Przeczytajcie tę historię, zaraz opowiem / Jak życie pewnego gościa stanęło na głowie / Sprzedał liścia na Oscarach, popłakał się / i na trzy lata zamknął w rezydencji w Bel-Air.
Tłumaczenie, kim jest Will Smith i co symbolizował w latach 90., komuś, kto nie należy do pokolenia wychowanego na przełomie XX i XXI wieku, wydaje się karkołomnym zadaniem. Bo jak wyjaśnić współczesnym młodym dorosłym, że ten obciachowy pięćdziesięciosześciolatek był najbardziej wyluzowanym ziomeczkiem na świecie i jednym z pierwszych nośników radosnego amerykańskiego kapitalizmu w szaroburej Polsce? W serialu „Bajer z Bel-Air” (1990–1996) nosił luźne ciuchy i czapkę przekręconą daszkiem do tyłu, był wygadany, zabawny i, co najważniejsze, miał powodzenie u dziewczyn. A motyw z serialu, który rapował sam Smith, tak mocno wbijał się w pamięć, że nawet teraz, gdy piszę to zdanie, dyktuje mi rytm i słowa same układają się w wariacje pasujące do tego rytmu.
Smith najbardziej znany jest jako aktor – i na tym polu osiągnął chyba wszystko. „Chyba” wyraża oczywiście wątpliwości, ale nie tyle oznacza, że Smith zrobił w polu kina „za mało”, ile przypomina o ciążącym nad aktorem naddatku. Mająca być ukoronowaniem jego kariery gala Oscarów w 2022 roku, na której wyróżniono go statuetką za najlepszą rolę męską, została zapamiętana jako skandal, który zepchnął go do roli mema. Spoliczkowanie komika Chrisa Rocka – wydarzenie, któremu poświęcono osobny artykuł na Wikipedii – obnażyło, co naprawdę skrywało się za uśmiechniętą fasadą aktora: Will Smith był sfrustrowany, Will Smith miał dość – diagnozowano. Odbierając nagrodę, przez łzy powiedział, że w tym biznesie trzeba przyjmować brak szacunku z uśmiechem, w ten sposób tłumacząc na gorąco, co sprowokowało go do uderzenia drugiej osoby. Aktem braku szacunku był żart Rocka z fryzury żony Smitha, aktorki Jady Pinkett, chorującej na łysienie plackowate. Smith jednak w czasie Oscarów nie przepraszał – nie przyjął, że on sam także okazał brak szacunku i poniżył drugiego człowieka na oczach całego świata. Zamiast tego skupił się na sobie, kończąc przemowę prośbą, by Akademia zaprosiła go na kolejne gale. Będzie musiał na to poczekać do 2032 roku, kiedy minie nałożony na niego dziesięcioletni zakaz.
Zanim został aktorem, Smith był raperem – i to raperem, piszę to z pełną odpowiedzialnością, niezłym. Nie uwzględniam w tej ocenie jego późniejszych solowych dokonań, które przygotowywał pieczołowicie cały sztab ludzi – wśród współautorów jego tekstów byli między innymi Nas i Ludacris – i nad którymi jeszcze wielokrotnie będę się tu pastwić. Chodzi o czas przed „Bajerem w Bel-Air”, gdy Smith funkcjonował pod pseudonimem The Fresh Prince i tworzył duet z DJem Jazzy Jeffem. Ta współpraca, przynajmniej w pierwszej fazie, mogła stanowić miód na serce fanów rapu – to Jazzy Jeff był wymieniany jako pierwszy, co było zgodne z pierwotnymi założeniami hip-hopu. Podczas domówek, gdzie rodziła się ta kultura, najważniejsze były mikser i adapter, mistrz ceremonii stał za nimi obok DJa, nie przed nim. Nie bez powodu tytuł drugiej płyty duetu nadaje prymat DJowi, wyjaśniając: „He’s the DJ, I’m the Rapper” (1988).
Wkrótce raperzy stali się centralnymi postaciami popkultury. Gdy w 1986 roku trio Run-DMC nagrało cover „Walk This Way” razem z ikonami rocka, Aerosmith, a rok później LL Cool J wypuścił pierwszy hip-hopowy lovesong, „I Need Love”, hip-hop ujawnił mainstreamowy potencjał i wkrótce został przez niego wchłonięty. Jednym z beneficjentów tego procesu był Fresh Prince, który wkrótce porzucił pseudonim i zaczął występować pod własnym imieniem i nazwiskiem, budując markę w opozycji do przemocy i mizoginii przepełniających rap ostatniej dekady XX wieku. To oczywiście duże uproszczenie, bo na każde Dogg Pound czy Mobb Deep przypadało De La Soul czy A Tribe Called Quest, ale Smith zdawał się dostrzegać tylko tę mroczną stronę rapu i do niej się odnosił. W rezultacie, choć był na tyle „cool”, by zagrać detektywa Mike’a Lowreya w franczyzie filmów akcji „Bad Boys”, jego muzyka była zbyt obciachowa, by pojawiała się na towarzyszących im ścieżkach dźwiękowych. Owszem, Smith nagrał single promujące dwie części „Facetów w czerni” (1997; 2002) czy „Bardzo dziki zachód” (1999), ale adresatami tych filmów była raczej młodzież, więc powiązanie z nimi muzyki Smitha nie raziło dorosłej widowni. Trudno też wyobrazić sobie Smitha robiącego swoje charakterystyczne „uh, ha ha” w tle do napisów początkowych swoich poważniejszych filmów, jak „Ali” (2001) czy „W pogoni za szczęściem” (2006).
Nie rozumiejąc lub świadomie pomijając ten paradoks, Smith zdecydował się „wrócić” do masowej kultury tak jak do niej trafił – poprzez rap i wydany w tym roku album „Based on a True Story”. I choć płyta ukazała się w marcu, zrobiło się o niej głośno dopiero w ostatnich tygodniach, za sprawą singla „Pretty Girls”.
W północnej Filadelfii urodził się, wychował / Trochę grał w kosza, nauczył się rapować / Wyróżniało go to, że jego zeszyt rymów / Był wolny od wulgaryzmów. Tak trafił do mainstreamu.

Kiedy w 1999 roku Smith odbierał nagrodę MTV, mówił z dumą, że nie musiał rapować o przemocy ani używać przekleństw, żeby osiągnąć sukces. Z braku wulgaryzmów Smith uczynił swój znak rozpoznawczy – przeklinanie i gangsterka były drogą na skróty, on był na to zbyt inteligentny. Nie był to pierwszy raz, kiedy postawił się w opozycji do większości raperów. Już w 1993 roku, w „I’m Looking for the One (To Be with Me)” rapował, że wszyscy chcą być gangsterami, ale on położy temu kres swoim pozytywnym, wyluzowanym stylem (spoiler: nie położył). W „Freakin’ It” (2000) wciąż trwał na straży czystości języka i przekazu, prosząc tych niefajnie się zachowujących, wulgarnych raperów, by wyświadczyli mu przysługę i napisali jedną zwrotkę bez przekleństw.
Braggadocio to stały element rapu, więc w pewnym sensie Smith wpisywał się w ramy kultury, ale z jego tekstów bił niecharakterystyczny dla gatunku klasizm. Raper nie był wzorem do naśladowania i inspiracją, ale dupkiem, który stawiał siebie ponad innymi. Istotny w wypowiedzi z 1999 roku – podobnie jak dwadzieścia trzy lata później na oscarowej gali – był „on”, Willard Smith, a nie konkretne zachowania i wzorce, które reprezentował. Przeciwko Smithowi zdecydował się po gali VMA wystąpić biały chłopak z Detroit, Eminem, który wkrótce miał stać się twarzą nowego pokolenia raperów-skandalistów. W piosence „The Real Slim Shady” zmiażdżył Smitha prostym dwuwersem, którego chyba nie trzeba tłumaczyć: „Will Smith don’t got to cuss in his raps to sell records / Well, I do / So fuck him and fuck you too”. Na płycie „Lost and Found” (2005) w utworze „Mr. Niceguy” Smith odniósł się do ataku Eminema… rapując o tym, że ma zbyt dużo klasy, żeby się do tego odnieść. Jednocześnie w tym samym utworze dissował prezenterów radiowych i pytał, czemu go atakują, skoro jest miłym gościem.
Kariera rapowa Smitha od początku zbudowana była na humorze i niskiej szkodliwości społecznej. Ah ten Willuś, ciągle wpadał w tarapaty, ale był przy tym tak uroczy, że nie można było się na niego złościć. Pierwszy singiel Smitha, „Girls Ain’t Nothing but Trouble” (1986), oparty był na samplu z serialu „I Dream of Jeannie” z lat 60. o dżince bezwarunkowo zakochanej w swoim panu. W przeciwieństwie do niej, dziewczyny, z którymi ma styczność sympatyczny bohater, oskarżają go o gwałt (utwór nie zestarzał się najlepiej), mają zazdrosnych chłopaków albo strasznie się grzebią. Pisząc swój pierwszy przebój, Will był jeszcze licealistą i z racji młodego wieku brzmiał przekonująco, rapując o lżejszych tematach, jak koszmary po obejrzeniu horroru („A Nightmare on My Street”), wyzwanie Mike’a Tysona na walkę bokserską („I Think I Can Beat Mike Tyson”), nieporozumienia z rodzicami („Parents Just Don’t Understand”) czy spędzanie letniego czasu („Summertime”).
Muzycznie utwory te opierały się na popowych samplach, których brzmienie było równie ugrzecznione co rymy Smitha. Kariery solowe DJa i rapera pokazują, że to ten drugi chciał iść w tym kierunku. Płyty Jeffa to perełki trueschoolu, gdzie lokalni artyści z Filadelfii sąsiadują z legendami podziemia, jak Freddie Foxx i Jean Grae, a także legendami rapu w ogóle, jak Method Man i C.L. Smooth. Producenci Smitha natomiast samplowali klasyczne przeboje takich artystów, jak Sister Sledge („Gettin’ Jiggy with It”), The Whispers (“Miami”) czy Diana Ross (“Freakin’ it”). Na późniejszych płytach Smith odszedł od rozpoznawalnych sampli, ale tematyka, przesłanie, rymy i flow pozostały niezmienne. W 2005 roku nawet Smith zorientował się, że formuła się wyczerpała i przez dwadzieścia lat niemal nie udzielał się rapowo, a najważniejszym (i chyba najbardziej wstydliwym) wyjątkiem był współudział w oficjalnym hymnie Mundialu w Rosji w 2018 roku.
Teraz Will Smith wraca, chociaż nikt nie czekał / Znów rymy o rymach, rodzinie i kobietach / Stawia się w roli ofiary, chce przekazać swój ból / Zamiast zaakceptować, że już nie będzie cool.
Will Smith zdecydował się na promocję nowej płyty w nietypowy dla siebie sposób – pojawiając się na szanowanych hip-hopowych kanałach Youtube, jak Lyrical Lemonade i Fire in the Booth, z przygotowanymi uprzednio freestyle’ami. Nie ma w tym nic kontrowersyjnego, większość tego typu nagrań jest freestylem tylko z nazwy, ale tacy raperzy jak Action Bronson czy Loaded Lux za ich pośrednictwem pokazują, że „prawdziwemu” MC wystarczy podkład i mikrofon. Efekt wizyt Smitha był natomiast odwrotny od zamierzonego, o czym najlepiej świadczy sekcja komentarzy, w której fani niemal błagają, żeby dał sobie już spokój z rapowaniem. Wersy typu „celowo wyciągnąłem zawleczkę, zanim rzuciłem granat” czy sugerowanie, że Chris Rock zasłużył na cios (mimo że trzy lata temu aktor go przeprosił), dowodzą, że brak mu tematów poza nim samym, a jednocześnie brak mu głębszego spojrzenia na siebie. W „Based on a True Story” nie wypada przekonująco ani pod względem umiejętności, ani artystycznej charyzmy.
Intro do płyty Smitha ma imitować rozmowę kilku osób w salonie fryzjerskim, dla Afroamerykanów stanowiącym bezpieczną przestrzeń wymiany poglądów i opinii w oceanie politycznej poprawności. O czym, zdaniem rapera, rozmawiają maluczcy w wolnym czasie? Oczywiście o nim. „Int. Barbershop – Day” to dowód braku dystansu Smitha do siebie, bo każda krytyczna uwaga wygłoszona przez postacie odgrywające tę scenkę jest tak naprawdę komplementem dla niego – jego żona i dzieci są wspaniałe, on sam bogaty, a ten Oscar nie był mu do niczego potrzebny. Największym zaskoczeniem są jednak pojawiające się w utworze wulgaryzmy. Smith ewidentnie traktuje sporadycznie rzucone „gówno” i „dupę” jako substytuty dojrzałości, a najlepszym tego dowodem jest singiel „Pretty Girls”.
W nim pięćdziesięciosześcioletni Willard Smith rapuje: „I’m ‘bout to do some investing / I spend it on you and your bestie / You and your twin on a jet-ski” [„Zaraz zainwestuję / w ciebie i twoją psiapsi / zabiorę was na narty wodne”], co każe zapytać, jak wyobrażał sobie grupę docelową swojego nowego hitu. Jeśli tytuł należy traktować bardzo dosłownie, jako adresowany do „dziewczyn”, to w najbardziej przychylnej Smithowi wersji sytuuje go w roli sympatycznego i nieszkodliwego wujka na weselu – lecz wciąż wywołuje uśmiech pobłażliwości (każda inna wersja to już grymas zażenowania). Do tego obrazu przybliżają go także teksty w stylu: „I like BBLs / And that stands for ‘Bad bitches link up’” [„Lubię BBL (gra słów, BBL w oryginalnym rozumieniu oznacza lifting pośladków – przyp. aut.) / Co znaczy ‘Grupa dobrych dupeczek’”], bo przecież piękne kobiety to kompozyt, a im ich więcej tym lepiej. Kiedy niemal wykrzykuje, że podobają mu się praktycznie wszystkie kobiety, brzmi to jak akt desperacji – nie, żeby zdobyć jakąkolwiek kobietę, ale żeby pokazać, że jest dobrym gościem, tolerancyjnym i otwartym. Oczywiście w ramach chrześcijańskiej etyki.
Na większości płyty Smith korzysta z tej znanej sztuczki sprawców pozujących na ofiary – odwołuje się do religii. W „Rave in the Wasteland” Smith niezamierzenie obnaża dwie sprawy: brak wiedzy, czym jest rave, oraz powierzchowność swojej religijności. Kiedy dzieli słuchaczy na dwie grupy: wierzących i niewierzących, tym drugim mówi jedynie good luck, odmawiając im przyznanego samemu sobie prawa do popełniania błędów. Chrześcijańska symbolika utrzymuje się w „Work of Art”, gdzie mówi, że jest świętym, ale kiedy trzeba zmienia się w bestię, a później dodaje, że każdy chce być lwem, do momentu gdy trzeba zachować się jak lew. Zwrot ku chrześcijaństwu jest o tyle ciekawy, że na poprzedniej płycie Smith krytykował byłą żonę właśnie za nadmierną religijność. Tu raper nie zgłębia Biblii, nie szuka głębszej prawdy, a jedynie uparcie powtarza, że Bóg jest po jego stronie, jakby repetycja miała to myślenie życzeniowe urzeczywistnić.
Trudno napisać coś więcej o płycie, która jest tak powtarzalna, nudna i nieszczera. Chyba najlepszy album w historii rapu, „Illmatic” Nasa, trwa niecałe czterdzieści minut, w czas których słuchacz przepada. „Based on a True Story” jest niewiele krótsze, a niesamowicie się dłuży. Nawet kontrasty są tu słabe i nieznaczące. To jednocześnie najbardziej religijny album Smitha i pierwszy, na którym jest „niegrzeczny”, bo przeklina. To najmniej hip-hopowy z jego albumów i pierwszy, którym chciał zainteresować fanów hip-hopu. „Based on a True Story” stanowi smutne zwieńczenie kariery scenicznej pierwszego artysty nagrodzonego Grammy za rap. Mowa o raperze, który na dwadzieścia lat odwrócił się od swojej kultury i arogancko myślał, że wróci do niej od niechcenia, bez wysiłku, bez wymagań odnośnie do jakości.
Ostatnio Smith pojawił się u KSI’a i Doechii, co wydaje się motywowane próbą zdobycia popularności u nowego pokolenia. Zamiana głównych ról na rolki z pewnością nie jest dla niego spełnieniem marzeń. Ale z rapem rozminął się już dawno – i tylko jednej ze stron trudno pogodzić się z tym rozstaniem.