Nr 18/2025 Na teraz

Miłość platoniczna

Jan Brzozowski
Film

W „Uczcie” Platona pojawia się mit o dwóch połówkach człowieka – opowiadany przez Artystofanesa. Zgodnie z nim wszyscy ludzie posiadali u zarania dziejów cztery nogi, cztery ręce i dwie głowy. Zeus i inni bogowie dostrzegli jednak w takiej fizjonomii zagrożenie – ludzie poruszali się zbyt szybko, myśleli za dużo (co dwie głowy, to nie jedna) i widzieli zbyt wiele. Aby nieco ich osłabić, Zeus porozcinał wszystkich na połówki. Od tej pory przedstawiciele naszego gatunku błąkają się po świecie nieszczęśliwi, desperacko poszukując dopełnienia. A kiedy jakiś człowiek znajduje wreszcie swoją drugą połowę, jak głosi Arystofanes u Platona, „wtedy nagle dziwny na nich czar jakiś pada, dziwnie jedno drugiemu zaczyna być miłe, bliskie, kochane, tak że nawet na krótki czas nie chcą się rozdzielać od siebie, i niektórzy życie całe pędzą tak przy sobie, a nie umieliby nawet powiedzieć, czego jedno chce od drugiego”.

Mit o połówkach odgrywa w „Together” rolę niebagatelną, funkcjonując jako swoiste motto filmu. Zanim jednak zostaje on przywołany wprost przez jedną z postaci, przedstawieni zostają nam bliżej Millie (Alison Brie) oraz Tim (Dave Franco). Trzydziestolatkowie przechodzą właśnie specyficzny, bo przedmałżeński kryzys. Po kilku latach względnie udanego związku para staje przed bardzo poważnym dylematem: czy pójść krok naprzód i sformalizować swoją relację, czy może jednak rozejść się permanentnie i poszukać szczęścia z kimś innym? Żadne z nich nie jest przekonane, czy wciąż łączy ich miłość, czy może już tylko rutyna, siła przyzwyczajenia. Aby poznać odpowiedź na to pytanie, bohaterowie postanawiają wyjechać na kilka miesięcy z miasta i zamieszkać na odludziu niczym z klasycznego horroru. Millie będzie nauczać w lokalnej szkole, a Tim będzie miał czas, aby rozwijać pasję muzyczną. Bliskość natury ma się przełożyć na pogłębienie relacji między bohaterami.

Wybierając się na seans „Together” otrzymujemy tak naprawdę dwa filmy w jednym. Pierwszy to melodramat opowiadający o rozpadającym się związku i próbach jego naprawy. Drugi – body horror, z mutującymi ciałami na pierwszym planie i motywem okultystycznym w tle. Być może największym sukcesem reżysera i scenarzysty projektu, Michaela Shanksa, jest w miarę bezszwowe połączenie tych dwóch, na pozór zupełnie do siebie nieprzystających konwencji. Pomysł na tę grę gatunkami był prosty, ale efektywny: w scenach dziennych przeważają elementy melodramatu, nocnych zaś horroru. Za dnia obserwujemy więc ciąg związkowych kłótni i nieporozumień, podczas gdy po zmroku bohaterowie lewitują i lunatykują, stopniowo tracąc kontrolę nad własną fizjonomią. Odważna żonglerka konwencjami działa, bo jest prowadzona przez Shanksa w sposób przemyślany i świadomy. Im dalej w las, tym proporcje stają się coraz bardziej zaburzone. Kino grozy zaczyna dominować, choć w wydaniu budzącym zdecydowanie więcej obrzydzenia niż lęku.

Nie trzeba być specjalistą w dziedzinie kinematografii, aby dojść do wniosku, że body horror jest dość wymagającą konwencją, zarówno pod względem produkcyjnym, jak i reżyserskim. Dużym wyzwaniem jest sugestywne pokazanie na ekranie cielesnych transformacji bez bezmyślnego kopiowania osiągnięć Davida Cronenberga. Debiutujący na dużym ekranie Shanks okazał się – całe szczęście – równie zręcznym scenarzystą, co inscenizatorem.

mat. prasowe Monolith Films

Do świata kina Australijczyk przybył drogą okrężną, poprzez internet. Podobnie jak bracia Philippou, autorzy „Oddaj ją” i „Mów do mnie”, albo David F. Sandberg, twórca „Kiedy gasną światła” i „Shazama!”, Shanks rozpoczynał przygodę z filmem jako szeregowy youtuber, wrzucający na swój kanał (Timtimfed) materiały z bardzo różnych rejestrów: od przeróbek transmisji sportowych, przez aktorskie parodie gier wideo, aż po półprofesjonalne odcinki serialu fantasy pod tytułem „The Wizards of Aus”, wyprodukowane we współpracy z australijską telewizją SBS. Internet okazał się dla Shanksa namiastką szkoły filmowej – doświadczeniem, które pozwoliło mu rozwinąć skrzydła. W krótkich formach audiowizualnych, tworzonych z myślą o sieci, aspirujący reżyser mógł nie tylko wyrażać siebie, ale również swobodnie eksperymentować, poszukując tego, co go tak naprawdę w kinie interesuje. Nabyta w tym czasie ogłada i pewność siebie musiały zaprocentować po latach na planie „Together”. Są tu ujęcia na tyle wymyślne, że bez wątpienia zapiszą się w historii podgatunku: jak chociażby wędrujące pod powierzchnią skóry ręce czy zespalające się ze sobą gałki oczne, wykorzystywane ochoczo w materiałach promocyjnych filmu.

O warsztatowych umiejętnościach Shanksa najlepiej świadczy to, z jaką swadą korzysta on z najpopularniejszych narzędzi przynależących do bogatego instrumentarium kina grozy. Reżyser konsekwentnie buduje suspens, zwłaszcza w powracających sekwencjach majaków sennych, i wypełnia swój film odpowiednio dużą liczbą jump scare’ów, wkupując się tym samym w łaski największych fanów gatunku. Co jakiś czas pozwala jednak widzom na oddech – nie stroni od humoru, robiąc użytek z komediowego rodowodu Brie i Franco. W żadnym momencie nie traktuje swojego konceptu (choć jego oryginalność bywa kwestionowana) zbyt serio. Zdaje sobie sprawę z jego absurdalności, regularnie wyciąga ją na pierwszy plan, rozładowując w ten sposób napięcie i nadając seansowi pożądanej lekkości.

„Together” bardzo dużo zawdzięcza również swoim dwóm największym gwiazdom. Alison Brie i Dave Franco stanowią motor napędowy projektu – właściwie nie znikają z ekranu, a skomplikowana relacja pomiędzy ich postaciami jest niekwestionowanym sercem filmu. Fakt, iż aktorzy są parą również poza kadrem, dodaje opowieści pikanterii i autentyczności. Uczucie, a przede wszystkim zaufanie, jakim darzą siebie nawzajem, pozwala im wypaść wiarygodniej w scenach ekstremalnych, wymagających fizycznie i emocjonalnie, a takich jest w „Together” co niemiara.

Największe wrażenie robią, rzecz jasna, fragmenty najbardziej intymne, a zatem te, w których ciała aktorów (z pomocą efektów praktycznych i odrobiny CGI) przechodzą metamorfozy i sczepiają się ze sobą. Równie dobrze Brie i Franco wypadają jednak w sekwencjach domowych niesnasek, kiedy obydwoje potrafią z premedytacją uderzyć w czułe punkty swoich postaci, wydobywając na powierzchnię ich narcyzm i egocentryzm. Małżeńskiemu duetowi partneruje między innymi Damon Herriman, wcielający się w uroczo-upiornego sąsiada rodem z filmów Romana Polańskiego. Łatwo dać się zwieść jego uprzejmemu uśmiechowi, choć jeżeli ktoś zaznajomiony jest bliżej z emploi aktora – dwukrotnego odtwórcy roli Charlesa Mansona – to raczej oszukać się nie da.

Dobry horror potrafi w sposób perfidny i niejednokrotnie przewrotny wykorzystać nasze codzienne lęki – społeczne bądź egzystencjalne. „Together” odwołuje się do tego drugiego rodzaju: z jednej strony lęku przed złym wyborem życiowego partnera, z drugiej – przed samotnością. Utratą własnej podmiotowości i platonicznym brakiem dopełnienia. Napięcie między tymi dwiema skrajnymi, a chyba równie przerażającymi wizjami sprawia, że film Shanksa – pomimo całego sztafażu gatunkowego – nabiera walorów uniwersalnych. Przy odrobinie dobrej woli można nawet dostrzec w nim współczesny traktat na temat miłości, przypominający nam, że najgorszym, co można w tej dziedzinie zrobić, to utknąć w wiecznym niezdecydowaniu. Zarówno w sferze kina, jak i uczuć liczy się przede wszystkim podejmowanie decyzji. Czasem bardzo ryzykownych, wymagających dużych pokładów odwagi i wewnętrznej determinacji. Bohaterowie „Together” taką decyzję w końcu podejmują. Postawieni pod ścianą wybierają, czy chcą spędzić w swoim towarzystwie resztę życia – czy aby na pewno są swoimi „drugimi połówkami”.

„Together”
reż. Michael Shanks
premiera: 22.08.2025