Nr 16/2015 Na moment

Historycznie fani wrestlingu dzielili się na dwie grupy: smartsmarks. Smarts rozumieli, że wrestling był grą, przedstawieniem z ustalonym uprzednio rezultatem. Marks wierzyli, że przemoc w ringu była prawdziwa i wrestlerzy naprawdę się nienawidzili. Choć to smarts naprawdę doceniali pracę wrestlerów, to największe pieniądze federacje zarabiały na marks, chcących zobaczyć, jak nielubiani zawodnicy – ci źli – wreszcie dostają za swoje. Dziś próżno szukać tych drugich, ale w latach 80., kiedy wrestling wchodził do mainstreamu, marks przeważali. Wówczas nie tylko wypełniali hale sportowe, ale też w weekendowe poranki włączali telewizory i chłonęli historie o zapaśnikach spierających się o najróżniejsze sprawy.

W centrum tych opowieści był mierzący 201 centymetrów, opalony i muskularny blondyn, z charakterystycznym wąsem podkową. Ubrany w żółto-czerwoną koszulkę bez rękawów, Hulk Hogan napinał swoje ponad sześćdziesięciocentymetrowe „pytony” (dla niewtajemniczonych: bicepsy) i mówił wprost do kamery o tym, dlaczego jego rywal jest złym człowiekiem i zasługuje na karę. A potem rozdzierał koszulkę, sprytnie ponacinaną na plecach, pokazując swoją nadludzką siłę i odsłaniając imponujący tors. Zachowanie to było stałym punktem występów Hogana, wraz z kulturystycznymi pozami, grożeniem palcem i kopniakiem w twarz, po którym rywal zwykle nie wstawał z maty.

Hogan inspirował miliony amerykańskich dzieci, by wiodły dobre życie, „trenowały, modliły się i łykały witaminki”. Trzymając się tych prostych dyrektyw, miały wyrosnąć na takich bohaterów jak on, czyli „walczących o prawa wszystkich ludzi”, jak dumnie głosiła piosenka, przy której wychodził na ring. Był prawdopodobnie największą gwiazdą w historii wrestlingu i kulturową ikoną, rozpoznawalną na całym świecie, również przez ludzi, którzy nie znali lub nieszczególnie cenili ten rodzaj rozrywki. Jeszcze jako sześćdziesięciolatek pojawiał się regularnie w programach wrestlingowych, wciąż prezentując się imponująco i wywołując żywe reakcje publiczności.

Jednym z arcydzieł Hogana był pojedynek z Dwaynem „The Rockiem” Johnsonem w 2002 roku, kiedy czterdziestodziewięcioletni Hulk przekazał pałeczkę młodszemu gwiazdorowi, na bieżąco dyrygując starciem w ringu, w reakcji na niespodziewanie pozytywne przyjęcie przez fanów w Toronto. Hogan był wówczas tym złym, ale fani chcieli „swojego” starego Hogana i ten w przeciągu dwudziestu minut przeszedł na ich oczach metamorfozę.

Terry Bollea, wcielający się w Hogana i publicznie występujący pod tym pseudonimem, zmarł 24 lipca tego roku w wieku siedemdziesięciu jeden lat. Gdy o tym poinformowano, w publikacjach medialnych zamiast typowej dla odejścia kogoś znanego hagiografii, dominowała krytyka osoby, jaką Bollea był poza ringiem. Przychylniejsi Hoganowi dziennikarze pisali o jego „skomplikowanym dziedzictwie”… Ale czy naprawdę jest ono tak skomplikowane? I, pociągnijmy pytanie, czy możemy mówić o dziedzictwie?

Zamiast złożoności widzę tu raczej podwójność – typową sytuację, w której realna osoba robi rzeczy przeciwne tym, które głosi odgrywana przez nią postać. I tak, gdy Hogan mówił o zdrowiu i witaminach, Bollea wypełniał swoje ciało ogromnymi dawkami sterydów, niezbędnych do podtrzymania imponującego wyglądu fizycznego. Kiedy przyszły gubernator Minnesoty i ringowy rywal Hogana, Jesse Ventura, chciał zrzeszyć członków swojej profesji w związek zawodowy, Bollea zdradził jego intencje kierownictwu federacji WWE. Tym samym doprowadził do upadku inicjatywy, która mogłaby zapewnić opiekę zdrowotną i emeryturę drugo- i trzecioligowym wrestlerom, po dziś dzień w większości pracującym na umowę zlecenie.

To jednak nie dlatego podczas ostatniego wystąpienia na gali WWE – pierwszej zrealizowanej we współpracy z Netfliksem – fani wygwizdali go. Doprowadziło do tego nagranie, na którym uprawiał seks z żoną przyjaciela, opublikowane przez portal Gawker, bez oporów atakujący osoby i korporacje, niezależnie od afiliacji politycznych, przekonań i majątku. Lecz to nie kwestie obyczajowe wstrząsnęły opinią publiczną i środowiskiem wrestlerów, ale światopoglądowe: Bollea otwarcie przyznał się na nagraniu do rasizmu i wyznał, że nigdy nie pozwoliłby swojej córce spotykać się z Afroamerykaninem. W konsekwencji WWE na wiele lat odcięła się od niego.

Wspierany finansowo przez miliardera Petera Thiela wrestler wytoczył proces Gawkerowi i przyczynił się do zamknięcia portalu, skutecznie podważając jeden z fundamentów amerykańskiej tożsamości: wolność słowa. Bogatszy o trzydzieści jeden milionów dolarów odszkodowania, Bollea zaczął odbudowywać swoją markę, a dzięki sile nostalgii powrócił do łask najpierw środowisk chrześcijańskich, a potem trumpistów. Bollea (jako Hulk Hogan) pojawiał się w programach poświęconych religii i opowiadał o swojej wierze, a podczas zeszłorocznej konwencji republikanów rozdarł koszulkę, nawołując do głosowania na Donalda Trumpa.

Hogan kilkakrotnie prawie kończył z wrestlingiem. Miał bowiem sporo alternatyw: studia filmowe chciały zrobić z niego „nowego Johna Wayne’a”, a The Rolling Stones i Metallica prosiły, żeby był ich pełnoetatowym basistą. Hogan jednak zbyt kochał wrestling i fanów, do których zaliczali się również celebryci, w tym: Elvis Presley (mimo że Hogan po raz pierwszy wszedł do ringu na kilka dni przed śmiercią piosenkarza), John Belushi (z którym Hogan imprezował w 1986 roku, mimo że aktor zmarł w 1982) i Michael Jackson (który osobiście pojawił się na gali Hogana na Wembley, chociaż wrestler na Wembley nigdy nie walczył). W ciągu jednego roku, latając między Stanami Zjednoczonymi i Japonią, ze względu na różnicę czasu między kontynentami, Hogan przepracował 400 dni. W latach 70. regularnie walczył też w japońskiej federacji MMA, Pride FC – założonej w 1997 roku.

Powyższy skrót biograficzny Hogana dobrze pokazuje, że Bollea był patologicznym kłamcą, wrzucającym swoją osobę w każdą możliwą narrację. Żadna z wymienionych rzeczy nie miała miejsca, ale Bollea mówił o nich z ogromnym przekonaniem, tłumacząc się typowym dla wrestlingu kayfabe, rozumianym jako naginanie prawdy w celu wywołania większej immersji publiczności. Wrestling to coś więcej niż wcielanie się w rolę, ponieważ zapaśnicy muszą być przekonujący także poza ringiem, podczas wywiadów telewizyjnych czy przypadkowych spotkań na lotnisku.

Niektóre kłamstwa być może miały źródła w młodzieńczych aspiracjach – młody Bollea postrzegał siebie jako muzyka, który w wolnym czasie uprawiał baseball i chodził na siłownię. Podczas występu w barze zwrócił uwagę kilku wrestlerów i ci wciągnęli go do swojego świata – w ciągu kilku lat trafił do WWF (późniejszego WWE) i stał się twarzą federacji. Kiedy w 1981 roku Sylvester Stallone zaproponował mu rolę w filmie „Rocky III”, Bollea usłyszał: albo ring, albo Hollywood. Postawił na to drugie i – nic dziwnego, zważywszy na skalę oddziaływania obu instytucji – stał się najbardziej rozpoznawalnym wrestlerem na świecie. Jako Thunderlips górował nad granym przez Stallone’a bokserem – Rocky sięgał mu do ramion. To chyba najpoważniejsza rola, jaką dane mu było zagrać na dużym ekranie. W wrestlingowym ringu mierzył się z personifikacjami realnych zagrożeń ery Ronalda Reagana, takich jak Sowiet Nikolai Volkoff czy Irańczyk The Iron Sheik, a potem zdrajca Sgt. Slaughter, który podczas operacji Pustynna Burza stanął po stronie Iraku. W świecie filmu jednak desygnowano go do ról nieszkodliwych, niemal nierealnych olbrzymów, wchodzących w humorystyczne interakcje z dziećmi i młodzieżą.

Ekranową karierę Hogana zdefiniowały filmy o wymownych tytułach „Kosmita z przedmieścia” (1991) i „Pan Niania” (1993), tworzone z myślą o najmłodszych komedie, w których potężny Hogan łączy siły ze sprytnymi dzieciakami, by pokonać zło. W Polsce poznaliśmy go przede wszystkim jako aktora, głównie za pośrednictwem „Gromu w raju” (1994), serialu twórców „Słonecznego patrolu” (w jednym z odcinków którego zresztą także gościnnie wystąpił). Hogan zaczął przykuwać uwagę dopiero pod koniec lat 90., kiedy możliwe stało się w Polsce oglądanie programów WCW Nitro i WCW Thunder. Wówczas stało się jasne, dlaczego był takim fenomenem – inni wrestlerzy mogli być lepsi w ringu (Ric Flair, Randy Savage, Bret Hart) i na mikrofonie (Roddy Piper, Scott Hall), ba, mogli nawet wyglądać bardziej atletycznie (The Ultimate Warrior, Lex Luger), jednak żaden z nich nie łączył wszystkich tych trzech elementów tak jak Hogan. I żadnemu przed nim nie udało się przenieść do show-biznesu tak udanie jak Hoganowi, który otworzył drzwi do filmowych karier Dwayne’owi Johnsonowi i Johnowi Cenie. Ventura nie dostałby roli w „Predatorze” (1987), gdyby nie marka, jaką zbudował wrestlerom w Hollywood właśnie Hogan.

Gdy wcześni fani Hogana dorastali, porzucali naiwność dwóch największych federacji wrestlingowych, WWE i WCW, na rzecz grunge’u, gangsta rapu i sportów ekstremalnych, które łączyła w sobie inna organizacja – Extreme Championship Wrestling. Stawiała ona na realizm i brutalność: krew, krzesełka, stoły i druty kolczaste. Ze względu na kontrakty reklamowe WWE i WCW nigdy nie mogły posunąć się aż tak daleko w swoich programach, jednak musiały jakoś odzyskać zainteresowanie fanów.

WWE uparcie trwało przy stałych schematach, więc Bollea dołączył do WCW, w której przeszedł metamorfozę i wcielił się w Hollywood Hogana – ubranego na czarno szefa frakcji New World Order, gotowego posunąć się do największych oszustw, byle wygrać. Nie wszedł w tę rolę od razu, wymagało to sporo wysiłku, by przekonać do siebie widzów, ale w końcu doświadczył prawdziwego renesansu popularności. Tej wersji Hogana bliżej było do Bollei, o którego zakulisowych działaniach dowiadywało się coraz więcej fanów. Jego kontrakt z WCW zawierał klauzulę o kreatywnej kontroli i Bollea powoływał się na nią, ilekroć jakieś rozstrzygnięcie mu się nie podobało. W ten sposób utrzymał swój status najważniejszego wrestlera w WCW kosztem młodszych i obiecujących talentów. Kiedy WCW upadło, po części z jego winy (kontrakt Hogana nie tylko umożliwiał blokowanie zmian kreatywnych, ale także opiewał na ogromną sumę, co drenowało organizację z pieniędzy; marazm konceptualny połączony z pogłębiającą się dziurą budżetową doprowadził do upadku), wrestler wrócił do WWE, gdzie z przerwami pojawiał się do 2007 roku.

Czas ten można uznać za koniec mainstreamowej sławy Hogana, bo wtedy też zdjęto z anteny reality show „Uparty jak Hogan” (2005–2007), powstałe, by wypełnić niszę po niesamowicie popularnym programie „Rodzina Osbourne’ów” (2002–2005). O ile jednak Książę Ciemności i jego rodzina byli interesującymi postaciami, utrzymującymi uwagę widza, o tyle niemal każdy odcinek programu, którego gwiazdami byli Bollea, jego żona Linda oraz dzieci: Brooke i Nick, zbudowany był wokół ego wrestlera – co szybko zmęczyło publiczność.

Bollea nie pozwolił sobie na spokojną emeryturę, zamiast tego wciąż próbował zaznaczyć swoją obecność w mediach, rozpowszechniając mniejsze lub większe kłamstwa. Propagowanie siebie kończyło się jednak skandalami. Tak było i ostatnio, gdy promował własne piwo, Real American Beer – jedna z hostess rzekomo została zwolniona tuż po tym, jak Bollea zorientował się, że jest Afroamerykanką. Nietrudno jednak domyślić się, że w „rzekomości” jest sporo prawdy, zważywszy na ujawnienie rasistowskich poglądów Bollei.

Hogan pokazywał się z czarnoskórymi celebrytami takimi jak Mr. T (B.A. Baracus z „Drużyny A”) i czerpał z afroamerykańskiej kultury (a raczej z wrestlerów, którzy czerpali z afroamerykańskiej kultury, jak na przykład Superstar Billy Graham czy Dusty Rhodes). Terry Bollea natomiast pogardzał nimi i głosił krzywdzące ich poglądy. Hulk Hogan mógł być bohaterem, inspiracją, może nawet kimś godnym podziwu. Człowiek odpowiedzialny za stworzenie tej postaci był rasistą, hipokrytą i po prostu oszustem. W wyniku tego stracił szacunek otoczenia. I tak jak nie ma w tym nic skomplikowanego, tak trudno to nazwać „dziedzictwem” – nie ma wszak w rasizmie żadnej spuścizny do podjęcia.