To nie będzie po prostu kolejna edycja Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. I nie tylko dlatego, że pięćdziesiąta. To będzie również pierwsza od dwudziestu pięciu lat odsłona, której nie zorganizował Leszek Kopeć, długoletni dyrektor festiwalu, zmarły w kwietniu tego roku. Wreszcie – to będzie pierwsza edycja, podczas której oficjalnie wystąpi w swojej roli nowo wybrana dyrektorka Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, Kamila Dorbach. Zatem refleksja nad przeszłością polskiego kina, wywołana przez okrągły jubileusz, będzie się przenikać z rozmyślaniami nad tym, co przed nami.
Z powodu licznych zmian trudniej niż zwykle wyrokować, jak wypadnie tegoroczny festiwal. Można się spodziewać, że klimatowi świętowania będzie towarzyszyć nastrój żałobny. Na razie nie zaplanowano szczególnie hucznych obchodów imponującego jubileuszu – prawdopodobnie ze względu na pamięć o zmarłym dyrektorze. Równie niewiele wiadomo o samych filmach konkursowych. Wystarczy powiedzieć, że połowa konkursowej stawki została podpisana przez debiutantów (lub autorów drugiego filmu, którzy według regulaminu również mogą ubiegać się o nagrodę dla najlepszego debiutanta). Natomiast w drugim z konkursów – Perspektywy – na osiem filmów aż pięć to pierwsze dzieła ich twórców.
Tegoroczna selekcja jest niewiadomą również z tego względu, że większa liczba filmów niż zwykle będzie pokazywana w Gdyni premierowo – tylko trzy tytuły z szesnastu miały wcześniej premierę kinową („Światłoczuła” Tadeusza Śliwy, „Vinci 2” Juliusza Machulskiego i „Trzy miłości” Łukasza Grzegorzka), a dwa kolejne były pokazywane na festiwalach („Życie dla początkujących” Pawła Podolskiego, „Franz Kafka” Agnieszki Holland – ten drugi na festiwalu w Toronto). Podobnie jest z filmami z Konkursu Perspektywy – zaledwie dwa dystrybuowano w kinach („13 dni do wakacji” Bartosza M. Kowalskiego i „Przepiękne!” Katii Priwieziencew), a jeden ma skromną festiwalową przeszłość („Glorious Summer” Heleny Ganjalyan i Bartosza Szpaka). To świetna wiadomość dla samego festiwalu, udowadniająca, jak ważną imprezą jest dla środowiska – wielu producentów i dystrybutorów najwyraźniej planuje oparcie promocji na gdyńskiej premierze. Najwidoczniej przekonani o dobrym przyjęciu przez tamtejszą widownię i krytykę, co może zwiastować wysoki poziom.
Filmy konkursowe zdaje się jednak łączyć znacznie więcej. Fabuły trzech z nich rozgrywają się w latach 80. („Wielka Warszawska” Bartosza Ignaciuka – pod koniec dekady, a na jej początku – „Zamach na papieża” Władysława Pasikowskiego i „Dziennik z wycieczki do Budapesztu” Rafała Kapelińskiego), dwóch opowiadają o XIX-wiecznych artystach o światowej renomie („Chopin, Chopin” Michała Kwiecińskiego i wspomniany już „Franz Kafka”), a zdecydowana większość – podejmuje tematykę życia rodzinnego: przywiązania, ale też zniewolenia, a nawet uwięzienia. Sporo tytułów, wyjątkowo dużo jak na polską kinematografię, czerpało z konwencji gatunkowych. W stawce konkursu głównego nie brakuje klasycznego melodramatu („Światłoczuła”), komedii coming-of-age („LARP. Miłość, trolle i inne questy” Kordiana Kądzieli), heist movie („Vinci 2”) i thrillera („Zamach na papieża”). Do tego dochodzą tytuły inspirowane popularnymi gatunkami: filmem wampirycznym („Życie dla początkujących”), sportowym („Wielka Warszawska”), erotycznym („Trzy miłości”), kryminalnym („Terytorium” Bartosza Paducha), grozy („Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” Emi Buchwald), a nawet superbohaterskim („Ministranci” Piotra Domalewskiego). Konkurs Perspektywy dorzuca jeszcze do tej listy klasyczny slasher („13 dni do wakacji”), nietypowy musical („Północ Południe” Sebastiana Pańczyka) i melodramat („Przepiękne!”).
Nawet szybki rzut oka na te tytuły podpowiada, czym żyje dzisiejsze polskie kino. A może wraz z nim całe nasze społeczeństwo? Wciąż jesteśmy zainteresowani naszą nieodległą przeszłością, która rzuca długie polityczne cienie na teraźniejszość, ale też sprawia, że możemy wpisać polskość w europejskość. Ale przede wszystkim ważne są dla nas prywatność i to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami naszych domów: trudności z samoakceptacją, poziomem zadowolenia z codzienności i życia uczuciowego. Obok nich oglądamy problemy związane z przemocą: fizyczną, psychiczną, instytucjonalną. Trudno więc przeoczyć, że przenika nas lęk – przed zachwianiem stabilności osiągniętego statusu, przed rozwianiem klasowych i uczuciowych ułud, przed samotnością i natrętną obecnością niechcianych. Wrogowie pukają do naszych bram, ale częściej siedzą z nami przy wspólnym stole.
„Zamach na papieża” ma być ostatnim wspólnym projektem kultowego duetu Władysław Pasikowski – Bogusław Linda. Swoją wspólną drogę twórczą domkną pewnego rodzaju klamrą. Zaczynali u progu nowego systemu, komentując jego patologie i śledząc przetrwałe układy z czasów komuny. Grany przez Lindę w „Psach” Franz Maurer ponoć miał strzelać do papieża, a jego postać z „Zamachu…” faktycznie macza w tym palce. Pasikowski w najnowszym filmie skupia się na grze komunistycznej władzy o najwyższe stawki. Miejmy nadzieję, że ten powrót do źródeł sprawi, że reżyser wrócił do formy, ponownie odmalowując rzucającą długie cienie przeszłość we wszystkich odcieniach szarości – wkurzając każdą ze stron politycznego sporu i szukając między utartymi narracjami własnej prawdy.
Tylko kilka miesięcy dzieli czas akcji „Zamachu…” i „Dziennika z wycieczki do Budapesztu” (Konkurs Perspektywy), znacznie bardziej kameralnego, skupiającego się na codzienności życia w PRL-u. Popularne w latach 80. zagraniczne wycieczki turystyczne były szansą na szybki zarobek lub sposobem ucieczki na Zachód. Kapelińskiego od wielkiej historii bardziej interesuje jednak ta mała, widziana z perspektywy dziecka, które odkrywa, że jego matka wykorzystała tytułowy wyjazd inaczej niż inni – do spotkania z kochankiem.
W latach 80. rozgrywa się również potencjalny frekwencyjny hit – „Wielka Warszawska” – nakręcony na podstawie scenariusza nieżyjącego już Jana Purzyckiego, autora tekstów do takich kultowych filmów jak „Wielki Szu” czy „Piłkarski poker”. Fabuła filmu Ignaciuka zdaje się połączeniem tych dwóch filmowych przebojów – bo z jednej strony opowiada o korupcji w świecie sportu, a z drugiej o hazardzie. Co ciekawe, tekst „Wielkiej Warszawskiej” powstał już w latach 80., a nawet zaczął go przenosić na ekran Sylwester Chęciński. Ostatecznie realizacja została przerwana, a scenariusz odłożony do szuflady na lepsze czasy, które właśnie nadeszły. Dziś opowieść ta wraca niczym kapsuła czasu, przenosząca widzów do świata machlojek półświatka zebranego wokół wyścigów konnych okresu systemowego przełomu.
Jeszcze większy potencjał frekwencyjny ma być może najbardziej oczekiwany tytuł tegorocznej edycji, nieprzypadkowo wybrany jako film otwarcia – „Chopin, Chopin”. To dzieło, którego kampania reklamowa trwa w najlepsze od miesięcy, podnosząc i tak wysoką temperaturę wokół niego. Za sterami stoi bowiem Kwieciński, który dość niespodziewanie błysnął ostatnio „Filipem” ze znakomitą rolą Eryka Kulma. Ten sam aktor, obdarzony idealnymi warunkami fizycznymi, wcielił się w tytułową rolę w filmie o kompozytorze. Ale najciekawszy w tym projekcie jest sposób podejścia twórców do biografii Chopina. Scenariusz zdaje się daleki od przykładnej, klasycznej, a przez to nudnej biografistyki, w dodatku pisanej z pozycji czołobitnej. Zwiastun „Chopin, Chopin” zapowiada raczej zabawę konwencją, medium i samą postacią kompozytora, przywodząc na myśl niedawny serial o carycy Katarzynie – „Wielka”.
Film Kwiecińskiego może być dla naszej widowni przykładem narodowego feel good movie, bo wpisuje polski dorobek kulturowy w większy, europejski kontekst, uzmysławiając, że integracja europejska – również na polu kultury – wyrażająca się w formule tranzycji znaczeń i procesów produkcyjnych to nie sprawa dnia dzisiejszego, lecz proces znany od stuleci. Podobną funkcję, choć dla Czechów, może spełnić „Franz Kafka”, w którym polska kinematografia partycypuje finansowo i za sprawą Holland, która stanęła za kamerą. Dla nas z kolei może mieć wartość jako dowód wpływu fluktuujących kapitałów (zarówno ekonomicznych, jak i kulturowych) na kształtowanie dzisiejszego kina światowego, wciągającego obszary peryferyjne do centrum.
Ku kinematograficznemu centrum ciągną również bardziej lokalne produkcje z naszego kraju. Zazwyczaj próbują to osiągnąć poprzez delikatną inspirację bądź mniej subtelną imitację. A granica między nimi bywa cienka. Przykładem naśladownictwa, na dodatek niezbyt udanego, jest z pewnością „13 dni do wakacji” z Konkursu Perspektywy. Twórcy filmu starali się odtworzyć w naszych warunkach konwencję slashera, brutalny gatunek horroru z zamaskowanym mordercą. Imitacją innego obszaru światowej kinematografii jest kolejny tytuł ze wspomnianej sekcji, „Glorious Summer”, opowieść o trzech kobietach zamkniętych w wielkiej posiadłości. Bohaterki otrzymują jedzenie, rozrywki i odczytywaną z tajemniczej księgi wizję świata, zdają się więc mieć wszystko prócz wolności. Bliżej niż do Hollywoodu dziełu Ganjalyan i Szpaka jest do Grecji i filmów tamtejszej nowej fali. To kino stylizowane na ulubieńców festiwali – nieśpieszne, enigmatyczne, raczej intelektualne niż rozrywkowe. Byłoby nawet ciekawe, gdyby nie nawiązywało do form eksploatowanych w światowym kinie od dobrych kilkunastu lat.
Nieco więcej inwencji wykazali autorzy filmu „Życie dla początkujących”, czerpiąc z pomysłowości studia A24, będącego główną przestrzenią rozwoju tak zwanego elevated genre, mieszającego konwencje i wykorzystującego je w nieortodoksyjny sposób. W filmie Podolskiego coming-of-age spotyka kino wampiryczne. Jeszcze bardziej egzotyczne połączenie przynoszą „Ministranci”, którzy – przynajmniej na papierze – stanowią zestawienie smutnej szarugi polskich bloków z kolorowymi trykotami superbohaterów. Tymi ostatnimi zostaje grupka tytułowych pomocników kapłana, która postanawia wziąć sprawy moralności ich osiedla we własne ręce, w komżach i kominiarkach wcielając w życie słowo Boże.
Jednym z ciekawszych eksperymentów, jakie zobaczymy na gdyńskim festiwalu, jest debiut Kordiana Kądzieli, znanego przede wszystkim z reżyserii popularnego serialu „1670”. Jego „LARP. Miłość, trolle i inne questy” do pewnego stopnia przypomina produkcję Netfliksa, odwołując się do kina kostiumowego, nawiązując do konwencji komediowej, ale korzystając z obu w zupełnie inny sposób. Akcja filmu rozgrywa się współcześnie, a przebieranki wynikają z pasji głównego bohatera, pasjonata LARP-ów rozgrywanych w terenie i w pełnych strojach odtwarzanych postaci. Humor „LARP…” jest jednak łagodniejszy, pozbawiony zacięcia satyrycznego i używany przez twórców scenariusza głównie wobec kwestii obyczajowych i codzienności licealistów.
Równie interesujący i nietypowy miks gatunkowy serwuje Grzegorzek, którego „Trzy miłości” mogą wywoływać konfuzję. Film bowiem łączy kino erotyczne z thrillerem, ale całość podszyta jest parodią, która sprawia, że ostatecznie nie wiadomo, czy cała intryga jest na poważnie, czy tylko dla żartu. Równie zadziwiającą żonglerkę gatunkami filmowymi zobaczymy w „Północy Południu”, po części dokumentalnej relacji z trasy koncertowej popularnego rapera Quebonafide, a po części osobistej opowieści o chorobie afektywnej dwubiegunowej, która niekiedy przemienia się w nietypowy musical. Różne gatunkowe tropy pozostawił również w swoim debiucie – „Terytorium” – Paduch, który zdaje się łączyć thriller, kryminał z uwspółcześnioną wersją westernu, w którym w rolę jedynego sprawiedliwego w małym miasteczku wciela się młody policjant.
Poza gatunkami eksperymentowała Monika Strzępka, której „Zaprawdę Hitler umarł” (Konkurs Perspektywy) to drugie podejście do audiowizualnej materii po znakomitym serialu „Artyści”. Nic zatem dziwnego, że oczekiwania są wysokie, tym bardziej że w swoim pełnometrażowym debiucie opowie alternatywną historię Europy, w której II wojnę światową wygrali naziści. Poszukiwania artystyczne są również celem Joanny Zastróżnej, która w Konkursie Perspektywy pokaże „Las”, pełen filmowych gwiazd (m. in. Andrzej Chyra, Dawid Ogrodnik, Marian Dziędziel, Eryk Lubos) enigmatyczny projekt rozgrywający się na pograniczu snu i jawy.
Polskie kino nie byłoby polskim kinem, gdyby nie oferowało również filmów utrzymanych w formule małego realizmu, często zamkniętych w czterech ścianach „zwykłych” domów, zamieszkanych przez borykające się ze swoimi problemami rodziny, które na pierwszy rzut oka wyglądają całkiem normalnie, ale na drugi – już niekoniecznie. W tym roku takich filmów jest wyjątkowo sporo. Chyba najbardziej wyczekiwanym przez widownię jest nowe dzieło Wojciecha Smarzowskiego, czyli „Dom dobry”. Autor „Drogówki” tym razem pochylił się nad problemem przemocy domowej, a że uwielbia pławić się w patologiach, przy tym dociskając gaz dręczenia widzów porażającymi scenami moralnej degrengolady, należy nastawić się na wyjątkowo trudny seans. Pytanie tylko, czy to ciągłe osuwanie się w coraz ciemniejsze rejony ludzkiej duszy nie zaprowadzi Smarzowskiego w miejsce do tej pory okupowane przez innego smakosza moralnej zgnilizny, czyli Patryka Vegę.
Kto wie, czy równie nieprzyjemnych wrażeń nie wywoła seans „To się nie dzieje” Artura Wyrzykowskiego (Konkurs Perspektywy), który wydaje się przypominać niedawny serialowy hit, „Dojrzewanie”. Rzecz bowiem ma taki sam punkt wyjścia – ojciec dowiaduje się, że jego syn popełnił w szkolę zbrodnię. Reakcja rodzica będzie jednak inna niż w serialu i każe zweryfikować życiowe priorytety.
Mniej przemocy, za to więcej uczucia zaoferuje najbardziej wyczekiwany przeze mnie film tegorocznej edycji, czyli debiut fenomenalnej, dającej się poznać z najlepszej strony w bardzo różnorodnych krótkich metrażach, Emi Buchwald – „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”. Film opowiada o niełatwych relacjach między czworgiem rodzeństwa, nawiedzanego przez tajemniczą zjawę, która nie pozwala im spać. Znając dotychczasowy dorobek Buchwald, możemy się spodziewać nie tylko wciągającej historii, ale przede wszystkim formalnego odjazdu. Wokół relacji rodzinnych, z naciskiem na braterskie, orbituje fabuła „Brata” Macieja Sobieszczańskiego – tym razem nie będzie tu żadnych duchów ani innych niesamowitości, lecz surowy realizm – społeczny i psychologiczny. Natomiast fabuła „Klarnetu” Toli Jasionowskiej koncentruje się na siostrach – i żeńskiej części jednej z rodzin, mieszkającej gdzieś na skraju Polski. Ich spokojny żywot na prowincji zakłóci przeszłość, która niespodziewanie wedrze się do wspólnie zamieszkiwanego domostwa.
Spośród nieobecnych jeszcze na ekranach filmów konkursową stawkę domyka „CAPO” Roberta Kwilmana, którego interesuje Polska jako przestrzeń – dla niektórych tranzytu, dla innych nowego miejsca do życia. Autor tego filmu w sposób szczególny skoncentrował się na grupie imigrantów z Ameryki Łacińskiej, oszukanych przez agencję pracy. To nie tylko film dotykający palącego problemu, chwytający ducha czasu, a także – niestety – oparty na autentycznych wydarzeniach.
Gdy dodamy do omówionych filmów tytuły znane już z kin, takie jak świetna „Światłoczuła” i co najwyżej średnie „Vinci 2” oraz „Przepiękne!”, uzbiera nam się komplet tegorocznych filmów ubiegających się o laury w dwóch równoległych konkursach – Głównym i Perspektywy. Czy będzie to walka zażarta – czas pokaże. Na tę chwilę wiadomo jedno – brakuje w tym roku wyróżniającego się faworyta, tytułu, który swoją sławą przyćmiłby pozostałe i koncentrował na sobie całą uwagę mediów. Dlatego być może, przynajmniej na początku, więcej będzie się mówić o okrągłym jubileuszu i odejściu Leszka Kopcia. Ale mam nadzieję, że pod koniec imprezy tematy się zmienią i będzie się mówiło jedynie o świetnej kondycji polskiego kina.