Nr 25-26/2025 Na teraz

Odsłuchy końca roku

Mateusz Witkowski
Muzyka Cykl

Pozwólcie Państwo, że wyjątkowo zacznę od dygresji. Pomyślcie tylko, jak bardzo muszą być wdzięczni Dzieciątku Jezus Bracia Golec za to, że „wymyśliło” Boże Narodzenie! Przed nimi wielkie żniwa. Zanim jednak sympatyczni żywczanie zaczną „dmuchać w te tromby” (a „tromby” – „pierdzieć”), a w naszych domach zagoszczą rodzime gwiazdy wyżywające się na „Lulajże Jezuniu”, zajmijmy się muzyką świecką, głównie polską. Zapraszam wraz z Lady Pank, Mery Spolsky, Taylor Swift, Anastazją i Piotrem Nowakami oraz Grupą Artystyczną CSW.

Taylor Swift
The Life of a Showgirl
Taylor Swift

Kiepski album Taylor Swift? Nieee, paradoksalnie: jest jeszcze gorzej. „The Life of a Showgirl” to płyta nieznośnie poprawna.

Przyznam od razu, że nie jestem największym fanem Amerykanki. Zwykle tego typu zdanie stanowi eufemizm dla „nie znoszę tej muzyki”, ale bynajmniej nie w tym rzecz. Choć Swift nie należy do największych innowatorek w historii popu, cenię autorski charakter jej twórczości – nie oszukam metryki: co prawda nie jest to dla mnie kluczowe kryterium, ale lubię, gdy ktoś wykonuje utwory, które sam napisał. A że przy okazji trafiały się jej prawdziwe błyski, wspaniałe hooki, nośne refreny czy błyskotliwe frazy, to przecież tym lepiej. „Nie jestem fanem” oznacza tu więc tyle, co „nie satysfakcjonuje mnie album, który brzmi jak z generatora płyt Taylor Swift”. Znajdziemy tu, choćby na poziomie lirycznym, mnóstwo znajomych elementów: trochę memuaru, trochę prywatnych prztyczków („I heard you call me »Boring Barbie« / when the coke’s got you brave”) czy zwrotów w stronę partnera życiowego. A jednak większość kompozycji jest wyzuta z jakiejkolwiek energii, zwyczajnie brak tu iskry, ikry i pewnie czegoś jeszcze na „i”. Całość jest wtórna: momentami przypomina zirołsowy pop, niekoniecznie ten najwyższej próby, tu i ówdzie całość staje się jeszcze bardziej retro, przywodząc na myśl (zarówno pod względem barwy głosu Swift, jak i melodyki) twórczość Lany Del Rey. Pojawiają się też nawiązania zupełnie jawne, wręcz ostentacyjne: „Actually Romantic” opiera się na sekwencji akordów z „Where Is My Mind” Pixies, „Wood” jest wyjęte z katalogu The Jackson 5, „Father Figure” to natomiast ukłon w stronę George’a Michaela. W zestawieniu z pierwowzorami, każdy z utworów przegrywa jednak z kretesem. „CANCELLED!” sugeruje, że Swift odrobiła lekcje z artystek w rodzaju Nilüfer Yanyi czy Snail Mail, ale zrobiła to mało sumiennie. Z kolei singlowe „The Fate of Ophelia” nie dość, że do bólu przewidywalne (tak, jesteśmy w stanie uprzedzić każdy kolejny ruch wokalistki), to jeszcze przywodzi na myśl „Ordinary Love” U2 z czasów, gdy Irlandczyków nie dało się już słuchać bez zgrzytania zębami.

Oczywiście niewiele to zmienia, bo wspomniany utwór to wielki hit ostatnich tygodni, ale: rany boskie, kiedy muzyczny mainstream stał się AŻ TAK nudny?

okładka albumu Golec uOrkiestra "W niebo głosy"

Anastazja i Piotr Nowak oraz Grupa Artystyczna CSW
Makaronowy świat

A propos hitów ostatnich tygodni: zapraszam Państwa do zaimprowizowanej podrubryki najnowszych „Odsłuchów”, którą nazwałem „Kurioza”.

Tak, trochę tym razem oszukuję: wszak opisywany utwór, jeśli wierzyć Discogs.com, nie został nigdy oficjalnie wydany, a ponadto został oficjalnie zaprezentowany światu w roku ubiegłym. Cóż jednak poradzę, że paru internetowych śmieszków dało mu w ostatnim czasie to, co Bregović Krawczykowi w 2002 roku (czyli: drugie życie). I dobrze się stało, mamy bowiem do czynienia z rzeczą bezprecedensową. Nie znam zbyt wielu piosenek o makaronie („Lose Yourself” Eminema się liczy?), a z całą pewnością nie znam żadnej tak zaangażowanej piosenki o makaronie. „Makaronowy świat” to rzecz pełna musicalowego rozmachu, patetyczna jak singiel promujący hit kinowy z lat 90., a zarazem absolutnie kuriozalna. Dowiemy się z niej, że „makarony polskie, rurki, nitki, wstążki tańczą na każdym stole, w sosie i w rosole” oraz „śpiewają zgodnym chórem smaczną partyturę”. A tak w ogóle, to „ten makaronowy świat ma ustalony ład, nie ma w nim chudych lat i nie wieje nudą”. Wszystko to wykonane z absolutną powagą. I nie wiem teraz, czy podziwiać solistów za to, że potrafią śpiewać takie rzeczy bez szybszego wypuszczania powietrza nosem, czy może ganić za brak poczucia humoru?

Dorzucę trzy grosze do dyskusji na temat sztucznej inteligencji: choć tekst „Makaronowego świata” pachnie nieco chatem GPT (prompt: „napisz wzniosłą piosenką o makaronie”) z opisu wideo wynika, że autorem słów jest pan Staszek Głowacz. Po raz kolejny okazuje się, że człowiek jest swoim największym wrogiem.

Mery Spolsky
KOCHAM POLSKĘ
Kayah

Żeby nie było, że o artystach i artystkach z kręgu Męskiego Grania piszę tylko źle: uprzedzenia precz!

Mimo to zacznę od obaw. Mery Spolsky nagrywa płytę zatytułowaną „Kocham Polskę”, na okładce której stoi w biało-czerwonej sukni na tle kiczowatego domu z kolumienkami i Volkswagena Golfa w naszych barwach – czym to pachnie drodzy Państwo? Moim zdaniem: pachnie paradą edgy-humorku, mniej lub bardziej przeterminowanymi stereotypami, prowokacją o sile rażenia wygazowanego Żywca. W skrócie: pachnie wielkomiejskimi substytutami alternatywy spod znaku Marii Peszek. Co się jednak okazuje: w poszatkowanej narracji Spolsky jest dużo czułości – to żaden „hehe dystansik”, tylko szczere wyznanie uczuć, a poza konwencjonalnymi rekwizytami w rodzaju „rozpierdolonych ulic” mamy tu zarówno stołeczną narzędziownię taką jak Zbawix czy joga, jak i uniwersalne symbole smutku/nadziei w rodzaju ZUS-u. Owszem, miejscami propozycja Spolsky zbliża się do tego, by nazwać ją siódmą wodą po Masłowskiej i tym czasie w historii polskiej kultury, gdy reżyserzy teatralni za wszelką cenę próbowali udawać dresiarzy, łażąc wszędzie w czarnej zapinanej bluzie Adidasa. Mimo to wokalistka broni się bezpośredniością, jesteśmy w stanie uwierzyć, że żyje z tą mozaikową Polską w symbiozie. Zresztą, jeśli potraktujemy „Kocham Polskę” nie jako manifest, a jako płytę synth-/alt-/electropową, to sprawdzi się całkiem nieźle. No, przynajmniej do czasu, bo manieryzmy artystki, jej ostentacyjne, cwaniacko-infantylne „delivery”, przyjmowane w większej dawce, staje się nieco nużące, czasem artystka wpada też w tekstowe mielizny, jak w „Szarakach”. Słowem: trochę nuda, ale bez niesmaku, bo i trudno odmówić uroku numerom w rodzaju „Pałacu Kultury”. I chyba taka Spolsky: czuła, ale i zaczepna, jest najbardziej przekonująca.

Co rzekłem, to rzekłem, proszę mnie już nie ciągnąć za język!

Lady Pank
Obok (singiel)
Lady Pank/Stephurt

<zaciąga się papierosem> „Aaaach, jak ci goście brzmią. Tyle lat minęło, a oni wciąż mają to coś” <gasi papierosa, zaczyna płakać; próbuje dodzwonić się do swojej byłej żony, telefon jednak głucho milczy>

Tak to jest z tymi „legendarnymi, wciąż aktywnymi zespołami”. Gdy osiągną już rzeczony status, stawiają na bezpieczne rozwiązania: grają tak samo (a więc ortodoksyjny fan jakoś się w tym odnajdzie), tyle tylko, że znacznie gorzej (a więc nowy fan się nie znajdzie). „Obok”, singiel zapowiadający jubileuszowy album pod tytułem „LP 45”, to doskonały przykład tego podejścia – jest znajomo, ale jakby okropniej. Oczywiście trudno wymagać od weteranów polskiego rocka, że będą wypluwać z siebie po latach bangery na miarę „Kilimandżaro” czy „Fabryki małp”, ale przydałoby się trochę przyzwoitości. „Obok” to bowiem obfita porcja zjełczałego, agrarnego rocka, ale przecież okraszona sygnaturowym brzmieniem Lady Pank (patrz: wierność ideałom) i niby-skandowanym refrenem. Nie wiem, kto pozwolił na to, by wokal Janusza Panasewicza potraktować aż tak dużą ilością pogłosu. Nie wiem też, czy Andrzej Mogielnicki – współzałożyciel Lady Pank i autor tekstów największych hitów grupy – nadąża jeszcze, jak drzewiej bywało, za rzeczywistością. Tekst do „Obok” to bowiem okrągła medytacja na temat tego, jak straszny jest ten współczesny świat, która nadawałaby się jako opis dowolnej dekady w historii, gdyby nie brawurowe rymy w postaci „latte/latem” (mamy za to frazę „Całe pokolenie kruche jak opłatek” – bo kiedyś to byli ludzie tacy z charakterem). Być może lepszym pomysłem byłoby postawienie na Michała Wiraszkę, który zdążył napisać już dla zespołu kilka tekstów (usłyszymy je również na najnowszym albumie). Zauważmy jednak, że liryki Mogielnickiego są adekwatne do warstwy muzycznej, decorum pozostaje więc nienaruszone.

Naprawdę, lepiej puścić sobie płytę „1” Golec uOrkiestry („Crazy Is My Life”? Sztos).