Nr 6/2022 Na moment

Odsłuchy lutego

Mateusz Witkowski
Muzyka Cykl

W tym paskudnym czasie trudno odgonić od siebie pytanie: „co tam jacyś piosenkarze i piosenkarki, skoro kilkaset/kilkadziesiąt kilometrów stąd ludzie…”. Wszyscy potrzebujemy jednak zdrowego eskapizmu, oczyszczenia głowy, a do tego muzyka rozrywkowa nadaje się jak mało co. Aby nie truć się dodatkowo złymi emocjami, w tym przeglądzie same dobre nowiny – występują Róża, Fontaines D.C., Caroline Polachek i Orville Peck.

 

Róża
„Bu!”
Asfalt Records

Patrz, synku, tak wygląda muzyka alternatywna.

OK, nie jest to takie proste: precyzyjnej definicji brak, kryteria pozostają niejasne. Załóżmy jednak, że muzyka alternatywna oznacza w tym wypadku świadomość korzeni, znajomość konwencji, a zarazem poszukiwanie nowych rozwiązań. Że jest czymś więcej niż muzakiem nieznacznie odbiegającym brzmieniowo od tego, co serwują nam największe rozgłośnie. Że hermetyzm miesza się tu ze swojskością, a melodie nie parzą – przeciwnie, pną się jak bluszcz, ożywczo i złowieszczo, jak w „Róży” czy „Oczach”. O znakomitych „Z tobą nie jestem sobą”„Człowieku-psie” pisałem w poprzednich wydaniach. Pełnowymiarowy – choć niespełna półgodzinny – debiut Róży nie schodzi poniżej singlowego poziomu, czaruje wycieczkami w stronę R&B, postpapsowymi wokalizami i pięknymi fakturami – to, wbrew pozorom, nie jest niegitarowa płyta, tyle tylko że gitarowość jest tu mało oczywista. Podobnie jak cała zawartość „Bu!”. Pani Penkalla, panowie Lechowicz i Hordyniec, chylę czoła.

Zwykle bywa, że w podsumowaniach końcoworocznych zapomina się o płytach wydanych w pierwszym kwartale. Tym razem: nie sądzę.

 

Caroline Polachek
„Billions” / „Long Road Home” (singiel)
Perpetual Novice

Królowa Karolina znowu dostarcza.

I ponownie: dopiero co zachwycałem się kapitalną współpracą Polachek z Charlie XCX i Christine and the Queens, a tu kolejny strzał prosto w twarz i w serce, tym razem w solowym wydaniu. Cóż to jest za podróż! Eteryczny nastrój całości może przywodzić na myśl wyimki z twórczości Chairlift, Polachek jest już dziś jednak zupełnie inną artystką, inaczej dobiera składniki. Czerpie z dotychczasowych muzycznych doświadczeń, a zarazem myli tropy, przemieszcza się gdzieś między piosenkowym konkretem a rozmyciem, abstrakcją, ambientem. Korzysta z rozmaitych technik wokalnych, lawiruje między tonacjami, lecz nie ma tu ani grama zbędnej przewózki. Wszystko w „Billions” działa: od nieprzejrzystego tekstu, przez „niezachodnio”-downtempową perkusję, po niestrawne zazwyczaj finałowe zaśpiewy chóru. A na deser dostajemy jeszcze stronę B w postaci „Long Road Home” Oneothrix Point Never – w oryginale Polachek pełniła funkcję asystentki, tym razem jednak gra pierwsze skrzypce.

Och, jak czekamy na nowy longplay.

 

fot. Unsplash

Fontaines D.C.
„I Love You” / „Jackie Down the Line” (singiel)
Partisan Records

Postpunk-revivalistów z Wysp było wielu, ale to Fontaines D.C. piszą najładniejsze piosenki.

No właśnie, zacznijmy od tego, że to muzyka wyspiarska (z oczywistych przyczyn nie mogę napisać „brytyjska”) do szpiku kości. Jeśli francuszczyzna z lat 50. i 60., to przefiltrowana przez „Michelle” Beatlesów i solowe wybryki Pete’a Doherty’ego, jeśli jangle pop, to zdecydowanie ten w angielskim wydaniu itd. itp. Do tego trochę estetyki spod znaku MTV 2 (twórcza reinterpretacja brzmień z lat zerowych wydaje się dziś czymś naprawdę godnym uwagi) i zupełnie nieoczywista chwytliwość – i mamy „I Love You” oraz wydane w styczniu „Jackie Down the Line”, stanowiące tym razem stronę B singla. Można przy tym odnieść wrażenie, że panowie dojrzeli – w „I Love You” dostajemy w miejsce typowo rock’n’rollowej eskalacji skandowaną, pełną żalu litanię, natomiast drugi z numerów zamiast typowo piosenkowej dynamiki trzyma się jednego rejestru, a mimo to nie nuży, raczej intryguje – posłuchajcie sobie choćby tej linii wokalnej, jakby podebranej Ianowi Brownowi i umieszczonej w zupełnie innym kontekście.

Nowe single dają nam pewien obraz tego, jak może brzmieć nadchodzące „Skinty Fia”, trzeci album zespołu. I jest to obraz bardzo zachęcający.

 

Orville Peck
„Bronco: Chapter 1” (EP)
Columbia

„Jak to, country w Odsłuchach?”. Tak, a w czym problem?

Przede wszystkim: odrzućmy wszelkie uprzedzenia i nieprzyjemne konotacje – wszystkie te drogi prowadzące do Mrągowa, Wojciecha Cejrowskiego i „WC Kwadrans”, agresywnych pijaczków prowadzących pick-upy. Country to jest wielka rzecz, a o tym, jaki wpływ wywarła ta estetyka na rozwój muzyki rockowej, ale i na głównonurtowy pop, można by napisać kilka opasłych tomiszczy. A gdy doda się do tego pewien tożsamościowy twist, robi się już naprawdę ciekawie – Orville Peck jest bowiem kowbojem nie tylko zamaskowanym, ale i queerowym, wydobywa śmieszność podejmowanej estetyki, a zarazem problematyzuje ją i oddaje jej hołd. Na „Bronco: Chapter 1” (to pierwsza z trzech EP-ek, które złączą się niebawem w longplay „Bronco”) brakuje może ciemności znanej z poprzednich wydawnictw artysty, przynajmniej pod względem muzycznym. Dziś Peck jest już częścią stajni (przepraszam) Columbii i łatwo zauważyć, że wielka wytwórnia pozwoliła mu na wielki rozmach. Nowy, gwiazdorski status to jednak nowe bolączki i wątpliwości, którym również daje wyraz w najnowszych utworach. Wracając do muzyki: sam artysta wspominał, że inspirował się tym razem nie tylko country, ale i kalifornijską psychodelią z lat 60. i 70. Dodałbym do tego jeszcze choćby Motown w Spectorowskim wydaniu (singiel „C’mon Baby, Cry”).

Zresztą co tam country i inne stylistyki, Peck potrafi po prostu pisać dobre, nośne numery. A to – choć co bardziej wyrafinowanym słuchaczom trudno to czasem przyznać – jest w szeroko rozumianym popie najważniejsze.