie: może by tak stworzyć album z samymi kompozycjami Tobiasa? A, zaraz, takowy powstał: mowa o „Bonfire of Teenagers” z lat 2020–2021, dla którego nie udało się znaleźć wydawcy. No i sami widzicie.
Jan Benedek i Sidney Polak za burtą (drugi z nich został podobno zwolniony SMS-em), do składu wrócił stary znajomy Maciej Majchrzak, można więc grać ROCK’N’ROLLA jak na „Prymitywie”, prawda? Prawda?
W takim razie lecimy, szanowni: „Klik, klik, tik tok / Banału królestwo / A taksiarz mi mówi / Że to zwykłe kurestwo” („Orajt”); „Te buty piją i ja piję też / Żona to wie i moi kumple też” („Buty”); „O Melania, Melania / nikt nic nie zabrania” („Melania”). Mało? Nie zatrzymujemy się w takim razie: „[…] w torebce nosiła słowa i miała włosy blond / Jej słowa były jak pocztówki naszych ran / To się nie podobało hejt doktorom, zazdrośnikom i cenzorom” („Agnieszka”); „Polityka to show – dziś opera mydlana / garniturów kolekcja i publika zdymana” („Poseł R.P.”). A co powiecie na piosenkę z refrenem „Piątek, piątunio, piąteczek” (tak, utwór nosi tytuł „Piąteczek”). „Ale zaraz, zaraz, co to za klejenie recenzji z rozproszonych fragmentów piosenek?” – ktoś słusznie zapyta. – „Czy to aby nie lenistwo?”. Otóż nie, a powody są dwa. Po pierwsze, to zatrważające, w jak niskiej formie tekściarskiej jest aktualnie Muniek Staszczyk, jak bardzo brakuje mu języka, by opisać „nową”, stechnologizowaną rzeczywistość. W zasadzie nie powinno to dziwić, bo symptomy takiego stanu rzeczy mogliśmy znaleźć już na płycie „I Hate Rock’n’Roll” sprzed równo dwudziestu (!) lat. Co za tym idzie, lider T.Love to dziś ponad sześćdziesięcioletni mężczyzna: gdyby w pełni nadążał, byłoby to podejrzane. Problem jednak w tym, że Staszczyk nie rezygnuje z sowizdrzalskiej pozy „tego, który ogarnia”, kończy się więc jak u Steve’a Buscemiego z wiadomego serialu/mema. Drugi powód jest natomiast jeszcze bardziej prozaiczny: o zawartości muzycznej „Orajt” można powiedzieć dość niewiele – tu trochę country i rockabilly, tu trochę muzyki środka lub britpopu (jak w „Piąteczku”, jedynym utworze na płycie nienapisanym przez Jacka Perkowskiego, a przez wspomnianego Majchrzaka), a wszystko to przeźroczyste i niezapamiętywalne. Nieco urokliwiej robi się w „Najfajniejszych na świecie”, choć tu akurat od tekściarskich obowiązków odciążył Muńka na chwilę Paweł Dunin-Wąsowicz – co jest w zasadzie dość wymowne. Podobnie jak to, że singlem promującym album została piosenka tak miałka jak „Mimo wszystko” (z gościnnym udziałem Sarsy).
Nie pochwalam zwalniania ludzi SMS-em, myślę natomiast, że niektóre płyty mogłyby być mailem.
Ej, a wiecie, że A*Teens są dziś znaaacznie starsi niż członkowie i członkinie ABBY, gdy zespół rozpadał się w latach 80.?
Tyle, jeśli chodzi o ABBA/A*Teens trivia, teraz do rzeczy. Obecność Abbolatków (nieźle, co?) w „Odsłuchach” pod hasłem „starzy mistrzowie” może dziwić. Ba, sam jestem nieco zaskoczony, ale pomyślmy: gdy zespół debiutował w 1999 roku, cała ta fala remake’o-rebooto-retronostalgicznych powrotów, w przeciwieństwie do czasów najnowszych, nie była wcale popkulturowym pewnikiem. Pod tym względem A*Teens (oraz osobom zajmującym się ich karierą) należy wręczyć jedną z palemek pierwszeństwa. Ich powrót, który właśnie obserwujemy, ma z kolei tautologiczny posmak: grupa z gruntu retromaniacka wraca na prawach milenijnej nostalgii. Czy warto było? „No tak średnio, bym powiedział”, bo „Iconic” to niestety zjełczała paciaja, w której znalazło się miejsce dla wielu zużytych eurodance’owych (eurotrashowych? eurowizyjnych?) gestów i aranżacyjnych chwytów, ale niestety: dla niczego więcej. U starych dziadów, jak wyżej podpisany, którzy słuchali podczas imprez (oczywiście ironicznie!!!) Kate Ryan czy Cascady, powinien wzbudzać sentyment, ale w przeciwieństwie do wyżej wspomnianych wykonawczyń, brak tu tej bezpruderyjnej, chamskiej chwytliwości.
A*Teens jeszcze w latach zerowych próbowali udowodnić nam, że są czymś więcej niż coverbandem Abby, a „Iconic” ma być najwyraźniej kolejnym krokiem w tym całym procesie. Niepotrzebnie. Idę sobie posłuchać „Super Trouper”. W czyjej wersji? Nie powiem, kochani, to jest moja prywatna sprawa.
Z rzeczy pozamuzycznych: specjalna nominacja dla naznaczonego schizmą zespołu Perfect oraz dla przyjaciela jednej z iteracji tegoż, który sprawił, że fanpage zespołu to od dłuższego czasu jedno z najważniejszych miejsc w internecie. Lepsze od wszystkiego, co napisał Zbigniew Hołdys czy Ryszard Sygitowicz.
