Nr 24/2025 Na dłużej

Od „Oh Yeah!” do „Ano!”

Bartosz Leśniewski
Literatura Muzyka

Najntisy odjechały nam już na tyle daleko, że książki na ich temat są stałym elementem rynku wydawniczego. Opowieść o czasach przełomu lat 80. i 90. przez pryzmat przedmiotów i obyczajów zaproponowała kilka lat temu Olga Drenda w książce „Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji” (Karakter, 2017) – której sukces wzniecił falę refleksji nad kulturą tamtego okresu. Pozostańmy tylko przy muzyce. Na tereny muzyczne o charakterze postępowym chwilę później wypuścił się Rafał Księżyk w „Dzikiej rzeczy: polska muzyka i transformacja 1989-1993” (Czarne, 2020), a Monika Borys w książce „Polski bajer. Disco Polo i lata 90.” (W.A.B., 2019) zajęła się rozrywką z przeciwległego bieguna. Bywały też ujęcia gatunkowe i środowiskowe tylko w części nachodzące na ostatnią dekadę XX wieku, czego przykładem „30 lat polskiej sceny techno” (Krytyka Polityczna, 2021) pod redakcją Łukasza Krajewskiego, Radka Tereszczuka i Artura Wojtczaka, a biografie i wywiady rzeki – już z indywidualnej perspektywy – znacznie wcześniej rzucały światło na tę dekadę. Teraz przyszła pora na mainstream. Za polski pop wziął się Tomasz Lada.

Autor ma spore doświadczenie w pisaniu o muzyce. Opublikował biografię „Apteka. Psychodeliczni kowboje. Kawałki o zespole przeklętym” (In Rock, 2020) oraz książkę „Zagrani na śmierć. Mroczne ścieżki polskiego undergroundu” (Czarne, 2022), przybliżającą postaci przedwcześnie zmarłych muzyków polskiego podziemia: Jana Rołta, Dariusza „Skandala” Hajna i Roberta Sadowskiego. W latach 90. publikował teksty między innymi w „Tylko Rocku” oraz w „Brumie”. Współtworzenie rynku muzycznego z perspektywy dziennikarza sprawiło, że autor zwinnie porusza się pomiędzy najważniejszymi momentami tamtych czasów – a my wraz z nim.

Całość składa się z trzynastu rozdziałów, z których jedenaście ma daty roczne. Właśnie w nich została opowiedziana historia tej dekady. Jest jeszcze interesujący suplement (rozdział „2001-2025”), w którym losy największych bohaterów tamtych lat doprowadzone zostały do roku 2025, oraz będący czymś na kształt wstępniaka „Soundtrack”, czyli lista płyt stanowiąca według autora idealne tło dźwiękowe pod lekturę. I tak zaczynamy od De Mono „Oh Yeah!” (Zic Zac, 1990), a kończymy na Brathankach „Ano!” (Sony Music Polska, 2000), pomiędzy odnotowując większość istotnych dla zagadnienia wydawnictw. Graniczne tytuły dość trafnie ukazują zmiany, jakie zaszły w polskiej muzyce rozrywkowej tego okresu – od z utęsknieniem zapatrzonego w zachodnie wzorce uładzonego męskiego rocka po lekką muzykę rozrywkową z kobiecym wokalem romansującą ze strywializowanym folkiem.

„Wszystko jak leci” Lada stworzył metodą historii mówionej, którą sprawdził już w „Zagranych na śmierć” i która wydaje się niezłą formą dla takiej opowieści. Autor oddaje głos ludziom tworzącym popowy rynek lat 90.: osobom związanym z wytwórniami płytowymi, dziennikarzom ówczesnych czasopism, twórcom radiowym oraz muzykom. Książka w dużej części składa się z wypowiedzi osób, które akuszerowały latom 90., przez całą dekadę ustalając powszechnie obowiązujące gusty, decydując o programie wydawniczym oraz radiowej i telewizyjnej ramówce. Silnie obecny jest zatem głos wydawców: Marka Kościkiewicza (założyciel i lider zespołu De Mono, założyciel wytwórni Zic Zac oraz dyrektor generalny BMG Poland), Andrzeja Puczyńskiego (muzyk, realizator, założyciel wytwórni Izabelin Studio, prezes wytwórni PolyGram Polska i Universal Music Polska) oraz włodarzy innych wielkich wytwórni (m.in. Piotr Kabaj, Tomasz Kopeć, Andrzej Paweł Wojciechowski, Piotr Nagłowski, Grzegorz Stabeusz). Sporo miejsca dostają również dziennikarze: Piotr Metz, Andrzej Horubała, Maciej Chmiel, Grzegorz Brzozowicz, Tomasz Żąda, Filip Łobodziński, Rafał Księżyk. Osobom spoza branży te nazwiska mogą dziś niewiele mówić, ale w tamtym okresie wiele z nich miało realny wpływ na to, czego słuchaliśmy, co oglądaliśmy i czytaliśmy na temat muzyki. Pomimo prób nie ze wszystkimi ważnymi postaciami udało się jednak autorowi skontaktować. Na wypowiedzi nie udało się namówić Katarzyny Kanclerz (odkrywczyni zespołu Hey z ramienia Izabelin Studio, tzw. „żelazna dama” polskiego rynku wydawniczego lat 90.), Kuby Wojewódzkiego (ówczesny dziennikarz radiowy oraz redaktor czasopisma „Brum”), Piotra Klatta (Róże Europy) oraz Krzysztofa Szweda (prezes firmy Eska sp. z o.o., wydawcy kasowej płyty Róż Europy „Poganie! Kochaj i obrażaj” zawierającej wielki hit „Jedwab”). Tylko ostatnia ze wspomnianych osób wprost odmówiła współpracy z Ladą. Szkoda, bo ich głosy mogły ciekawie dopełnić kreśloną panoramę.

Definicja popu przyjęta przez autora jest dość szeroka. Dotyczy to zwłaszcza pierwszej połowy lat 90., gdzie spora część wypowiedzi oscyluje raczej wokół rocka. Był to czas, kiedy ten gatunek święcił największe triumfy, a pop w powszechnym rozumieniu dopiero się u nas na nowo kształtował. I tak Wilki, Róże Europy, Golden Life czy Hey bez problemu kwalifikują się do tej opowieści. Lista nieobecnych jest jednak bardzo długa. Zabrakło miejsca dla innych, odnoszących wtedy sukcesy. Brakuje zwłaszcza zespołu Ira, ludycznego, sprzedającego wielkie ilości płyt Big Cyca oraz multiplatynowców jeszcze z poprzedniej dekady, czyli Kultu i T.Love oraz solowych poczynań Kazika i Szwagierkolaski. Nieobecny lub ledwo napomykany jest również Lady Pank, który odnotował mocny i stały powrót w 1994 roku, a w ledwie kilku słowach zamknięto kasowy tour de force Budki Suflera, z jej milionowym nakładem płyty „Nic nie boli tak jak życie”. Z drugiej strony spore partie opowieści poświęcone zostają Republice czy Grzegorzowi Ciechowskiemu, choć to w dużej mierze zasługa opisów współpracy producenckiej Obywatela G.C. z Justyną Steczkowską, która jest jedną z bohaterek książki. Dziwi za to wielka nieobecność Roberta Chojnackiego, który płytą „Sax And Sex” rozbił bank i Formacji Nieżywych Schabuff – „Fantomas” wydany w 1995 roku z utworem „Lato” był i nadal jest mocnym szlagierem letnich miesięcy. Wiele miejsca nie dostały też Elektryczne Gitary, których dwie pierwsze płyty były potężnym sukcesem komercyjnym na styku muzyki rockowej i popowej, a w drugiej połowie lat 90. udowodniły, że obecność w soundtracku kasowego filmu jest kluczem do prawdziwego sukcesu. Nie ma też słowa o Liroyu, którego „Albóóm” sprzedał się w wielkim nakładzie. Zdaję sobie sprawę, że stylistycznie często nie jest to pop, ale w związku z niejasnymi kryteriami doboru omawianych karier i rozszczelnieniem dokonywanym przez samego autora można byłoby poszerzyć spektrum zagadnienia o kilka gorących pozycji tamtych lat. Nie zostaje uwzględniona również prasa młodzieżowa w stylu „Bravo” lub „Popcorn”, kształtująca gusty najmłodszych. Poza zasięgiem jest również „Tylko Rock”, jedno z niewielu pism funkcjonujących do dzisiejszego dnia, które – choć skupiało się na muzyce rockowej – miało wielki wpływ na słuchaczy pierwszej połowy lat 90.

Skupmy się jednak nie na tym, czego w książce Lady nie ma, lecz na tym, co w niej jest. Większość branży wydawniczo-dziennikarskiej z nostalgią wspomina czasy dzikiej transformacji oraz możliwość kształtowania rynku w stopniu dziś trudnym do wyobrażenia. Świadomość symbolicznego sprawowania władzy nad gustami oraz możliwość realnego kreowania mód pobrzmiewa dalekim echem w wielu wypowiedziach. Początek książki przywołuje optymistyczne czasy początków transformacji, nadziei na zmianę, zbliżenie do Zachodu i coś, co można nazwać normalizacją rynku wydawniczego. Pomiędzy naiwnością lat 80., wolną amerykanką początku kolejnej dekady, a twardymi kapitalistycznymi zasadami jej drugiej połowy znalazło się miejsce na kilkuletni przesmyk, kiedy o upodobaniach słuchaczy decydowali dziennikarze i wydawcy. W tym czasie następuje porządkowanie rynku muzycznego. Startują długoletnie kariery (m.in. Wilki, Hey), można zaobserwować też chwilowe wybuchy krótkotrwałej popularności (m.in. Róże Europy), jak i wielkie powroty bohaterów minionych epok (m.in. Maanam, Republika i Urszula). Powstaje i zostaje przyjęta też ustawa o prawie autorskim z 1994 roku – jeden z momentów kluczowych dla opowieści. Okiełznanie piractwa – dokonane dzięki uporowi polskich – wydawców oraz wprowadzenie prawnego porządku w tej dziedzinie sprawia, że… droga zachodnich korporacji do przejęcia naszego rynku została otwarta. Dla majorsów było to rozwiązanie idealne – tańsze i wygodniejsze niż samodzielne zaprowadzanie porządku na obcym terenie. Ich pojawienie się w krótkim okresie całkowicie zmienia sytuację. To właśnie wtedy rozpoczyna się kobieca ofensywa, debiutują lub nabierają tempa kariery między innymi Kasi Kowalskiej, Anity Lipnickiej i Edyty Bartosiewicz, a nadzieje wsparcia lokalnej branży oraz kulturowego i ekonomicznego zbliżenia się do Zachodu szybko rozpuszczają się w kapitalistycznych realiach eksploatacji przejętego rynku.

Mówiąc o rynku płytowym tamtych czasów, Grzegorz Stabeusz (pracownik MJM Music PL i PolyGram Polska) wspomina:

Tu chodzi o pieniądze. Dlatego nie ma się co oszukiwać: zachodnie koncerny weszły tu nie dlatego, że podobała im się Edyta Bartosiewicz, Agnieszka Chylińska, Kayah czy Varius Manx, ale dlatego, że chciały zarobić. Polskie firmy miały im otworzyć kolejny rynek zbytu dla ich gwiazd, wykonawców, w których zainwestowali pieniądze i z których chcieli czerpać jeszcze większe zyski. […] Dlatego można powiedzieć, że wejście koncernów zabiło trend z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, kiedy lansowani byli głównie polscy wykonawcy (s. 257-258).

Marek Kościkiewicz uzupełnia wątek, pokazując, czym różnił się idealistyczny początek dekady od jej sprofesjonalizowanego końca:

Zachodnie koncerny kupowały polskie firmy, żeby przejąć kanały dystrybucji oraz kontakty, zwłaszcza te istotne z punktu widzenia marketingu, czyli radio i telewizję (s. 251).

Nie utrzymałbym wykonawców kalibru Kayah czy Varius Manx w firmie. To był czas, kiedy oni wszyscy wierzyli, że możliwe są kariery na Zachodzie, więc myśleli o majorsach (s. 252).

Płacili mi [zachodni oddział wytwórni płytowej – przyp. BL], a jednocześnie mogłem się przyglądać i uczyć. Wcześniej moje działania były instynktowne. […] A teraz miałem zobaczyć, jak działa koncern fonograficzny. Bardzo mnie to interesowało (s. 255).

Przejście pomiędzy cudownymi czasami nowej Polski a twardymi regułami z dzisiejszej perspektywy wydaje się dość płynne, ale można je łatwo ulokować na osi czasu – to połowa dekady. Radosne i fanowskie wydawanie płyt zmienia się powoli w suche raporty słane do zachodniej centrali. Będące jednym z symboli początku lat 90. walizki z pieniędzmi stają się bezwzględnymi tabelkami. Telewizyjne programy oraz radiowe ramówki tracą swój indywidualny ton i zaczynają być mierzone codzienną słuchalnością, a rozhulana prasa muzyczna, do pewnego momentu utrzymująca się z reklam, zaczyna z miesiąca na miesiąc tracić czytelników. Wszystko skupia się na jednym – na badaniu rynku, by jeszcze bardziej podkręcić wyniki sprzedaży. Zmiany w zarządzaniu przekładają się na zmiany repertuarowe – od kobiecego popu lansowanego w połowie lat 90. po coraz silniejsze przyswajanie rozwiązań z Zachodu – z tworzeniem boysbandów na czele. W całym tym mechanizmie znajdują się odstępstwa od reguł – Kayah i Bregović czy Ich Troje. Te niespodzianki repertuarowe są wytwórniom tym milsze, im więcej zysku przynoszą. Nigdy jednak nie sprawiają, że polskie oddziały zyskują jakąkolwiek niezawisłość.

Wypowiedzi samych artystów wydają się tu w mniejszości, jakby muzyka była przypisem do branży wydawniczej. Ich głosy są tylko uzupełnieniem chóru wydawców i dziennikarzy. Ta symboliczna mniejszość może doskwierać, bo szerokie konteksty biznesowe nie są równoważone perspektywą drugiej strony. Reprezentantami grupy twórczej są muzycy z zespołów Golden Life, Big Day, Latawce oraz Alicja Borkowska (wokalistka w musicalu „Metro”) i Yaro. Żaden z tych artystów nie funkcjonuje w dzisiejszym mainstreamie. Ten skromny wybór można odczytywać jako odważną reprezentację zmielonej i wyplutej przez maszynkę biznesową grupy artystów, którzy dziś mogą opowiedzieć swoją historię, nie dbając o spadek sprzedaży czy wypadnięcie z łask wytwórni i mediów. W kontrze staje wyraźna nieobecność artystów najbardziej popularnych – i to zarówno tych, których kariery dawno się skończyły, jak i tych do dziś jadących na wózku popularności, która nabrała pędu trzy dekady temu. Możliwe, że musi jeszcze trochę czasu upłynąć, żeby mogli opowiedzieć swoją wersję tamtych czasów.

Branża wydawnicza, która w latach 90. miała swój prime time, poza majorsami została pominięta – i tych kontekstów nieco brakuje. Dominacja głównych graczy sprawia, że opowieść pobrzmiewa jednym, na dłuższą metę dość monotonnym tonem. Marginalnie wspominane lub zupełnie pominięte zostały wydawnictwa odnoszące sukces, ale wydane przez artystów własnym nakładem lub przez mniej znane lub niezależne labele (m.in. Ara, New Abra, SP Records). Reprezentantem mało znanych i dziś zupełnie zapomnianych grup jest zespół Latawce. Jego historia może być symptomatyczna dla pierwszej połowy dekady. Druga połowa lat 90. cechowała się jednak inną dynamiką. Brakuje zatem wypowiedzi tych, którzy wtedy w wielkim pędzie przemknęli przez ówczesne media. A lista potencjalnych rozmówców mogłaby być całkiem spora: Atmosphere, Firebirds, For Dee, Hopsa, Lizar, Magma (projekt sekcji rytmicznej muzyków z De Mono – Dariusza Krupicza i Piotra Kubiaczyka), Rotary… O wszystkim i o wszystkich napisać się nie da, ale poszerzenie skromnej reprezentacji artystów pozwoliłoby na wzbogacenie opowieści o kolejne indywidualne wątki.

Pomimo drobnych braków uchwycony przez Ladę wielogłos idealnie wpisuje się w znane nam opowieści o epoce transformacji. Rynek muzyczny nie różnił się bardzo od innych dziedzin gospodarki i podlegał tym samym ogólnym mechanizmom, co ona. Pewnie dlatego w wypowiedziach wielu rozmówców prócz melancholii pobrzmiewa gorzka świadomość zmian, których byli aktywnymi uczestnikami. „Wszystko jak leci” to historia osób, które w dużej mierze w taki czy inny sposób były odpowiedzialne za sprzedaż rodzimego rynku muzycznego. Twórcy – co nie jest niczym wyjątkowym – byli tylko bierną stroną tej transakcji.

Bilans zysków i strat nie prezentuje się zatem najlepiej. Od strony artystycznej też nie jest różowo. Co nam jednak zostało z tamtych lat? Mainstreamowa produkcja właściwie nie pozostawiła po sobie arcydzieł, a płyt reprezentujących większe ambicje artystyczne jest naprawdę niewiele. Oczywiście, nie taki był cel ówczesnej produkcji. Podczas słuchania tytułów polecanych przez autora można zauważyć, że koniunkturalne kopiowanie wzorców z Zachodu źle się zestarzało. Naśladowczy charakter znacznej części tamtego dorobku jest dziś trudny do zaakceptowania, a sentymentalne relacje łączące nas z przebojami z tamtych czasów – wspartych rzecz jasna pamiętnymi wideoklipami – to z perspektywy artystycznej trochę za mało, by całościowo ocenić ten dorobek pozytywnie.

Książka Lady jest w tej samej mierze portretem minionej epoki, co studium jej długiego trwania i nieprzemijalności: wypracowane wtedy metody działań – dość szczegółowo przez autora uchwycone – są dziś wyraźnie wyczuwalne nawet przy pobieżnym kontakcie z branżą muzyczną. „Wszystko jak leci” jest dowodem na to, że jak leci wszystko, to później niewiele z tego zostaje. A to, co zostaje, raczej nie zachwyca.

Tomasz Lada „Wszystko jak leci. Polski pop 1990-2000”
Czarne
Wołowiec 2025