Świat na chwilę przed katastrofą. Na horyzoncie widać zieloną poświatę, będącą zapowiedzią zbliżającego się końca. Pochodzi z miejsca nieopodal niedużej wsi, gdzie robotnicy budują tamę. Gdy skończą swoją pracę, mieszkańcy pobliskich miejscowości – czy tego chcą, czy nie – będą musieli wyruszyć w świat w poszukiwaniu nowych przestrzeni do życia. Zanim woda zaleje ten teren, „domy zostaną spalone, drzewa wycięte, cmentarze zdezynfekowane, kamienne budynki przeniesione”. Bohaterów i bohaterki „Wyspy” Eugenii Balakirevy wystawionej w Teatrze Słowackiego w Krakowie – babkę Halinę (Bożena Adamek), jej córkę Alę (Marta Konarska), wnuka Igora (Karol Kubasiewicz) i jego partnerkę Marię (Wanda Skorny) – poznajemy na chwilę przed tym zdarzeniem. Dla niektórych przymusowa wyprowadzka to szansa na nowy początek, dla innych – prywatny koniec świata. Młodsi rwą się do miasta, starsi, którzy nie chcieliby niczego zmieniać, rozpamiętują idealizowaną przez siebie przeszłość. Oczekiwanie na nieuchronne zostaje zakłócone przez pojawienie się Damiana (Krzysztof Zarzecki), który po tym, jak bez zapowiedzi, słaniając się z wycieńczenia na nogach, stanął w drzwiach domu Haliny, kolejne dwa tygodnie przespał w jej łóżku.
Mężczyzna podaje się za etnologa. Twierdzi, że do wsi przywiodło go widziane z daleka zielone światło. Pracuje nad książką o pieśni ludowej, dlatego chciałby zostać dłużej – ma zamiar poznać lokalną społeczność i kulturę tego miejsca, zanim zostanie ono bezpowrotnie zniszczone. Choć Halina, wyraźnie przygnębiona perspektywą porzucenia domu i niemająca ochoty na rozmowy o lokalnych tradycjach, podkreśla, że wieś jest już właściwie wyludniona, a ci, którzy jeszcze w niej zostali, żadnych pieśni nie śpiewają, Damian nie traci zapału. Stawia na swoim – dołącza do rodziny swojej gospodyni, zaczynając wieść wraz z nią codzienne życie. Jego obecność zmienia relacje między postaciami – mężczyzna staje się dla mieszkańców wioski powiernikiem ich sekretów, katalizatorem emocji, które odbija jak zwierciadło. Dzięki rozmowom z nim bohaterowie oswajają się z perspektywą czekającej ich wyprowadzki, zaczynają odważniej mówić o swoich pragnieniach i skrywanych dotąd marzeniach. Igor zdradza Damianowi, że tak naprawdę nigdy nie chciał mieszkać na wsi, ale nie wyprowadził się wyłącznie ze względu na więzi z bliskimi: „Żyjemy tu w swoim mikroklimacie, odcięci od świata i wmawiamy sobie, że to my mamy go w dupie, a nie on nas”. Maria, jego ukochana, w przypływie szczerości wyznaje przybyszowi, że choć zawsze marzyła o wyjeździe, to myśl o porzuceniu domu „staje się znacznie trudniejsza, gdy uświadamiam sobie, że potem nie będzie już dokąd wrócić”. Czy ktokolwiek, poza Haliną, pragnie tu zatem zostać? Trudno powiedzieć. Jej córka, Ala, nie ujawnia swojego nastawienia wobec rodzinnej miejscowości, ale wydaje się gotowa wyjechać gdziekolwiek i z kimkolwiek, jeśli tylko zapewniłby jej poczucie bliskości. Nowo poznanemu mężczyźnie opowiada o lęku przed porzuceniem („Ode mnie wszyscy uciekają. Mój ojciec, mój niedoszły mąż, mój syn… on zaraz też ode mnie ucieknie. Nawet ty. Czuję, jak się ode mnie oddalasz. Że nie chcesz ze mną rozmawiać”), który determinuje jej działania – tak wobec Igora i starszej matki, jak i samej siebie. Wszystko się zmienia, gdy w niezbyt jasnych okolicznościach umiera Maria – jej śmierć staje się szczególną cezurą dla całej rodziny, to katalizator prowokujący jej członków do ujawnienia skrywanych pragnień i tłumionych emocji. Po stracie ukochanej Igor dochodzi do wniosku, że już dawno powinien wyjechać: „kiedy pierwszy raz ją pocałowałem, powinienem był chwycić ją za rękę i odjechać pierwszym porannym pociągiem”. Teraz, kiedy poczuł się wolny, zamierza naprawić swój błąd. „Każdy dostał to, czego chciał” – stwierdza. Maria zostanie przy ojcu, o którego za życia tak się martwiła, a on może „zbudować gdzie indziej nowy dom”.
„Wyspa” inspirowana jest prawdziwą historią przodków Eugenii Balakirevy, reżyserki i autorki tekstu. Jej rodzina – czego dowiadujemy się z opisu spektaklu – pochodzi z białoruskiej wsi Pachomowo, która w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku została wysiedlona i zalana w ramach budowy systemu wodnego Wilejka-Mińsk. Reżyserka opowiada więc o własnym, choć odziedziczonym, doświadczeniu tułaczki w wyniku utraty „swojego” miejsca. Wykorzenienie prowokuje trudną do zdefiniowania tęsknotę za czymś, nawet jeśli nigdy tego nie poznaliśmy. Nostalgiczny, a nawet elegijny nastrój udziela się widzowi krakowskiego przedstawienia od samego początku. Rozpoczyna je emisja quasi-przyrodniczego dokumentu o powstawaniu i geologicznym zróżnicowaniu wysp oraz groźbie ich „zniknięcia” w związku z topnieniem lodowców i podnoszącym się poziomem wód. Film przybliża również historię kilku nie-miejsc: nieistniejącej już rumuńskiej wsi Geamăna, porzuconej przez Stany Zjednoczone „lodowej” bazy wojskowej Camp Century oraz opuszczonej japońskiej wyspy Hashima. Gdy rozpocznie się właściwa akcja, a światło (reżyseria świateł: Monika Stolarska) wydobędzie z mroku sylwetki dwóch pogrążonych w myślach bohaterek, Haliny i Ali, przedmiotem ich dyskusji stanie się pamięć – jej ograniczenia, zwodniczość i nietrwałość. Ala, tak w tej scenie, jak i przez całe przedstawienie, próbuje przypomnieć sobie słowa piosenki z dzieciństwa: „Coś tam… nanana… nanana. Jak ona się zaczyna? Nie pamiętam. Kiedy Igor był mały, to mu śpiewałam, a teraz jakbym się nie starała… Słowa mi uciekają. Melodię pamiętam, a słów nie”. Jej próby mierzenia się z niepamięcią przerywa głośne pukanie do drzwi. Dopiero w kolejnej scenie – rozgrywającej się dwa tygodnie później, poprzedzonej refleksją tajemniczego głosu z offu o źródłach tęsknoty – poznamy przybysza, który stanął w jej drzwiach.
Akcja „Wyspy” nie jest linearna. Nie tworzy też zamkniętej, zmierzającej dokądś opowieści o znikaniu konkretnych miejsc i zapominaniu ich historii. Stawką krakowskiego przedstawienia jest raczej próba zarysowania emocjonalnego krajobrazu bohaterów i bohaterek znajdujących się w liminalnym momencie na-chwilę-przed: końcem jedynego świata, jaki znają; życiowej tragedii; wyprowadzki; przejściem „teraz” w „było”; zniknięciem. Spektakl Balakirevy, 26-letniej reżyserki, jednej z laureatek 14. Forum Młodej Reżyserii, wybrzmiewa jako teatralny esej o pamięci, tęsknocie i doświadczeniu straty. Pomyślany został w sposób, który kojarzyć się może z twórczością Wiesława Myśliwskiego i Jona Fossego – kluczowe dla jego struktury, przebiegu i kompozycji (dramaturgia: Krzysztof Zygucki) okazują się zapętlenia i retardacje. Logika i prawa czasu są tu negowane, pojawia się wrażenie, że przeszłość i teraźniejszość istnieją równolegle, niespodziewanie zmieniają się perspektywy narracyjne, język charakteryzuje poetyckość i obrazowość, monologi są podstawową formą ekspresji scenicznych bohaterów i bohaterek. Jak w dramatach Fossego, istotny okazuje się lęk przed obcym i próba zamknięcia się we własnym świecie. Początek przedstawienia, gdy Halina i Ala nie chcą otworzyć drzwi nieznajomemu, mając nadzieję, że ten sobie pójdzie, przypomina dramat „Ktoś tu przyjdzie” norweskiego noblisty, a koncepcja spotykania samego siebie (Igor i Damian wydają się jedną postacią, jej – wzajemnie się dopełniającymi – awersem i rewersem) – jego prozatorską „Septologię” albo „Ucho igielne” Myśliwskiego.
Balakireva i Zygucki robią wiele, by „zawiesić” w czasie akcję i nadać „Wyspie” cechy paraboli. Z bohaterów czynią alegoryczne figury, które bardziej niż w realia życia codziennego uwikłane są w próby znalezienia odpowiedzi na, wykraczające poza tu-i-teraz, egzystencjalne pytania. Nie doprecyzowują miejsca ani czasu akcji, starając się uczynić z nienazwanej wsi przestrzeń mitu. Ziemia tu nie dość, że „pamięta kroki”, to jest w stanie „krzyknąć z bólu”, a las potrafi rozpoznać czyjś oddech. Bieżącą akcję komentują głosy z offu, dopowiadając to, czego widz nie może zobaczyć, lub wpisując losy postaci w szersze konteksty. Wszystko, każdy gest i każde słowo, wydaje się wpisane w tajemniczy Wielki Porządek Świata – przedziwny i podszyty świętością miraż przyrody, lokalnych obyczajów, przeznaczenia i wierzeń. Nie ma tu żadnych przypadków, wszystko jest po coś lub z czegoś wynika.
Następujące po sobie sceny, bardzo precyzyjnie ustawione pod względem dramaturgii i świateł, pogłębiają wrażenie patosu: każde, nawet błahe doświadczenie naznaczone jest celowością i metafizyką („Gdy w wieku dwunastu lat wziął do ręki bat i uderzył nim konia, stracił swoją niewinność. Swoją bezpośrednią więź z Bogiem. I w tamtej chwili przestał w Niego wierzyć”). Halina, patrząc gdzieś przed siebie, w natchniony sposób raz po raz mówi pełnym truizmów i zbudowanym w oparciu o dość oczywiste paradoksy wierszem („Bo nie jestem tu pierwszy / i nie będę ostatni. / Jestem tylko przejściem / między tym, co było / a tym, co zostanie”); Igor, wychowany w chłopskiej rodzinie i zajmujący się uprawą roli, podczas byle rozmowy podnosi filozoficzne kwestie („Może to jest jakaś naturalna kompensacja? Żeby coś dostać trzeba z czymś się rozstać?”), a czynność orania pola przez bohaterów zostaje ukazana jako przeżycie transcendentalne i formujące ich postrzeganie świata. Mistyczna rama przedstawienia przekłada się na sposób prowadzenia postaci przez aktorów i aktorki. Damian przypomina zjawę, demiurga lub szaleńca (błądzi wzrokiem, ma nieobecny wyraz twarzy, nie wiadomo, z jakiego porządku pochodzi), Halina funkcjonuje na granicy świata realnego i mitycznego (zwraca się bezpośrednio do ziemi i drzew, wydaje się spoza czasu), Ala bliska jest popadnięciu w szaleństwo, a Igor rozpoznaje w podającym się za etnologa mężczyźnie samego siebie. Wszystko to sprawia, że trudno uwierzyć bohaterom i bohaterkom oraz przejąć się ich losami – przez cały czas pozostają dla widza emocjonalnie niedostępni, jawią się jedynie jako nośniki określonych emocji lub idei, elementy dramaturgicznej układanki. Wydaje się, że ich działania i reakcje nie wynikają z jakiejś wewnętrznej logiki, którą odbiorcy muszą zrozumieć i odkryć, lecz z chłodnych kalkulacji twórców, którzy podporządkowali je nadrzędnej koncepcji inscenizacyjnej – tak, jakby praca nad przedstawieniem przypominała rozwiązywanie równania, gdzie dodanie określonych wartości przyniesie spodziewany wynik. Krakowski spektakl raz po raz odsłania przed widzem swoje szwy i wewnętrzną strukturę, co uniemożliwia uwierzenie w sceniczną iluzję.
Myślenie Balakirevy o teatrze bliskie jest myśleniu literata o kompozycji powieści lub tomu poetyckiego – może dlatego w „Wyspie” tak silnie pobrzmiewają echa Fossego i Myśliwskiego. Sam finał przedstawienia, w którym Igor i Damian zamieniają się na życia i tożsamości (ten pierwszy wyjeżdża, by pisać książkę o pieśni ludowej i żyć wymarzonym życiem mieszczucha, a Damian zostaje na wsi, stając się ukochanym synem Ali i wnukiem Haliny), ma duży potencjał interpretacyjny, ale wobec wcześniejszej akcji wydaje się sztuczny. Nie sposób uwierzyć w to, że decyzja bohaterów wynika z ich rzeczywistych potrzeb – jawi się wyłącznie jako ten element struktury, którego wprowadzenie było konieczne, by otworzyć spektakl na konkretne interpretacje. Czy Damian to fantazja Igora o innej/lepszej wersji samego siebie? Czy Igor jest Damianem-z-przeszłości? Czy mężczyzna przybywa do obcej mu wsi przez przypadek, czy to rodzaj świadomej retrospekcji? Czy pozbawiona nazwy miejscowość została zalana już dawno, a to, co wydarza się na scenie, jest wyłącznie fantazją któregoś z jej dawnych mieszkańców o własnej przeszłości? Te i podobne pytania stawiane są przez twórców i twórczynie wprost – bez cienia subtelności i zaufania do inteligencji widza.
„Wyspa” to przedstawienie, które – jak poprzedni spektakl białoruskiej reżyserki, „Medea” z Teatru Polskiego w Bydgoszczy – intryguje zamysłem, artystycznymi intuicjami i estetyką sceny (na uwagę zasługuje monochromatyczna szaro-czarna scenografia Jerzego Basiury, ukazująca jednocześnie wnętrze i zewnętrze na wpół opuszczonego wiejskiego domu), ale rozczarowuje wykonaniem. Balakirevę interesuje opowiadanie o sytuacjach granicznych, zmierzchu świata, rozpadzie osobowości i nie-miejscach (w „Medei” był to szpital psychiatryczny, do którego trafia główna bohaterka), co udaje się jej nienajgorzej, głównie za sprawą umiejętnego operowania pętlami czasowymi. Równocześnie jednak usilnie podejmuje próby wzbudzania w widzach konkretnych stanów emocjonalnych i tworzenia poetyckich – złożonych i niejednoznacznych – struktur, co odbywa się kosztem narracyjności i psychologicznej wiarygodności postaci. W rezultacie przedstawienie, podobnie jak spektakl bydgoski, ogląda się z dystansu, nierzadko w poczuciu zażenowania wszechobecnym patosem. Może wystarczyłoby – parafrazując jedną z zasad dobrego stylu, sformułowaną przez Coco Chanel – zrezygnować przed premierą z jednej metafory lub jednego nawiasu? Taka decyzja z pewnością przysłużyłaby się temu przedstawieniu.