Nr 24/2025 Na dłużej

Dziecinna otwartość na wspólną głupotę

Mateusz Sroczyński Olaf Deriglasoff Tymon Tymański
Muzyka Rozmowy

Z zespołem Kury rozmawia Mateusz Sroczyński

Mateusz Sroczyński: W ubiegłym roku na koncercie, zagranym w ramach trasy promującej wznowienie „P.O.L.O.V.I.R.U.S.-a”, zapowiedzieliście nową płytę Kur. Pomyślałem wtedy, czy to nie jest najprostsza droga do uprawiania autoparodii?

Olaf Deriglasoff: Przede wszystkim zrobiliśmy to dlatego, że kochamy nagrywać płyty i kochamy siebie nawzajem. Robienie ze sobą rzeczy jest dla nas zajebistą przygodą. Współpraca, którą podjąłem z Tymonem, jest dla mnie bardzo ożywcza. Znamy się od jakichś czterdziestu pięciu czy pięćdziesięciu lat, a „Uno Lovis Party” to dopiero nasza druga wspólna płyta.

Tymon Tymański: Jest to nasza pierwsza płyta, na której panuje zasada egalitaryzmu. Mimo zaawansowanego wieku, postanowiliśmy zabawić się jak dzieci i stworzyć quasi-beatlesowski band z czwórką muzycznych mutantów, wybijających się songwriterów i instrumentalistów, którego osią jest nasze twórcze przymierze w klimacie współpracy spółki Lennon/McCartney.

O.D.: Tymański tym razem ustąpił nam wyjątkowo dużo miejsca, jeśli chodzi o liderowanie, ale tak naprawdę pozostał liderem. W najważniejszych sprawach zwracamy się do niego. Ale w naszej szalonej, nowej przygodzie posunął się na siedzeniu kierowcy w małym Fiacie do tego stopnia, że mam tam całkiem wygodnie.

T.T.: Myślę, że podczas nagrywania wielokrotnie oddawałem kierownictwo tobie i Szymkowi.

O.D.: To fakt. Co za tym idzie – świetnie się czuję w tym układzie. Trudno się gra w kapeli komuś, kto przez ostatnie dwadzieścia pięć lat prowadził swoje zespoły, a nagle nie jest u siebie i nie ma nic do powiedzenia. Jestem ja, jest Szymek Burnos, jest Alan Kapołka i jest Tymon. Stworzył się fajny, partnerski zespół. Tymon powiedział o tym niedawno coś znaczącego: „Kiedyś myślałem, że to artysta jest geniuszem, ale to zespół jest geniuszem”.

T.T.: Jesteśmy fanami kolektywów pokroju The Beatles, The Doors, Velvet Underground, The Stooges, The Police, Joy Division czy Nirvany. W każdym z tych przypadków to zespół jest geniuszem. Doorsi są geniuszami, a nie Morrison i Manzarek. Republika jest geniuszem, a nie Grześ Ciechowski. Choć oczywiście trzeba oddać tutaj szacunek tym, którzy mieli pierwszą, klarowną wizję muzyki, którzy byli spiritus movens przedsięwzięcia.

O.D.: Było nam to potrzebne jako muzykom i jako przyjaciołom. I ewidentnie okazało się, że jest to potrzebne też paru innym osobom na zewnątrz.

T.T.: Były dwie koncepcje. Nasi przyjaciele – głównie dziennikarze muzyczni, ale nie tylko oni – mówili najczęściej: „Nie róbcie tego, nie wydawajcie płyty. Odbądźcie trasę na fali sentymentu za »P.O.L.O.V.I.R.U.S.-em« i rozpadnijcie się jak twarz Voldemorta w ostatnim Potterze”.

A czy nie oczekiwano, że „Uno Lovis Party” będzie „P.O.L.O.V.I.R.U.S.-em 2”?

T.T.: Zaraz o tym powiemy. Druga, cicha opcja była taka: „Zróbcie to. Jesteśmy fanami Kur i tęsknimy za nową muzyką”. Czemu myśmy poszli za tym cichym, kabalistycznym podszeptem duszy, wspartej prośbą małej grupy fanów? Otóż S7 wydało reedycję „P.O.L.O.V.I.R.U.S.-a” i nagle się okazało, że mnóstwo ludzi chce kupić tę płytę w nieco odnowionej formie. Mnóstwo ludzi chciało zobaczyć koncert na Inside Seaside, jakaś część fanów domagała się tymczasowej reaktywacji, żeby zobaczyć zespół w trasie z Olafem. Trzeba tu powiedzieć ważną rzecz. Przez te wszystkie lata trochę zapomnieliśmy o wielkim wkładzie Olafa Deriglasoffa w powstanie płyty „P.O.L.O.V.I.R.U.S.”. Olaf był drugą ważną osobą, która pracowała przy produkcji i aranżacji płyty na najwcześniejszym etapie. Współtworzył parę ważnych utworów pokroju „Dlaczego?” czy „Kibolskiego”, napisał „Sztany, glany”. Ja i Piotrek Pawlak przez te wszystkie lata walki w trio trochę zapomnieliśmy o Olafowym wkładzie w „P.O.L.O.V.I.R.U.S.-a”, który był albumem na tyle istotnym, że zdefiniował legendę grupy Kury i stał się osobnym bytem. Swego rodzaju słońcem albo czarną dziurą w centrum naszej galaktyki. Zatem zaprosiliśmy Olafa i oddaliśmy mu to, co królewskie – miejsce frontmana zespołu. Trasa była bardzo udana, kilkanaście koncertów po festiwalach i klubach. Gramy więc trasę, jesteśmy w fajnym, sekstetowym składzie, i nagle pod koniec dwóch muzyków mówi: „Było fajnie, ale czas na zamknięcie budy. Uważamy dalszą działalność za bezcelową, a nawet cringe’ową”. Powiedziałem: „Hola, zaraz. Ja tu zamykam i otwieram budę, panowie”.

Jednym z nich był Piotr Pawlak?

T.T.: Tak. Piotrek i Jacek Prościński nie czuli tego projektu. Wycofali się i nagrali własny, ciekawy materiał. Ja i Olaf poczuliśmy się deczko wystawieni, tym bardziej że rozmawialiśmy o dalszej aktywności. Mocno wsparł nas Szymek Burnos. Był jeszcze temat wydania materiału z Inside Seaside, takiego sobie zresztą…

O.D.: Tu byliśmy zgodni, że bez sensu jest wydawać płytę koncertową, bo takie płyty wydają albo zespoły, które się zaraz rozpadną, albo zespoły…

T.T.: …które potrzebują na remont w domu.

O.D.: Które nie mają nic do powiedzenia. A okazało się, że zarówno ja, jak i Tymański czy Szymek Burnos mamy do powiedzenia całkiem sporo.

T.T.: Znamy się z Olim od pięćdziesięciu lat i zawsze marzyliśmy o wspólnej kapeli. Pamiętam, że miałem jakieś siedemnaście lat. Byłem pięknym, młodym chłopcem, którego Olaf chciał zawsze puknąć. Nawet mu się to udało raz czy dwa. Żartuję, oczywiście.

O.D.: Puknąć na kasę, oczywiście.

T.T.: Tak, tak. Sporo jamowaliśmy, ale kiedy dochodziło do rozmowy o projekcie, to jakoś nam to nie wychodziło. Pierwsza, punkowa kapela o nazwie Pizda nie zaistniała, bo mieliśmy inne rzeczy na głowie, Olaf pojechał pracować do Berlina.

O.D.: Pracować? Ja się tam opierdalałem przez cały czas.

T.T.: No dobra, opierdalać. Potem po roku Olaf wraca i mówi do mnie: „Rysiu, można u was pomieszkać w pracowni na strychu?”. Ja mówię, że nie ma problemu, bo właśnie zostawiła mnie żona. Co prawda jest plus 10 stopni, ale ogrzejemy się muzyką. „Dobra, powaletuję u ciebie. Słyszałeś grunge?”. Znałem Nirvanę. Osobno kojarzyłem Rage Against the Machine, Red Hot Chili Peppers, podobał mi się Primus, ale grunge’u jako takiego nie znałem. Oli przyniósł mi kilkanaście kaset z Soundgarden, Jane’s Addiction, Mudhoney, Butthole Surfers i tym podobne. Mocno mną to tąpnęło. Po rozstaniu z żoną byłem rozjebany. Miałem dwadzieścia siedem lat, schudłem ze zgryzoty z dziesięć kilo, zacząłem się dziarać. Miałem dość jazzu i zamarzyłem, ażeby wrócić do rock’n’rolla. Olaf w tym czasie zasilił szeregi gdyńskiej kapeli Apteka. Znałem ją z okresu z Wanatem i Błasiakiem, lubiłem i szanowałem, choć Kodym nigdy nie był łatwym typem kolegi. Poszedłem na koncert Apteki w okresie wydawania „Mendy” i szczerze im pozazdrościłem charyzmy, publiczności, tekstów po polsku. Zaproponowałem Oliemu udział w mojej nowej postpunkowo-yassowej kapeli Trupy. Olaf powiedział zabawną rzecz, z której do dzisiaj się śmiejemy: „Rychu, mam trzydzieści dwa lata. Jestem już stary, nie mam siły na dwie kapele”. Dzisiaj Olaf ma sześćdziesiąt dwa lata i ma energię na pięć kapel. Jest postęp. Zapytałem go, czy chciałby pograć w Trupach, a on na to, że nie, bo za pięć lat wszyscy z tego składu umrą.

O.D.: Były to jednak ciągle dość skomplikowane utwory. Tymański ze swoim ADHD napisał numer pod tytułem „Maha Prajnia Paramita Heart Sutra”, który miał 108 akordów, a ja przecież jestem prostym rockmanem.

T.T.: I wreszcie Olaf pojawia się w sytuacji, kiedy na wiosnę 1996 roku piszę te głupie piosenki na „P.O.L.O.V.I.R.U.S.-a”, troszeczkę na zasadzie zabicia w sobie jazzmana. Poczułem, że wreszcie pojawiła się w mojej głowie jakaś taka spotworniała, posttotartowska transgresja. Dzwonię do Oliego i mówię: „Kochany, pomóż”. Wiedziałem, że Olaf ma podobne poczucie humoru. Jest inteligentny i błyskotliwy, umie pisać dobre piosenki, nie zna słowa obciach i w dodatku zna się na obsłudze komputera i samplera, dysponuje fajną technologią. Olaf na to jak na lato. Mówi, że wchodzi w projekt, że piosenki są bardzo głupie i bardzo śmieszne. Miał taką gotową piosenkę, napisaną jeszcze w Berlinie, nazywała się „Sztany, glany”. Zabraliśmy się razem za tworzenie pierwszego demo w postaci bodajże sześciu piosenek, to było w wakacje 1996 roku. Na jesieni mówię do Olafa: „Weźmy na producenta Picia Pawlaka, on nienawidzi piosenek i zaleje je smołą, co dobrze im zrobi”. Zaczęliśmy się spotykać we trójkę w sopockim mieszkaniu Olafa, siedzieliśmy tam jakoś od października 1996 do lutego 1997 roku. Ustawiliśmy z Darkiem Diktim z Biodro Records sesję na kwiecień 1997 roku i puściliśmy to nasze profesjonalne demo Jerzemu Mazzollowi. A ten mówi, że to bardzo fajny materiał i warto to wydać jako Kury, bo szkoda pauzującego zespołu. Potem była słynna, trzytygodniowa sesja, goście pojawiali się i wychodzili, a my kręciliśmy bekę. Po wydaniu płyty nastało parę cichych miesięcy, ale kiedy gówno wyjebało… Nie było czego zbierać. Ot i cała historia. No i teraz rzeczona płyta staje się kulą u nogi.

Mam wrażenie, że przez nostalgię za „P.O.L.O.V.I.R.U.S.-em” staliście się zakładnikami jego sukcesu.

O.D.: Sukces był znaczny i do dalszego skonsumowania, tylko że ta złota kura została zarżnięta. Na koncertach już po „P.O.L.O.V.I.R.U.S.-ie”, na których byłem, piosenka jako taka występowała w formie szczątkowej. Poleciała pierwsza zwrotka, a potem przez pół godziny następowała improwizowana faza.

T.T.: Piotrek Pawlak miał wtedy negatywny stosunek do piosenek w ogóle. Kiedyś, w przypływie szczerości, powiedział też, że nie znosi wokalistów oraz kamerowego zbliżenia na śpiewające usta. To akurat całkiem zabawne.

Kiedy pisałem kawałki do „Wesela” Wojciecha Smarzowskiego, powiedział coś w stylu: „Nie stoi mi do tego”. Gdyby mu stanął, to Kury wyprodukowałyby bardziej artystycznie pojebane „Wesele”, ale, jak rozumiemy, nie stał mu do tego. Dziś rozumiem, że trochę przez to musiałem zgodzić się na rozpad mojego The Clash i przez dwadzieścia lat firmować przydupasowską kapelę Tymon & The Transistors w klimacie The Mescaleros Joe Strummera. Trochę tu żartuję, bo oczywiście wielki wpływ na rozwiązanie Kur miała tragiczna śmierć Jacka Oltera. Zresztą Tranzystory miały swoje highlighty w postaci „Wesela”, „Bigos Heat” czy „Polskiego gówna”, ale mankamentem tej kapeli była dominacja tak zwanego lidera absolutnego, czyli mnie, rzec można, rozdętego sterydami władzy i samowiedzy. No i w końcu, po latach, pojawia się Olaf i mówię: „Stary, odwróćmy tę nieszczęsną sytuację i zróbmy wreszcie jakieś fajne, proste piosenki”. Pomijając pół roku smuty, zrobiliśmy dwadzieścia pięć bardzo fajnych numerów. Mamy demo, na którym dzieje się coś w stylu „Białego albumu” Beatlesów. Dwupłytowe, dekonstrukcyjne, głupkowate, energetyczne, anarchistyczne, rozjebane zupełnie. Zamierzamy je jeszcze wydać w surowej formie jako „Fioletowy Album”. Biedny Szymek Burnos vel Szeldon Kaffka, jak go pieszczotliwie nazywamy – wybitny pianista, ciekawy wokalista i autor muzyki – powiedział błagalnie: „Drodzy panowie, jesteście srogo pierdolnięci. Jesteście dwoma boomerami z ciężkim ADHD, którzy przekrzykują się nawzajem. To cudowne, jest moc, ale ja zaraz zwariuję. Jako kierownik muzyczny tej kapeli proszę o przedstawienie propozycji nad produkcją dwunastu najlepszych piosenek”.

O.D.: Przeważyła również praktyczna strona przedsięwzięcia, ponieważ dwupłytowy album robi się dwa razy dłużej niż jednopłytowy. Żeby to skończyć, musieliśmy obniżyć swoje oczekiwania, poskromić coś, co na potrzeby tej rozmowy nazwijmy „kreatywnością”, ale chodzi zdecydowanie o coś więcej.

T.T.: I teraz wyobraź sobie taki manewr, że zespół Kury, w tym naszym kosmicznym wehikule Enterprise V, ma poważną misję, aby odbić się od Słońca i ostatecznie wybrać nowy kierunek podróży. Bo nie da się tego „P.O.L.O.V.I.R.U.S.-a” ominąć, trzeba się od niego odbić i, korzystając z prawa rykoszetu, podryfować w czeluść kosmicznej próżni. To się stuprocentowo udało. Wiedzieliśmy, że musimy do tamtej płyty nawiązać. Nawet w tytule jest pewna enigma, jak pewnie już wiadomo. Aktualnie gramy na koncertach piosenki z „P.O.L.O.V.I.R.U.S.-a” i numery z „Uno Lovis Party”, no i one się ciekawie zazębiają. Nawet na Spotify widać, że ludzie tej nowej płyty słuchają, coś zażarło. Był trudny moment, startowaliśmy prawie od nowa, ale wyszło na nasze. Wreszcie nie ma w tej kapeli nikogo, kto sabotuje powstanie piosenek z dobrymi refrenami. Mam wielką frajdę z tej reaktywacji, bo wreszcie poczułem, że to jest zespół, który może zagrać wszystko. Generalnie będę mówić, że gramy prześmiewcze i transgresyjne rzeczy w okolicach stylistyki Zappy, Residentsów, Becka czy Pattona i jego Mr. Bungle, ale jest w tej nowej konfiguracji również coś z Beatlesów czy Skaldów. Wspomniany egalitaryzm, upodobanie do szkatułkowej baśniowości, wreszcie dziecinna otwartość na wspólną głupotę oraz zapierającą dech w piersiach przygodę.

Jest trzech nas wokalistów, trzech kompozytorów oraz tekściarzy. W marcu tego roku doszedł do nas Alan Kapołka, który jest wybitnym perkusistą. Mówię o nim, że wygląda jak John Bonham, a gra jak Vinnie Colaiuta. Można złośliwie powiedzieć, że wyrwaliśmy najładniejszą laskę w mieście. Wcześniej czuliśmy, że płyty nie nagramy, bo nie mieliśmy bębniarza z podobną inteligencją, inwencją i szwungiem. A Alan Kapołka jest świetnym technikiem, wręcz cyrkowcem, a do tego jest szalenie dowcipny. Bardzo się cieszymy z tej naszej nowej wolty, wręcz ją hołubimy, pieścimy, dmuchamy na nią. Mamy pomysły na pięć płyt, każdą w innej stylistyce.

fot. Karolina Janicka

Wydaje mi się, że Mr. Bungle wymieniasz nieprzypadkowo. Wcześniej konstruowaliście żarty wokół bardzo ostro zarysowanych klisz gatunkowych, a teraz brzmicie, jakbyście się nasłuchali tych pulpowych postmodernistów, którzy w jednym utworze mieszali wszystko na raz, jak Patton czy Zorn.

O.D.: „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” był tak naprawdę niewinnym eksperymentem. Nie wiedzieliśmy, co robimy. Konstruowaliśmy amatorską bombę z opóźnionym zapłonem. Tym razem bardzo dobrze wiedzieliśmy, co chcemy uzyskać. Nastawienie i poziom doświadczenia mają wpływ na to, jaką płytą jest „P.O.L.O.V.I.R.U.S.”, a jaką „Uno Lovis”. Jesteśmy zupełnie innymi ludźmi, minęło dwadzieścia siedem lat. Wtedy Tymański powiedział, że wymyślił zespół, który będzie grał disco polo z bardzo dziwnymi tekstami. Cała ta przejażdżka po stylach pojawiła się dopiero później, kiedy doszli Jacek Olter, Piciu i Mazzoll, a także Możdżer, który właściwie tylko się dogrywał. Pierwsze numery to były „Dlaczego?”, „Śmierdzi mi z ust”, „Jesienna deprecha”, „O psie”, „Kibolski” i „Sztany, glany”. Przecież na początku płyty nie firmowały Kury, tylko nasz duet. W tym czasie dostałem propozycję od Maćka [Maleńczuka – przyp. MS], by dołączyć do Homo Twist. Uznałem ją za ciekawą, wyczułem tam szansę na przygodę. Zawsze ciągnęło mnie tam, gdzie była jakaś awantura, dlatego teraz właśnie znowu jestem z Tymonem. Tak jak wcześniej powiedział, to właśnie Mazzoll zasugerował, żeby ten materiał robić dalej pod szyldem Kury, bo zespół dawno coś grał. Z tym nie miałem już nic wspólnego.

T.T.: Jestem dzieckiem postmodernizmu, które wychowało się na „Białym albumie” i „We’re Only in It for the Money” Mothers of Invention. Tę pierwszą usłyszałem w wieku lat trzynastu i wtedy jakby znienacka nastąpiło moje muzyczne dojrzewanie. Wstałem z podłogi zastawionej Indianami i żołnierzykami, bo usłyszałem muzykę, która mnie rozpierdoliła. Tę drugą puścił w radiu Marek Wiernik, miałem wtedy piętnaście lat. To „We’re Only in It for the Money” była w jakimś sensie inspiracją do „P.O.L.O.V.I.R.U.S.-a”. Tam masz wszystko, całą popierdoloną Amerykę. Gdy ludzie mnie pytają, czy mogę nagrać album w jednym stylu, odpowiadam, że nie mogę, bo wychowałem się na tych płytach. Do tego dołóżmy jeszcze wspaniałego kameleona Bowiego, aspergerycznego Popa, mizantropicznego, ale jakże dobrze rozumiejącego ludzką naturę Reeda. Genialnego Beefhearta, wyjątkowych Residentsów, radykalnego ikonoklastę Zorna i jego Naked City, pokurwieńców w stylu Pattona i jego „Mondo Cane”, Becka z „Mutations” i „Midnite Vultures”, wreszcie luminarzy slack rocka na czele z DeMarco. Ale tak naprawdę wszystkie moje płyty są próbą zrobienia czegoś w stylu „Revolvera” albo „Białego albumu”. Uważam, że jeśli ktoś przychodzi na koncert i słyszy balladę po balladzie i po balladzie, puszcza pawia z nudów i wychodzi. Weźmy takie Radiohead czy Coldplay – ten zbyt miękki element potrafi być nieznośny. Dla mnie ciekawiej jest, gdy przychodzisz i słyszysz metal, psalm, etno, gospel, potem ambient. Zawsze marzyłem o kapeli, która będzie miała pięć odsłon, pięć twarzy. Pop o bezdomnych, free metal, idiotyczne country. Po co robić pięć kapel, które grają różne rzeczy, skoro można zrobić jedną popieprzoną. Nieobecny tu Szymon powiedział mądrze: „A może zróbmy tak, że każdy numer będzie po prostu osobnym światem”.

Trochę jakbyście wracali do słynnej koncepcji składanki z piosenkami fikcyjnych zespołów: Papa Mobile, Pedalsi…

T.T.: Jeszcze byli Księgowi, Masażyści, Płk Kalita. Tak, to jest mocarny, abstrakcyjny witz, spotęgowany przez silne osobowości muzyków. Każdy z nas jest bardzo osłuchany i każdy kocha skrajnie różne rzeczy. Dzisiaj gadaliśmy z Alanem o Albercie Aylerze, Eriku Dolphym, Cecilu Taylorze. Wysyłamy sobie muzykę Rahsaana Rolanda Kirka, uwielbiamy zarówno Deusa, Sonic Youth, jak i Ornette’a Colemana.

O.D.: Uwielbiamy dzikie rzeczy, ale płyta Toma Waitsa „Closing Time” jest jedną z moich topowych pozycji. Obok jest jeszcze Meshuggah, Andrzej Panufnik, Mastodon.

T.T.: Jesteśmy na tyle wszechstronnymi muzykami, że potrafimy grać pastisze i pisać w różnych stylach. Ale gdybym miał grać metal czy poezję śpiewaną – z całym szacunkiem – to bym się zrzygał po trzech numerach. Współczuję młodzieży, która idzie na koncert swojej ulubionej metalowej tudzież post-discopolowej kapeli i myśli sobie: „O Jezu, muszę to wytrzymać”. Chcę tak jak Bob Marley, którego mottem było: hit me with music. Rozpierdol mnie muzyką, żebym chciał tu zostać godzinę, bo jest świetnie.

O.D.: A entropia przyspiesza. Rozejrzyjmy się – nie wiadomo, czy te domy będą tu stać za dziesięć lat.

T.T.: O właśnie, jeszcze jedną ciekawą rzecz ci powiem. Kury mają dorobioną gębę wesołków…

Którą, jak się zdaje, postanowiliście zachować.

T.T.: I tak, i nie.

O.D.: Ale my nie jesteśmy wesołkowaci. Możemy być szczęśliwi, możemy być uśmiechnięci, możemy być rozbawieni, w nastroju sowizdrzalsko-patafizycznym.

T.T.: Olaf, na przykład, jest bardzo smutny, tylko cały czas udaje wesołka. Kasa musi się zgadzać.

O.D.: Bardzo smutny nie jestem, ale refleksja musi być. Jeśli mamy tylko jedną twarz, jedną z tych dwóch greckich masek, to coś jest nie tak. Ta równowaga musi zostać zachowana, więc teksty są głupkowate. Ale weźmy na tapet „Pieśń o pleśni” – tu nie ma kpiny. Najbardziej mi się podoba, gdy Tymański pozwala sobie jednak na pewien rodzaj powagi: „ciemność jest w nas / tulmy diabła, póki czas”. Żeby tylko nie wyszedł kiedyś na ulicę i nie obciął komuś głowy.

T.T.: Szymon jest z nas najbardziej delikatny i to jest bardzo fajne, bo broni tych wszystkich nieutulonych. Prosi nas, żebyśmy zachowali jeden styl i smak, żeby specjalnie nie przeklinać i nie epatować seksem w tekstach typu: „pindol kocha cipkę”.

O.D.: Też o to prosiłem, bo dla mnie to są teksty piętnastolatka, które będą mi się kojarzyć z zespołem Big Cyc. Jak ci goście mogą grać w takim zespole? To są moi kumple, ale serio – to jest jakaś koniobijska nazwa, przy której mam ciary żenady na plecach.

Nie o tym śpiewacie w „Mam Tourette’a”? Jest tam figura gościa, który ciągle powtarza takie żarty, aż w końcu zostaje scancelowany.

T.T.: Przy walce o teksty było dużo rozmów o zaburzeniach. Szymon, który nas opanowuje i jest naszym kierownikiem muzycznym, czasem też literackim, mówi: „Panowie, za dużo zaburzeń!”. Akurat u mnie w szkole jest trochę dzieciaków, wszystkie na tabletkach i na terkach.

O.D.: Nasze dzieciaki też są na terapiach, w porywach do pobytu stałego.

T.T.: Więc piosenka „Wiosenny szał” miała być o hipomanii, o ADHD. Chciałem skonfundować ludzi, którzy twierdzą, że nazywanie psa Cygan albo Murzyn jest niestosowne. Albo zauważyć, że kiedyś się mówiło, że rower ma dwa pedały, a teraz ma dwa geje. Chodziło mi o to, żeby nie przesadzać z wrażliwością, która polega na tym, że dziś ludzie obrażają się na wszystko. Koniec końców „Wiosenny szał” wyczyściłem z elementów zaburzenia i został neutralny. Natomiast w „Touretcie”, którego Szymon pierwotnie nie chciał, zrobiliśmy taki cwany numer, że Olaf pięknie zaśpiewał sennym Wodeckim, a Szeldon zaśpiewał łagodnym głosem geja Damiana. Refren zaśpiewałem w klimacie manieryzmu à la lata 80. No i się wszystko popierdoliło. Teraz jest trochę tak, że nie wiadomo, o co chodzi.

Jak to powiedział Ringo Starr, „I never knew what Beatles supposed to be singing about. Actually, it was about everything” [„Nigdy nie wiedziałem, o czym Beatlesi mają śpiewać. Ostatecznie śpiewali o wszystkim”]. Było o Lewisie Carrollu, jego „Alicji w krainie czarów”, o magii dzieciństwa, o LSD, indiaństwie i psychodelii, o miłości, o śmierci. Tu się to pomieszało.

No to – nawiązując do Ringo Starra – czym mają być Kury w przyszłości?

T.T.: Kiedyś powiedziałem Lechowi Janerce przy butelce wina: „Wiesz, jaki mam zarzut do was – do ciebie, Grześka Ciechowskiego, wspaniałych liderów Brygady Kryzys? Macie problem z utrzymaniem zespołu. Zawsze jest walka o dominację i nie ma szacunku do synergicznego ducha zespołu”. A Lechu na to, że jego właśnie wywalili z Mitffocha, ponieważ uznali, że jest zbyt dziwny. Dawny perkusista Miłości, topolog-matematyk, miał kilkumiesięczny staż w Anglii. Powiedział mi kiedyś: „Rychu, Angole są jacy są, natomiast oni kochają ansamble, synergię. Jest tam szacunek do kolektywnego działania, a w Polsce panuje taki motyw, że »to ja jestem zespół!«”. I to jest duży problem. Pokaż mi zespół, który nagrał sześć czy osiem dobrych płyt. Tam masz Police’ów, masz Beatlesów, masz Doorsów. W Polsce jest tak, że zespoły się rozpadają, zanim stworzą coś wybitnego, bo lider niespodziewanie mówi: „Zespół to ja!”.

O.D.: Homo Twist się tak właśnie rozwalił. Kompletnie bez sensu.

T.T.: Widzę, że te płyty Kur są lepsze niż moje płyty solowe. Na większości solówek są dwa-trzy dobre numery – tak jak u Lou Reeda, Iggy’ego Popa czy Bowiego. Bowie miewał dobre płyty pokroju „Hunky Dory” czy „Ziggy Stardust & the Spiders from Mars”. A jednak w większości przypadków na jego płytach rządziły fillery i gnioty. Zespół pewnie mu mówił: „David, syp te krechy, płać za hotele i papu!”. A w Kurach przychodzi Olaf z fajnymi numerami, Alan wybiera, że coś mu się nie podoba, a coś tu można zmienić, Szymon przynosi jakiś numer, my go lekko modyfikujemy – i to jest to. To jest jakość, która mnie na tyle jara, że jestem gotów postawić na tego konia i zobaczyć, co będzie dalej. Jest to też dla mnie rodzaj odciążenia, bo mogę sobie usiąść z tyłu busa, a nie prowadzić. Mam też swoje inne składy, gram solo, ale w dobrym zespole, takim jak ten, Olaf może mnie czasem czymś zadrażnić, ale przyniesie na przykład taki „Babilon” i po prostu słyszę, że jest tam świetny refren. Lubię kapele wdrażające idee synergii, która oznacza zaufanie do połączenia umysłów i talentów. Właśnie w to celujemy. To mnie jara – że jest zespół, jest kolektyw, w którym bez złości spieramy się o jakość.

O.D.: A co dalej? To jest ciekawe, dokąd nas wiatry zaniosą. Nie wiemy tego. Na razie inwestujemy w to czasowo, nie tylko jako twórcy, ale to jest po prostu dobra lokata energii. Bardzo nie doceniamy na co dzień środowiska, w którym pracujemy – żeby było tam zaufanie, przyjaźń, przyjemność wspólnego obcowania. I tutaj tak jest, terapeutyzujemy się nawzajem.

T.T.: Mieszanka jest naprawdę wybuchowa. Boomer, X, millenials i zetka w jednej kapeli. Wszyscy zdolni, wszyscy hiperinteligentni, wszyscy mający coś istotnego do powiedzenia. Mam nadzieję, że za rok nie rozpadniemy się po głupiej kłótni o pieniądze, dziwki i majonez.

O.D.: Ale pomysłów mamy mnóstwo. Dzisiaj przy śniadaniu powstały takie plany, że moglibyśmy osobny wywiad zrobić na temat nowych szalonych projektów.

Nie macie obaw, że jednak skończycie opowiadając ciągle ten sam żart?

O.D.: Nie, bo już idziemy w zupełnie innym kierunku.

T.T.: Może teraz zrobimy płytę poważną, bez gęby.

O.D.: Albo bez piosenek, albo chóralną. Albo operę symfoniczną.

T.T.: Kury mają to do siebie – to jest duch tego zespołu – że chcemy się sami zaskoczyć. Dzisiaj rano spotkaliśmy się nad tym stołem z okruszkami ze wspólną myślą.

O.D.: Bardziej jesteśmy zainteresowani sprawdzaniem, co się kryje za następnym rogiem, niż chodzeniem wydeptanymi ścieżkami.

T.T.: Nowa płyta jest trochę kompromisowa, na zasadzie, że sprawdzamy przestrzeń tego, co nowe, i tego, co możliwe. Teksty są zabawne, ale nie aż tak, bo już tak nie można. Ciągle dostajemy odzew, że płyta jest dobra. A jak dobra? To już czas pokaże, czy zostanie z niej coś więcej, czy jednak przetrwa tylko „P.O.L.O.V.I.R.U.S.”.

O.D.: Nie będziemy się ograniczać. Podobało mi się, co Alan powiedział o jazzie: „Nie lubisz jazzu? Boisz się braku granic”. My się nie boimy. Jedynym ograniczeniem jest krzywda, która mogłaby się komuś stać w wyniku naszych niewybrednych żartów.

T.T.: Alan przy śniadaniu przywołał też swój sentyment, że bardzo lubi Zappę z Matkami. Wiadomo, że na początku były Matki, a dopiero potem ludzie z wytwórni wymyślili, że mają to być Matki Wynalazku, no bo Matki były kojarzone z gejami. Co było fajnego właśnie w pierwszym okresie Zappy z Matkami Wynalazku, to to, że tam Frank do końca jeszcze nie był Frankiem, bo potem, po 1980 roku, stał się swoją własną gębą. Ale Matki to była banda naćpanych urwipołciów, wariatów. Na tych pierwszych płytach czujesz masę synergii kolektywu. Dużo jest tych idiotów pożytecznych i wspaniałych, których będziemy zawsze kochali.