Nr 15/2025 Na teraz

Na co mi ta informacja?

Filip Matwiejczuk
Literatura

„Asortyment strapień” w przekładzie Michała Tabaczyńskiego jest pierwszą pełnowymiarową pozycją Lydii Davis na polskim rynku wydawniczym, choć oryginalnie jest to jej czwarta książka prozatorska. Autorka konsekwentnie realizuje jedną zasadę twórczą: sama sytuacja to już wszystko. Nie ma puenty. Nie ma zwrotów akcji ani emocji. Zamiast tego – gąsienica przeniesiona z dywanu na okno, przypadkowy spacer na konferencji tłumaczy, analiza listów słanych przez dzieci do chorego kolegi w szpitalu w 1951 roku. Tylko migawki, a jednak wszystko to działa. Dlaczego? Bo spisywane jest w przemyślanym projekcie: z jednej strony osobistym, autorskim, z drugiej zaś – bliskim doświadczeniu każdego z nas.

Davis jest pisarką osobną – pisze przede wszystkim drobne prozy (wyjątek stanowi opublikowana w 2004 roku powieść „The End of the Story”); znana jest z niezwykle zwięzłych, często jednozdaniowych form prozatorskich, które wymykają się klasycznym kategoriom opowiadania. W „Asortymencie strapień” znajdziemy pięćdziesiąt siedem fragmentów, z czego kilka dłuższych wyraźnie wybija się z drobnicy. Najdłuższe są „Bardzo za Tobą tęsknimy”, „Pani D. i jej służące”, „Helen i Vi – o tym, jak w zdrowiu dożyć swych dni. Studium”, a w oczy czytelnicze rzucają się także nie aż tak długie, ale i nie krótkie „Kafka w kuchni”, „Spacer”, „Nauki płynące z posiadania dziecka”, „Dziennik z Cape Cod”. Dzięki tej strukturze – zróżnicowanej, nieregularnej, zmiennej rytmicznie – książka oddziałuje jak dobrze skomponowany tom poetycki.

Autorka stale eksploruje granice języka i percepcji codziennego doświadczenia, operując precyzją właściwą poezji i chłodnym namysłem właściwym filozofii analitycznej. Jej styl – surowy, przejrzysty, a zarazem przewrotny – sytuuje się poza głównymi nurtami amerykańskiej prozy i bywa zestawiany z tradycją europejskiego modernizmu spod znaku Becketta czy Nowej Powieści Francuskiej. Już jako dwunastolatka była przekonana, że zostanie pisarką, lecz już wtedy i nigdy potem nie myślała o pisaniu powieści. Przez moment zajmowała się poezją (być może stąd owa poetyckość kompozycji, którą dostrzegam w „Asortymencie strapień”), ale szybko stwierdziła, że właściwą formą są opowiadania. Na serio pisać zaczęła w czasie studiów – wtedy już wierząc, że jedyną drogę stanowi dla niej tradycyjne opowiadanie, forma, którą uprawiali jej rodzice, publikujący opowiadania między innymi w „The New Yorker”. Szczególny wpływ wywarli na nią pisarze bardziej eksperymentalni: Borges i Kafka, wspomniany już Beckett (u którego zafascynowały ją precyzja językowa i ironiczny dystans) i Babel (u którego podziwiała kondensację i obrazowość). Odkrywała krótkie formy autorów takich jak Jane Bowles, Clarice Lispector, Regina Ullmann, Thomas Bernhard czy Machado de Assis – a następnie zainspirowana ich stylem pisała krótkie, czasem niedokończone utwory. Z przyjemnością, nie z wysiłkiem.

Jednak przełomem była lektura poematów prozą Russella Edsona – wystarczył jeden tom, a nawet jedna strona, by Davis całkowicie zmieniła podejście do formy. Ostatecznie porzuciła przymus trzymania się formy klasycznego opowiadania. Od tamtej pory przyznaje, że najbardziej interesują ją utwory nieliryczne, które pokazują świat z innej perspektywy – jak niektóre zapiski Kafki czy jej własny tekst „Hand”.

Pisanie jest

Lektura „Asortymentu strapień” to doświadczenie osobliwe i w pewnym sensie uwalniające. Niełatwo mówić o tej książce bez popadania w nadinterpretację – a przecież Davis właśnie przed tym przestrzega: jej teksty nie potrzebują klucza, nie wymagają dopowiadania sensu. Wystarczy je przeczytać. Zawarte w nich treści – mikrozapiski, rozrzucone refleksje, pozornie banalne obserwacje – to nie zaszyfrowane przesłania, lecz sytuacje. Czytamy o gąsienicy na parapecie, o liście do sąsiadki, o myśli, która przemknęła przez głowę i została zapisana. Czytamy – i tyle.

Siła prozy Davis tkwi w nadawaniu lekturze prostszych wymiarów: prostoty kontaktu, cielesnego rytmu lektury, przyjemności z samego obcowania z tekstem, bez potrzeby jego rozsupływania. Davis nie pisze „o czymś” – jej pisanie jest. Kto szuka w literaturze akcji, rozwoju postaci czy symbolicznej głębi – może zostać w tym przypadku z niczym. Kto szuka uważności, językowej czułości, łagodnego humoru – znajdzie tu wszystko.

W świecie przedstawionym sytuacja rozkłada się na dynamiczne struktury. Wspomniałem już, że pośród krótkich próz, zapisków wrażeń i osobnych zdań o charakterze gnomicznym, zwracają na siebie uwagę trzy dłuższe teksty. Owe dłuższe fragmenty krystalizują się wśród chaosu i przemijalności fragmentów krótkich – trudno wszak zapamiętać większości z tych drugich, zaś w zestawieniu z nimi te pierwsze zyskują na powadze. Tom złożony wyłącznie z kilku długich opowiadań Davis niekoniecznie byłby tak interesujący, a one same nie wywoływałyby takiego skupienia, jak wtedy, gdy czyta się je jako najdłuższe pośród drobnicy. Pod tym względem autorka „Asortymentu strapień” jest jak poetka – komponuje swój tom nie tylko według treści, ale i kieruje się długością i formą tekstu, zwracając uwagę, jak mogą one rezonować na odbiorcę w konkretnym zestawieniu.

W tym sensie „Asortyment strapień” to książka, która więcej robi, niż znaczy. Działa jak fragment rozmowy, zapiski ze snu, przypływ momentalnej jasności. Nie każdemu przypadnie do gustu, ale trudno jej odmówić precyzji i odwagi. Trzeba po prostu pozwolić tekstowi działać i nie próbować wyciskać z niego ukrytego znaczenia.

Język tomu przypomina zimny behawioralny zapis, ale właśnie przez ten chłód prześwituje życie. Bohaterowie Davis funkcjonują w pewnych schematach, a swoje myśli referują bez zaprzątania sobie głowy nadmiarowymi emocjami. Koncentrują się na detalach, nie na uczuciach.  Ale nie wynika to z braku, tylko z pisarskiego wyboru. W udzielonym w 2008 roku pismu „Believer” wywiadzie Davis tłumaczyła: „Nie interesuje mnie kreowanie scen emocjonalnych między postaciami. Może unikam sztuczności, którą w takich scenach często widzę”. Jej gry z emocjonalnością najsilniej dają się odczuć w dłuższych tekstach: „Kafka w kuchni” to nerwicowy strumień świadomości znerwicowanego miłośnika kuchni, który posiłkuje się zinternalizowanymi cytatami z listów Kafki do Mileny – ma się wrażenie, że jego niepokoje do niczego nie prowadzą, choć bardzo dokładnie je referuje; „Dziennik z Cape Cod” to z kolei sugestywny zapis codziennych obrazów.

Przywoływaną już wypowiedź o niezainteresowaniu scenami narracyjnymi między bohaterami i unikaniu sztuczności Davis uzupełniała ciekawą kontrą:

Choć gdy tylko to mówię, od razu przychodzą mi do głowy inne możliwe reakcje na tę percepcję sztuczności – na przykład to, jak taka pisarka, jak Jane Bowles potrafi uczynić z niej atut i sprawić, że świadoma sztuczność staje się skutecznym elementem scen narracyjnych między postaciami.

Mechaniczność ma być sposobem na uniknięcie sztuczności. W rzeczywistości kreowanie różnych emocjonalności w książkach to wciąż praca techniczna. Emocjonalność, którą znamy z literatury młodopolskiej dziś wydaje nam się sztuczna. Uczuciowość Rupi Kaur już teraz może co poniektórym wydawać się sztuczna. Trudno jest oddać emocje poprzez konstrukcje narracyjne, dlatego Davis sięga po wspomniany opis behawioralny.

W swoich najdłuższych tekstach Davis stosuje język suchej analizy. Przykładowo, w „Bardzo za Tobą tęsknimy” przybiera rolę filolożki analizującej listy wysłane przez klasę do kolegi, który trafił do szpitala w 1951 roku. Z kolei w „Pani D. i jej służące” opisuje życie tytułowej bohaterki, ale robi to „przy okazji”, bo centrum stanowi opis szukania odpowiedniej służącej i opisanie tego, czym się charakteryzowała służba; autorka używa przy tym minimalistycznego języka rodem z „Three lives Gertrude” Stein.

Na marginesie tematyki drugiej ze wspomnianych próz warto odnotować kontekst: znaną także w Polsce przedmowę Davis do wyboru opowiadań Luci Berlin „Instrukcja dla pań sprzątających”. Tytułowe dla tomu opowiadanie wydaje się być istotne dla praktyki pisarskiej Davis, jako że stylizowane jest na język i formę wskazówek przekazywanych nowo zatrudnionym sprzątaczkom. Różnica leży w tym, że u Berlin momentami zborność tekstu się załamuje, ukazując emocjonalność i „autobiograficzne prześwity” (Berlin zarabiała na życie między innymi jako sprzątaczka). Tymczasem Davis konsekwentnie trzyma się opisu behawioralnego. Zachowania i zwyczaje tych osób są w centrum uwagi, nie ich emocje.

Jednocześnie autorka „Asortymentu strapień” nie próbuje „diagnozować” swoich narratorek – nie przylepia im etykiet, nawet jeśli sposób ich funkcjonowania w tekście mógłby kojarzyć się z pewnymi wzorcami neurologicznymi. Zamiast tego pokazuje, że fragmentaryczność i skupienie na szczególe są naturalnymi sposobami bycia w świecie.

To naprawdę nigdy nie przyszło mi do głowy. Postaci – czy raczej narratorki – często koncentrują się na jednej rzeczy naraz, tak jak my wszyscy robimy to w codziennym życiu. Jako autorka mogę świadomie pominąć emocjonalne sedno sprawy, skupić się na detalach i zaufać, że to, co najważniejsze, i tak się przez nie przebije

– mówiła Davis. Autorka „Asortymentu strapień” nie chce pozwolić na to, by emocje odwracały uwagę od struktur zwykłej codzienności.

Struktury wrażliwości

Mimo powyższej deklaracji Davis, jej pisarstwo rzadko opiera się na misternych strukturach formalnych – to wiecznie fragment. Nie oznacza to jednak, że nie ma tu innego rodzaju struktur – ostatecznie w tej całej technicznej konstrukcji złożonej z wielu różnych form i opisów bohaterów buduje się struktura sugestywnej wrażliwości. Warto w celu ilustracji przywołać fragment z „Nauk płynących z posiadania dziecka”:

Nie zakładaj, że cokolwiek dokończysz

Dowiadujesz się, że nie możesz zakładać, iż uda ci się cokolwiek dokończyć. Na przykład: dziecko wgapia się w czerwoną piłeczkę. Ty myjesz właśnie kilka dorodnych rzodkiewek. Dziecko wszczyna awanturę w chwili, kiedy umyłaś cztery rzodkiewki i zostało ci jeszcze osiem do umycia.

To rozkojarzenie nie jest defektem, lecz właśnie strukturą wrażliwości – takiej wrażliwości, która nie działa liniowo, nie zmierza do kulminacji, lecz dryfuje, przeskakuje, zatrzymuje się na szczególe, by go zaraz porzucić. Brak możliwości domknięcia stanowi nie tylko treść cytowanego fragmentu, ale i zasadę kompozycyjną całego tomu. Choć żadna z czynności nie zostaje wykonana w całości, ich suma tworzy tekstowy mechanizm o zaskakującej sile – sugestywny, hipnotyczny, chwilami niemal niedostrzegalny, ale precyzyjnie działający pod powierzchnią.

Informacje przekazywane przez Davis mogą wydać się zbyteczne, łatwe do zapomnienia, a niezobowiązujący ton decyduje o tym, że przez „Asortyment strapień” można przedryfować lekkim, czytelniczym okiem. Wiele jej tekstów jest skazanych na stratę i zapomnienie – ale taka właśnie jest stawka tego pisarstwa.

Lydia Davis, „Asortyment strapień”
Przekład: Michał Tabaczyński
Czarne
Wołowiec 2025