Nr 16/2015 Na teraz

Narodowe bóstwo

Tomasz Kowalski
Teatr

Biorąc pod uwagę zarówno brzmienie tytułu, jak i miejsce premiery, trudno oprzeć się odruchowi zestawiania „Śmierci Chopina” z wystawioną trzy lata wcześniej, również w Teatrze Polskim w Poznaniu, „Śmiercią Jana Pawła II”. W centrum uwagi realizatorów obu spektakli znaleźli się „wielcy Polacy” – postaci jeszcze za życia stawiane na piedestale, traktowane jako symbole i przedstawiane jako źródło narodowej dumy, a więc podlegające różnego rodzaju dyskursywnym praktykom, które w oczywisty sposób nasiliły się po ich śmierci, prowadząc do zawłaszczenia ich biografii i dokonań na użytek tworzonych mitów. W pieczołowitej rekonstrukcji ostatnich momentów życia oraz pierwszych godzin po śmierci polskiego papieża, jakiej dokonał Jakub Skrzywanek (którego spektakl wykorzystywał poetykę teatru dokumentalnego), akcentowano fizjologiczne aspekty umierania, co służyło wyeksponowaniu napięcia między indywidualnym cierpieniem schorowanego ciała a dokonywanymi w sferze publicznej zabiegami mającymi na celu wpisanie go w wymiar religijny i polityczny. Piotra Sędkowskiego, reżysera i autora koncepcji „Śmierci Chopina” – jak deklarował w rozmowie towarzyszącej premierze – interesowała raczej „mitologiczna otoczka” stworzona wokół postaci kompozytora.

Taki zamysł jest do pewnego stopnia zbieżny z zamierzeniami Jędrzeja Piaskowskiego i Huberta Sulimy, którzy w zrealizowanym w 2024 roku we Wrocławskim Teatrze Pantomimy spektaklu „I love Chopin” również odwoływali się do kultu narodowego twórcy. Tam jednak dominowała perspektywa zewnętrzna – krytycznej analizie podlegały przede wszystkim mechanizmy kształtujące narracje o polskiej kulturze, zwłaszcza te, które skutkują usuwaniem z niej „niepożądanych” elementów. Twórcy poznańskiego spektaklu skupiają się raczej na perspektywie indywidualnej – zaglądając pod otoczkę mitu genialnego artysty, sięgają do tych momentów z jego życia, które mogą odbiegać od rozpowszechnionych wyobrażeń o kompozytorze oraz prowokować do zastanowienia nad towarzyszącymi im emocjami oraz motywacjami jego decyzji. Celem działań reżysera i osób z nim współpracujących nie jest jednak odbrązawianie wizerunku Fryderyka Chopina, a raczej chęć poszukiwania odpowiedzi na pytanie, na ile on sam – świadomie lub nie – wpisywał się we wspomniany, silnie osadzony w romantycznych kategoriach, mit.

Wbrew temu, czego można by się było spodziewać po tak sformułowanych zamierzeniach, twórcy bardzo mocno zredukowali warstwę tekstową. Ich opowieść prowadzona jest – zwłaszcza w pierwszej części przedstawienia – głównie za pomocą choreografii (Katarzyna Kania), dla której tło stanowi zaprojektowana przez Kornelię Dzikowską-Demirską minimalistyczna scenografia. Umieszczone w głębi sceny wielościenne bryły wprowadzają tajemniczy, niepokojący nastrój, współgrając dominującą czernią z kolorystyką ścian Malarni i intrygując geometrią abstrakcyjnych kształtów. Istotną rolę w tym zakresie odgrywa też muzyka – zarówno ambientowe dźwięki autorstwa Aleksandry Słyż, jak i utwory Chopina wykonywane na stojącym z lewej strony sceny fortepianie przez Hannę Derej. Pianistka jest jednym z trzech scenicznych wcieleń kompozytora – postać tę odgrywają również Konrad Marek Cichoń oraz – występujący gościnnie – tancerz Kacper Szklarski.

Spektakl otwiera scena przedstawiająca pogrążonego w agonii Chopina, przy którym czuwają jego bliscy. Stanowi ona część dramaturgicznej klamry spinającej całość przedstawienia, domykanej sceną śmierci kompozytora (jej prefiguracja – łącznie z wyobrażeniem wycięcia serca – uzupełnia początkowy fragment). Wydarzenia rozgrywające się pomiędzy nimi, przynajmniej w pierwszej części, zyskują w ten sposób wymiar przedśmiertnej retrospekcji, będącej próbą odtworzenia myśli umierającego artysty. Kolejne sekwencje oscylują pomiędzy wizjami a wspomnieniami (o tym, gdzie i kiedy się rozgrywają oraz kto bierze w nich udział, informują napisy wyświetlane na ścianie), prowadząc narrację coraz dalej w przeszłość, aż do czasów młodości i dzieciństwa tytułowego bohatera.

Część z nich utrzymana jest w onirycznej, często mrocznej konwencji – tak jak powracające co jakiś czas majaki, w których pojawiają się widma śmierci uosabiane przez tajemniczą, rogatą postać (Szklarski). Ich obecność w spektaklu wiąże się z jedną z hipotez dotyczących stanu zdrowia kompozytora, który zdaniem stawiających ją badaczy prawdopodobnie cierpiał na padaczkę skroniową i mógł doświadczać różnego rodzaju halucynacji. Wątki choroby powracają także w scenach rozgrywających się w paryskim salonie Delfiny Potockiej (Kornelia Trawkowska), gdzie podczas koncertu Chopina dopada atak gruźliczego kaszlu. To jedna ze scen, którym bliżej do wspomnień – za ich sprawą widzowie przyglądają się epizodom z życia kompozytora, ich dobór nie świadczy jednak o próbie tworzenia scenicznej biografii. W innych – na przykład nawiązujących do koncertów w Londynie i Manchesterze w 1848 roku – realizatorzy pozwalają wybrzmieć muzyce Chopina. Sięgają także do jego życia osobistego – pobytu z George Sand (Barbara Krasińska) na Majorce czy dramatycznego pożegnania z Tytusem Woyciechowskim (Piotr B. Dąbrowski; w tej scenie jako Chopin towarzyszy mu Szklarski) wracającym do Polski, by wziąć udział w powstaniu listopadowym.

Odnosząc się przede wszystkim do tego okresu, twórcy spektaklu podsuwają pytania dotyczące relacji Chopina z Polską oraz tęsknoty za krajem i bliskimi. Wspominają nieprzyjęcie przez niego rosyjskiego paszportu w 1831 roku i łączą postać księcia Konstantego, dla którego nastoletni Fryderyk grał w Belwederze, z powracającym widmem śmierci.

fot. Monika Stolarska | materiały Teatru Polskiego w Poznaniu

Wzmocnieniu tego wątku (a także uniwersalizacji problemu narodowej mitologii) mają też zapewne służyć wcześniejsze sceny, w których pojawia się Adam Mickiewicz (Michał Kaleta). Jedna z nich ma szczególny potencjał parodystyczny – poeta sylabizuje otwierające inwokację „Pana Tadeusza” słowo „Litwo”, próbując znaleźć odpowiedni (godny „wieszcza”?) ton głosu i gest. Z podobnym dystansem odgrywany jest też moment rzekomego uzdrowienia Celiny Mickiewiczowej (Monika Roszko) przez Andrzeja Towiańskiego (Dąbrowski). Pojawiają się również odniesienia do wykładów Mickiewicza w Collège de France oraz propagowanych tam przez niego idei mesjanistycznych.

Wspomniane sceny (i kilka innych) składają się na pierwszą część przedstawienia – uwodzącą połączeniem efektów wizualnych (m. in. dzięki reżyserii światła Moniki Stolarskiej), muzyki i ciekawej – a w wykonaniu Szklarskiego niejednokrotnie znakomitej – choreografii, w której z powodzeniem odnajdują się też aktorzy Teatru Polskiego. Problem jednak w tym, że w miarę jak przed oczami widzów rozgrywają się kolejne – często znakomicie wysmakowane estetycznie – epizody, dramaturgia przedstawienia grzęźnie w coraz bardziej nieznośnej powtarzalności. Zredukowana dyskursywność tej części spektaklu nie sprzyja deklarowanemu przez reżysera poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie o to, na ile kompozytor został wpisany, a na ile sam chciał wpisać się w mit genialnego twórcy. Odwołanie do archetypicznej postaci artysty, mitologicznego Orfeusza, które pojawia się na początku drugiej części spektaklu, zdaje się sugerować paradoksalną sytuację jednoczesnego panowania nad sztuką, a zarazem całkowitego (p)oddania się jej.

Spektakl Sędkowskiego wiele by zyskał, gdyby powrót do sceny śmierci Chopina nastąpił właśnie w tym momencie. Tak się niestety jednak nie dzieje; wcześniejsza powściągliwość twórców, którzy chcieli zostawić widzom jak największe pole interpretacyjnej swobody, ustępuje miejsca tezom raczej jednoznacznym, a przy tym chwilami dość grubo ciosanym i nie do końca przemyślanym. Kłopoty z kolejną sceną zaczynają się już od napisu informującego o czasie i miejscu akcji: „Getto warszawskie 1944 / Muzyka wieszcza ratuje życie”. Getto warszawskie zostało zlikwidowane w maju 1943 roku. Trudno też nie skrzywić się na użycie w tym kontekście słowa „wieszcz”. Pojawienie się nazistowskiego oficera (Kaleta) nie pozostawia wątpliwości, że twórców inspirowała historia Władysława Szpilmana, trudno jednak powiedzieć, czy ta rzeczywista, czy zapośredniczona przez film Romana Polańskiego. Po chwili na scenie pojawia się reżyser (Dąbrowski), który przerywa pianistce, każąc jej grać dramatyczniej. Wyświetlany na ścianie napis informuje: „Hollywood – zawłaszczenie dzieła” (kręconego głównie w Polsce, Polański i Hollywood to inna historia). Fabuła filmu opierała się jednak na przeżyciach Szpilmana – czy i on dokonał aktu zawłaszczenia, grając Chopina, żeby ratować życie? Nie podejrzewam, żeby twórcy chcieli stawiać taką tezę, ale dość niezręczne hasło wprowadzające drugą część spektaklu („Kilka słów o wieszczach oraz o losach i zawłaszczaniu ich postaci i dzieł”) niewiele wyjaśnia. Czy Szpilman grający na gruzach wojennej Warszawy to część losów dzieła Chopina, a film na ten temat jest jego zawłaszczaniem? A skoro mowa o zawłaszczaniu postaci, to co, na przykład, z filmami biograficznymi – choćby „Latem w Nohant” czy mającym wejść do kin jesienią „Chopin, Chopin!”? Albo… ze spektaklem Sędkowskiego „Śmierć Chopina”?

Żadnych rewelacji nie przynosi też wątek związany z przemysłem muzycznym, konkursami pianistycznymi i edukacją artystyczną. W przerysowany sposób obrazuje on różne wypaczenia w tych obszarach, uosabiane przez nauczyciela-tresera (Kaleta), groteskowo domagającego się od swojej podopiecznej natychmiastowych, dramatycznych efektów, oraz rywalizujące ze sobą pianistki (Roszko i Trawkowska). Nie ulega wątpliwości, że takie zjawiska istnieją, a Sędkowski jako osoba z wykształceniem muzycznym zna je z pewnością aż nazbyt dobrze – ale czy Konkurs Chopinowski rzeczywiście jednoznacznie uśmierca (dzieło) swojego patrona?

W ostatniej scenie kompozytor przygląda się z boku żałobnikom czuwającym nad pozostałym po nim pustym miejscem, prowokując do stawiania pytań o motywacje, jakie stoją za różnego rodzaju praktykami przyczyniającymi się do podtrzymywania mitu wielkości polskiego artysty. W poznańskim spektaklu od tego typu diagnoz znacznie lepiej wypadają próby wniknięcia w psychikę bohatera i podążanie tropem jego osobistych wypraw w mroki Hadesu. Choć przedstawieniu daleko do perfekcji, jego twórcom nie można odmówić śmiałości w poszukiwaniu języka, który pozwoliłby odtworzyć tę ciemność na scenie i eksplorować różne jej wymiary. Ostatecznie to dzięki takim działaniom wyjęte z piersi kompozytora serce zdaje się wciąż bić.

Śmierć Chopina
Reżyseria: Piotr Sędkowski

Scenografia i kostiumy: Kornelia Dzikowska-Demirska
Muzyka: Aleksandra Słyż
Choreografia: Katarzyna Kania
Reżyseria światła: Monika Stolarska

Konsultacje dramaturgiczne: Eugenia Balakireva

Teatr Polski w Poznaniu
Premiera: 11.06.2025