Wiem: dzielenie się raz zdobytym pożywieniem nie należy do zwyczaju psiego ludu. Życie jest ciężkie, ziemia nieustępliwa, nauka bogata w poznanie, lecz dość uboga w praktyczne osiągnięcia; kto ma jedzenie, trzyma je dla siebie; nie jest to egoizm, lecz jego przeciwieństwo – to psie prawo, jednogłośne postanowienie całego ludu, wynikłe z przezwyciężenia egoizmu, gdyż posiadający są zawsze w mniejszości.
Franz Kafka, Dociekania psa, przeł. Lech Czyżewski
Sześć lat po publikacji debiutanckiego „Adblocka” Kasper Pfeifer wraca z wyczekiwaną książką – lepszą, dojrzalszą, idiomatyczną, zadziorną i charakterną. Nieśmiałe dystychy zastąpiła forma obfitego poematu, a nadrealistyczne skłonności poety solidnie skrystalizowały się w gęstych i zawiesistych alegoriach. Jest naprawdę dobrze.
Cenię Pfeifera przede wszystkim za to, że mając predyspozycje do tworzenia imponujących sieci figur, nie zadowala się rozwiązaniami nastawionymi na rozpiętość, ale drąży w języku głębokie leje. Robi to tak długo, aż utworzy obraz o wielkiej sile ekspresji i nieznacznym sfatygowaniu w uzusie. Tak było w przypadku „Adblocka”, w którym na pierwszy plan wysuwał się rycerski etos, co w recepcji nie spotkało się z powszechnym zrozumieniem – tam, gdzie artykułowała się romantyczna tęsknota za światem moralnie prostym, opartym na przejrzystej aksjologii i jednoznacznych stosunkach międzyludzkich, odnajdywano postmodernistyczny pastisz, puszczanie oka, celowo płaską i żartobliwą kreację, czasem wręcz szydzenie z języka polskiej prawicy. Im więcej czasu mija od ukazania się debiutu Pfeifera, tym silniejsze mam przekonanie, że na Rymkiewicza i Wencla autor patrzy raczej z zazdrością niż z wyższością – ponowoczesny świat z wartościami postawionymi na głowie nie jest jego wymarzonym miejscem.
Ale zostawmy już debiut, pozostając jednak przy mechanizmie – w przypadku nowego tomu sprawy mają się podobnie i niewykluczone, że i tym razem krytyka zgubi się we własnych projekcjach.
„Zna swoje miejsce” jest przede wszystkim książką, która w planie treści ma „pieskie życie” współczesnego człowieka, wolnego od znoju pracy fizycznej, a jednak oddzielonego od świata i przejmująco samotnego, pogrążonego w głębszej alienacji niż robotnik przemysłowy; względnego beneficjenta wzrostu gospodarczego, którego jednak zaledwie jedno potknięcie dzieli od biedy i bezdomności. Pies jest „psem wiejskim” – przywiązanym do budy, karmionym resztkami, w razie konieczności powieszonym na gałęzi za stodołą – i zarazem „francuskim pieskiem”: przystrzyżonym i zadbanym psieckiem swojej damci.
Owszem, tom wyraźnie eksponuje jakąś formę polityczności, ale przy tym dalece wykracza poza konwencjonalne definicje sztuki zaangażowanej. Kilka lat temu Pfeifer obronił doktorat poświęcony twórczości Brunona Jasieńskiego i zdaje sobie sprawę, że pewne formy dyskursywnego oporu, nawet jeśli wciąż urzekają nas w warstwie retorycznej, przeszły już do historii. Gdy więc poeta konstruuje frazę w rejestrze traktatu politycznego, możemy być pewni, że nie rozładuje tkwiącego w niej napięcia jak rasowy trybun ludowy, wręcz przeciwnie – wzmocni je dysonansowym akordem: „Jeśli przemoc / jest odebraniem wyboru, / być może spuchniemy jak pęknięte i zgniłe, / leżące na ziemi jabłko” (s. 13). A co, spodziewaliście się jakieś foucaultowskiej formułki o władzy? Nie ma!
W 1827 roku Goethe opowiedział Johannowi P. Eckermannowi, jak wiele lat wcześniej odwiedził Schillera w jego posiadłości. Ponieważ nie zastał gospodarza, jego żona poprosiła o chwilę cierpliwości i zaprosiła gościa do pracowni poety. Zapach, który unosił się w pomieszczeniu, był dla Goethego nie do zniesienia – musiał otworzyć okna, żeby złapać oddech, a kiedy wysunął szufladę biurka, z której dochodził odór, zobaczył stos zgniłych jabłek. Pani Charlotta von Schiller szybko wyjaśniła, że bez tego zapachu jej mąż nie potrafi pracować. Ta dygresja nie służy temu, bym mógł zaproponować precyzyjną interpretację figury zgniłego jabłka i wytłumaczyć, o czym do cholery mówi Pfeifer. Tego rodzaju nieoczywiste tropy pozwalają lepiej zrozumieć, że jego psychodeliczne figury są jak leśna grzybnia: wrastają poniżej transparentnej, informacyjnej warstwy dyskursu i wytwarzają składniki odżywcze dla języka poetyckiego. Kostka lodu, pomnik, pan, kolega – wszystkie te alegoryczne plisy mogłyby nieść ze sobą ściśle określone i niezmienne w czasie znaczenia, które z właściwym kodem można by rozszyfrować, ale Pfeifer najwyraźniej dba o to, by raz po raz przelewały się one poza swój domyślny zakres semantyczny. Nie wynika z tego, że właściwy plan treści wiersza jest niedostępny, albo że dostęp do niego jest odraczany – plan treści tej książki zawsze jest na wyciągnięcie ręki, ale nie podlega redukcji do wąskiego pasma emisji znaczeń. To z kolei ma ścisły związek z tym, jak autor rozumie polityczność sztuki.
Z pewnością Pfeifer nie chce być jednym z poetów „w golfie z kaszmiru”, którzy gorliwie zwalczają kapitalizm (s. 16). Jest w tym wiarygodny przede wszystkim dlatego, że sprawnie komplikuje zagadnienia takie jak ideologia czy świadomość klasowa, które w tradycyjnych ujęciach marksistowskich dotyczą w gruncie rzeczy kwestii poznania. Komplikacje dają o sobie znać między innymi w figurach snu i rojenia, które zostają błyskotliwie zdialektyzowane, czasem odwołując się do zamroczenia panującym obrazem świata, innym razem – na modłę romantyczną, surrealistyczną, może i Blochowską – do wyzwalających marzeń o lepszym świecie. Nie chodzi jednak o dwuznaczność, która wprowadziłaby semantyczną chybotliwość, czyniąc z niej samej jakiś estetyczny atut. O funkcji takiego postawienia sprawy najwięcej mówi nam sonet otwierający książkę, „Kasba”: „Zbliż się, / skoro już jesz z ręki rojenia, zabliźnij się w hymnie, / do którego nie da się maszerować” (s. 7). Co z tego wynika?
W 1987 roku Gilles Deleuze wygłosił wykład w szkole filmowej Fémis, podczas którego padło słynne zdanie: strzeż się snów innych ludzi, bo nawet sny małej dziewczynki mogą okazać się niebezpieczne. Tak zaczyna się konstruowanie obrazu myśli, który konieczny jest do podtrzymania przy życiu każdej struktury społecznej. Świadomość klasowa nie jest więc wyłącznie kwestią episteme, lecz nadziei, marzeń i pragnień: „skoro już jesz z ręki rojenia”, niech nie będzie to rojenie podtrzymujące obecny status quo, ale rojenie o tym, „co być może” (s. 13). W „Straży sfory” pada znacząca w tym kontekście deklaracja: „Po drugiej stronie serca: / zmyślanie światów” (s. 28). To wystarczy, bym zobaczył w Pfeiferze sojusznika: należy on do tego wąskiego grona lewaków, którzy wiedzą, że problemem współczesnego kapitalizmu nie jest brak wiedzy lub niezdolność do krytycznego myślenia panująca wśród mas. Problemem jest brak wiary w świat solidarności społecznej, który to brak sprawia, że nie chcemy podejmować ryzyka dla dobra wspólnoty i wybieramy dbanie o krótkoterminowe interesy indywidualne. „Dzielenie się raz zdobytym pożywieniem nie należy do zwyczaju psiego ludu. […] kto ma jedzenie, trzyma je dla siebie […] – to psie prawo” – to Kafka. A to Pfeifer: „Pojawia się myśl, by chcieć być jak ten / który zjada najwięcej” (s. 28).
Przedkładanie interesu własnego ponad interes sfory wcale nie jest nieracjonalne, w krótkim okresie jest po prostu bezpieczne. Rzecz w tym, że broniąc racjonalistycznego obrazu świata, w którym wulgarny materializm ma za lokaja dyskurs naukowy i obliczeniową iluzję rzeczywistości, nie przestajemy śnić, ale śnimy sen panów. Zdradzamy sforę i stajemy się wiernymi psami, które gorliwie wykonują polecone im sztuczki, dostając za to chrupiące smaczki. Wielkiej nagrody nie będzie, mimo że „wyrażaliśmy siebie // wychodziliśmy ze strefy komfortu, śmiało stawaliśmy się sobą” (s. 12).
Skoro „[w]spólne zbiega spod języka”, ekspresja artystyczna może być postrzegana jako ten rodzaj artykulacji, który wytwarza i umacnia psie rojenia, refren, który „uczy iść, przekraczać się, węszyć za źródłem”. Jeśli „świat nie jest skończony” (s. 22), to jest w procesie, a zatem potrzebujemy marzeń o demokratycznej sforze zerwanych z łańcucha: „Chcemy wyprawić się w opustoszałe centrum obietnic, / leżące spokojnie poza spektaklem i pracą” (s. 19). Bohater książki „słowa nasyca śnieniem”, by „pomału dozować nową ziemię” (s. 34). Ta romantyczna naiwność – to nie zarzut, wręcz przeciwnie – nie jest wolna od wątpliwości. W gruncie rzeczy nieustannie pada na nią cień politycznego pesymizmu, który bywa druzgocący i taki właśnie ma być. To kolejna wyraźnie dialektyczna kwestia, która u Pfeifera intensyfikuje się w figurze niedzieli: dnia, który mógłby być prostą synekdochą wolności od pracy, gdyby nie krążyło nad nim ciężkie widmo poniedziałku. Spoczynek, którym cywilizuje się sforę, jest „podobny pracy” (s. 23). To czyni zakończenie „Przedmowy do historii czasu wolnego” pięknie nieoczywistym i wewnętrznie sprzecznym. Puenta ciągnie w dwie różne strony jednocześnie: „Każdy nowy świat jest jak nadzieja / na kolejny rzut kostką, gdy wiesz, że jutro wypadnie niedziela” (s. 21).
Nie wiem, czy Pfeifer zna przedstawioną przez Quentina Meillassoux interpretację Mallarmeńskiego „Rzutu kością…”, nie byłbym tym jednak szczególnie zaskoczony (poeta jest adiunktem w Instytucie Literaturoznawstwa Uniwersytetu Śląskiego i sporo badawczej uwagi poświęca ontologiom politycznym). Czyniąc francuskiego poetę prekursorem realizmu spekulatywnego, Meillassoux twierdził, że w jego poemacie dochodzi do głosu kwestia konieczności tego, co przypadkowe. W ten sposób ontologiczna plastyczność i zmienność nie sprowadzają się do relatywizmu i nihilizmu, ale paradoksalnie okazują się jedynym twardym fundamentem metafizycznym, na którym budować można postulatywną filozofię jutra. U Pfeifera dochodzi do głosu bardzo podobny rodzaj konieczności: nadzieja na nowy, sprawiedliwy świat, jest rzutem kością, „gdy wiesz, że jutro wypadnie niedziela”. Ta wiedza nie daje jednak żadnej stabilności, bo historyczny wymiar uwarunkowań społecznych, który stanowi stały punkt życia właśnie za sprawą swojej zmienności i niepewności, wprowadza w figurze niedzieli pęknięcie, czyniąc z niej swego rodzaju dziką kartę. Wiem, że jutro nadejdzie niedziela – nie wiem jeszcze, co to znaczy.
Urzeczowienie świadomości, do którego dochodzi za sprawą eksploatacji siły roboczej, skłaniałoby nas do lektury opartej wyłącznie na politycznym pesymizmie. Psia zawziętość i bezkompromisowość, która odzywa się w tomie wspaniale wzniosłym tonem, sugerowałaby jednak lekturę opartą na zasadzie nadziei. Jeśli niedziela jest rzutem kością, to może być zalążkiem utopii, czystą możliwością i obietnicą zaistnienia tego, co nieznane. Z takiej chwiejności semantycznej wynika napięcie, które najmocniej uwidacznia się w utworze „Wyruszyć bez chleba i broni”, być może najlepszym z całego tomu:
Góry zlegną w połogu, zrodzi się śmieszna mysz.
Iść do pracy, zarazszukać nowej. Czas wolny:
mętny i krótki. Planować, konsumować,nie nudzić się. Góry zległy
w połogu, urodził się pies.Każdy jego dzień będzie jak niedziela.
(s. 30)
Na osobny paragraf zasługuje twórczy i pomysłowy przekład „Une charogn”e Baudelaire’a, nie tylko uwspółcześniony, ale też nasycony autorską manierą i obudowany kontekstami, które czynią z niego integralną część książki. Trup jest oczywiście obserwowany przez dwie łebskie psiny na gigancie, w mig chwytające analogie między rozkładem ciała i pracą najemną, która stanowi przecież specyficzny rodzaj śmierci za życia. Nie bez powodu Karol Marks tak bardzo lubił powieść gotycką i co rusz stosował wampiryczne metafory kapitału. Nie bez powodu figura zombie, wywodząca się z kultu voodoo, powstała na Haiti, gdzie czarni niewolnicy zostali pozbawieni historii i podmiotowości poprzez wtłoczenie ich w prototaylorowski reżim produkcji cukru. Z wielką radością i pewnym zawstydzeniem odkryłem, że „Padlina kolegi” zawiera drobny follow-up do „Niedzielnych ziem”, który nie jest bez znaczenia w kontekście opisanym wcześniej:
Słońce oświetlało słupem tę gnidę,
jak gdyby chciało ją wypiec na złoto
i po kawałku wygrodzić
niedzielne dotąd jedno.
(s. 31)
To jeden z nielicznych fragmentów książki, w którym – mimo makabrycznych okoliczności – do głosu dochodzi jednoznacznie jasna strona niedzieli. Fałszywa etymologia, która skłania do tego, by niedzielę wiązać z niedzielnością, ciągnie za sobą cały łańcuch skojarzeń: śmierć „wygradza” materię ciała, tak jak kapitał wygradza ziemię („tę ziemię”) i życie, które wcześniej stanowiły „niedzielne jedno”. Ów przebłysk substancjalnej spójności rzuca nowe światło na czas wolny – nie jest on już „mętny i krótki”, nie jest „podobny pracy”. Na chwilę niedziela wymyka się toksycznemu widmu poniedziałku i przechodzi złotą barwą „słonecznego popołudnia” z popularnej piosenki The Kinks, o której Mark Fisher pisał w kontekście kwasowego komunizmu. Tak rozumiana niedziela daje poczucie „wygórowanej wystarczalności” mimo przeciwności losu, dryfowania gdzieś zupełnie obok znoju pracy; „mgła i mróz poniedziałkowego poranka” zostają wyparte przez słoneczną niedzielę, która wcale nie musi się kończyć. Trwać będzie w poniedziałek, we wtorek, środę, a może już zawsze?