Seneka Młodszy (Lucius Annaeus Seneca) relacjonuje sytuację po zdobyciu Troi słowami: „Dziewczynę zarżnięto, dziecko strącono z wieży, a każde godnie przyjęło swój zgon”. Godnie? Trudno zgodzić się dziś z takimi słowami, szczególnie gdy odnoszą się do niewinnych ofiar wojny. Czy zakończenie życia pod gruzami miasta: szpitala, bloku mieszkalnego czy teatru może w ogóle być godne? Czy można przyjąć taką śmierć? Cytat z „Trojenek” Seneki Młodszego wspiera stoicką postawę, a nawet uwzniośla tragedię. Jednak dziś, w czasach nowych zbrodni wojennych, których epoka miała przecież skończyć się już dawno, traktujemy go raczej sceptycznie. Myślę o beethovenowskim pytaniu: „Muss es sein” – czy tak musi być? Czy śmierć i krzywda niewinnych osób są konieczne?
Zdaje się, że od podobnego pytania wyszli także twórcy i twórczynie spektaklu „Trojanki” według Eurypidesa z Teatru Powszechnego w Warszawie (reżyseria Aleksandra Bielewicz). Być może towarzyszyły im dylematy podobne do moich. Przedstawienie otwiera performatywna recytacja słynnego, debiutanckiego wiersza Wisławy Szymborskiej – „Szukam słowa”. Samotna na scenie Kasandra (Katarzyna Obidzińska), drżąc na całym ciele, przerywając i zacinając się, próbuje wypowiedzieć kolejne słowa, aby w końcu dojść do tego jednego, kluczowego, które pozwoli jej nazwać sprawców okropności dopiero co przeżytej wojny. Ta praca sprawia jej ból. Wydaje się niemożliwa. Kolejne wysiłki rozbijają się o banał i pustą wściekłość, ponieważ, jak konkluduje poetka w ostatniej strofie, „Bezsilna nasza mowa”.
To otwarcie spektaklu zapaliło we mnie pierwszą czerwoną lampkę. Nie umniejszając Szymborskiej, „Szukam słowa” należy do utworów raczej naiwnych. Napisany został przez osobę młodą, której, choć przeżyła doświadczenie graniczne, trudno jest ująć to w precyzyjnych słowach. Wiersz nie niesie wiele informacji o możliwościach języka ani poezji po zagładzie świata. Sygnalizuje raczej wściekłość, która musi znaleźć ujście. Bezsilność i niemoc w nazwaniu sprawców zbrodni przeciwko ludzkości nie sprawiają, że czytelnicy lub podmiot utworu konfrontują się z wojną i śmiercią. Przeciwnie – całe zło tego wydarzenia niezamierzenie ujęte zostało w formie rebusu czy krzyżówki. Sama poetka po latach uznała ten wiersz za niezbyt udany.
Jednak nie tylko wybór utworu działa na niekorzyść prologu spektaklu. Moje wątpliwości łączyły się z polonistycznym żachnięciem: „ale nie tak, nie tak przecież powinno się recytować Szymborską”. Nie chcę się czepiać Obidzińskiej, ponieważ w perspektywie całego przedstawienia jej rola Kasandry nie była zła. Jednak na początku aktorka przestrzeliła w doborze środków. Interpretacja poezji noblistki – pisanej z myślą o powściągliwej, niedramatycznej recytacji – nie wybacza nadmiaru. Cena za przesadną ekspresję jest wysoka: prowadzi do niezamierzonego popadnięcia w komizm, a nawet parodię. Dość ryzykowne, gdy chcemy proponować rozważania o uniwersaliach wojny.
Podstawowym problemem „Trojanek” nie jest jednak wcale obecność tego nieszczęsnego wiersza, który wykorzystany został chyba tylko przez zbieg okoliczności (premiera odbyła się w dniu 81. rocznicy opublikowania debiutu Szymborskiej na łamach „Dziennika Polskiego”), ani nawet styl jego wypowiadania. To tylko część większego problemu, wynikającego z niekonsekwentnej i niezbyt sensownej żonglerki kilkoma utworami. Dramaturgiczną niejednorodność i teatralną pracę z wieloma źródłami uznaję co prawda za atuty wielu przedstawień, jednak warunkiem powodzenia jest wówczas perfekcyjne wyczucie i zrozumienie tekstów pisanych w różnych kontekstach i z odmiennymi założeniami. Do tej adaptacji (Teatr Powszechny nie precyzuje, kto za nią odpowiadał, być może reżyserka), oprócz wspomnianej tragedii Eurypidesa i dwóch wierszy noblistki, wprowadzone zostały także „Trojanki” Seneki Młodszego, „Hekabe” Eurypidesa oraz „Wojny trojańskiej nie będzie” Jeana Giraudoux, a także poetycki utwór „Gdy wyjdę na spacer” Rity Boumi-Pappy. Można zapytać, z czym wiąże się mój problem, skoro większość tych tekstów dotyczy tej samej historii i opowiadają one – w najogólniejszym zarysie – o trojańskim powojniu (oprócz „przedwojennego” dramatu Giraudoux). Chodzi o to, że ich podstawowe sensy rozkładają się nieco inaczej: Eurypides napisał o obojętności bogów i greckim okrucieństwie („Trojanki”) oraz o żałobie i zemście matki („Hekabe”), Rzymianin Seneka o krzywdzie i stoickim stosunku do niej, a francuski modernista poddał klasyczny mit własnej reinterpretacji, pisząc o absurdalnym, straceńczym pragnieniu wojny i niemożności zapobieżenia jej (umieszczając w tekście nawiązania do ówczesnej francuskiej sytuacji politycznej). Tak więc każdy z tych utworów opowiada pozornie o tym samym, ale jednak zupełnie inaczej. Te literackie inspiracje można oczywiście z powodzeniem połączyć w krytyczną opowieść o militarnej zagładzie świata i towarzyszącej jej przemocy, jednak warszawskim „Trojankom” zabrakło precyzji – zawiódł rozkład wątków i znaczeń. Sprawne zestawienie zemsty i rozpaczy, przemocy i frywolności bez popadania w banał albo w powierzchowność nie jest łatwym zadaniem.
W przedstawieniu Bielewicz zabrakło także uważniejszego opracowania postaci Heleny (Natalia Lange), która nosi tu cechy postaci Eurypidesa (jednoznacznie potępiona, a do tego kłamczucha), choć bywa też bardziej złożona, jak w reinterpretacji mitu autorstwa Giraudoux. Mogłoby to wykorzystać przestrzeń do refleksji, którą otwiera dramat „Wojny trojańskiej nie będzie” – lecz warszawski spektakl nie proponuje zestawienia odmiennych przedstawień Heleny, a jedynie poszerza partie tekstu tej postaci, kompilując dwie dramatyczne wizje bez nadania spójności ani ciągłości. W efekcie Lange odgrywa w jednej scenie Helenę zgodnie z sugestiami implikowanymi przez Eurypidesa, a w innej Helenę z dramatu Giraudoux. Nie wydaje się, że ten zabieg swoistego rozdwojenia był zamierzony. Modernistyczna interpretacja mitu o wojnie trojańskiej potraktowana została jako retrospekcja, wszak rozgrywa się na dzień przed wojną, jednak spójność występuje jedynie w chronologii wydarzeń. Konstrukcja postaci Heleny w obu tekstach diametralnie się różni. Podobnie wypadają pozostali bohaterowie – Kasandra, Hekabe (Aleksandra Bożek), Andromacha (Karina Seweryn) czy Odys (Tomasz Nosiński) – którzy w każdym z wykorzystanych tekstów są niby tymi samymi osobami, noszą charakterystyczne imiona i mają podobne biografie, jednak stworzone zostały według różnych założeń, w innych kontekstach i odmiennych celach. Okazuje się, że nie wystarczy dodać do siebie dużych partii kilku autonomicznych dramatów opowiadających o tym samym wydarzeniu, posklejać pochodzących z nich monologów i scen, żeby stworzyć spójny, samowystarczalny i kompletny spektakl. Tym razem zabrakło przede wszystkim przemyślanej pracy nad kompozycją tekstu, przez co problematyka „Trojanek” jawi się jako niespójna i niejasna.
Ciekawe efekty przyniosły natomiast – odważnie podjęte przez realizatorki i realizatorów spektaklu – próby zdekonstruowania paradygmatów wojny. Wyobrażanie jej sobie jako konfliktu, który podporządkowany jest honorowi, podtrzymywane bywa nawet dzisiaj. Także u Eurypidesa i Seneki oprawcy, choć ochoczo przystępują do losowania branek, zachowują resztki człowieczeństwa. Do pewnego stopnia nawet współczują pokonanym – potrafią potępić zbrodnię i zdradę. Z mieszkankami Troi łączy ich niechęć do Heleny, którą uważają za przyczynę tego zamieszania. Jeśli są okrutni – na przykład, kiedy zabijają Astyanaksa, syna Andromachy i Hektora – to nie z powodu własnych skłonności, a raczej dlatego, że rozumieją prawa wojny. Es muss sein i fajrant, płyniemy do Itaki. Inaczej jest w warszawskim spektaklu, gdzie Odys zostaje zaprezentowany jako zdegenerowany sadysta, którego, jak się zdaje, kręci przemoc wobec słabszych. Takie poprowadzenie postaci celnie uderza w jeden z najbardziej szkodliwych mitów ludzkości, którymi raz na jakiś czas karmią nas wysokobudżetowe filmy wojenne: wojny jako pięknego czasu honoru – trochę przygody, a trochę (zdanego) egzaminu z moralności. Nie mogę też pozbyć się wrażenia, że Odys Nosińskiego jest krytyczną odpowiedzią a priori na Odysa, którego zobaczymy niedługo w ekranizacji „Odysei” w reżyserii Christophera Nolana. To czysta spekulacja, lecz stawiam orzechy przeciwko dolarom, że ta ekranizacja będzie ładną (choć uproszczoną i ahistoryczną) opowieścią o sile ludzkiego ducha, o niezłomnym charakterze i pragnieniu powrotu do domu. Odys z „Trojanek” przedstawiony został jako zbrodniarz wojenny, co może wpłynąć na naszą recepcję „Odysei”. W podobny sposób obnażony zostaje Parys (Grzegorz Artman), którego twórcy przedstawiają jako naiwnego i śliskiego chłoptasia.
Wartości „Trojankom” Bielewicz dodaje podszczypnięcie mitu wojny jako konfrontacji racji, która oparta jest na prawie i honorze. Mam jednak wrażenie, że była to tylko jedna, może akurat dorodniejsza, z kilku srok trzymanych za ogon przez reżyserkę. Podobne wątpliwości wyraziła Lidia Kępczyńska na łamach „Teatru”: „Spektaklowi brakuje deklarowanej wkładki ideologicznej. Wychodzenie z roli ofiary? Dementowanie etosu bohatera? Odzyskiwanie sprawczości?”. Istotnie zabrakło zdecydowania się na faktyczny temat spektaklu. Osadzanie „Trojanek” w wiecznym „teraz”, co twórcy i twórczynie deklarują w opisie, niesie niebagatelne konsekwencje. Sugeruje, że jego tematem są sprawy poważne i uniwersalne. Wobec niej trudno mi powstrzymać się od stawiania pytań o to, z jaką wiedzą na temat świata widz wychodzi z teatru? Osobiście mam bowiem wrażenie, że obejrzałem spektakl o tym, że wojna jest zła, a zbrodniarze wojenni popełniają zbrodnie wojenne. Wydaje mi się, że przynajmniej od czterech lat, odkąd mamy wojnę niemal na wyciągnięcie ręki, wiemy o tym całkiem dobrze. A przecież nie jest to jedyny trwający aktualnie konflikt zbrojny. Co więcej – kolejni satrapowie znajdują licznych zwolenników podpalania świata. Rzeź i śmierć potrafią znaleźć nie tylko ideologiczne, lecz także moralne uzasadnienie (ktoś kogoś atakuje, by w ten sposób się przed nim obronić, choć łatwo wyczuć, że to pic na wodę). O wojnie – czy tego chcemy, czy nie – musimy opowiadać. Tylko jak to robić, skoro okazuje się, że odnalezienie jakiejś jej istoty czy prawdy na jej temat nie jest wcale proste? Jeśli teatr i – szerzej – sztuka mają jakieś obietnice do spełnienia, należą do nich na pewno próby opowiedzenia tego chaosu, w którym przyszło nam dziś żyć. Szczególnie gdy rzeczywiści aktorzy współczesnych wojen wydają się być oderwani nie tylko od człowieczeństwa, lecz także od zrozumiałego dla ogółu sensu.
Moje rozczarowanie „Trojankami” potęguje fakt, że bardzo chciałem ten spektakl polubić. Zarówno ze sprawą sympatii, jaką żywię do greckiej tragedii, jak i ze względu na wiele całkiem udanych pomysłów inscenizacyjnych. Zespół wykonawczy, który mimo nieudanej żonglerki dramatami potrafił odnaleźć się w tym chaosie i wypracować na tyle, na ile było to możliwe spójne interpretacje swoich postaci, zasługuje na docenienie. Między innymi dzięki wysokiemu poziomowi aktorstwa udaje nam się przebrnąć przez partie słabsze dramaturgicznie. Szczególna pochwała należy się Aleksandrze Bożek, która stworzyła mocną, wyrazistą i przede wszystkim poruszającą kreację. Do zdecydowanych plusów warszawskiego przedstawienia zaliczam także muzykę na żywo (Szymon Sutor oraz zespół The Freuders w składzie Aleksander Adamski, Piotr Wiśnioch i Maciej Witkowski/Patryk Król). Jej precyzja pomagała podtrzymać rytm przedstawienia i podkreślała go. Opracowaną przez Marię Bijak choreografię uważam za wspaniałą. Największe wrażenie robiły właśnie te momenty, w których to te muzyczno-wizualno-ruchowe kompozycje wychodziły na pierwszy plan i nadawały spektaklowi nową jakość. Najwyraźniej widoczne było to w scenie pożaru Troi.
Mimo moich wcześniejszych zarzutów uważam, że Bielewicz całkiem porządnie wykonała pracę reżyserską: na ogół udawało się jej utrzymać odpowiednie tempo, aktorzy byli dobrze prowadzeni. Niektóre pomysły inscenizacyjne działały na korzyść spektaklu, jak rejestrująca wszystko z góry kamera przemysłowa, która oferowała odhumanizowaną perspektywę przypadkowego obserwatora – jakbyśmy najazd wojsk oglądali w internecie. Bywały też niestety zabiegi, które się nie sprawdziły – do takich należy dość przypadkowe, sprawiające wrażenie bezcelowego wykorzystanie drugiej kamery, prowadzonej z ręki czy poleganie momentami na – dość koślawej – dynamice wulgarnego i niezbyt błyskotliwego humoru (to, że postać na scenie skwituje coś słowem „chuj”, nie czyni jej wypowiedzi zabawną).
Podsumowując moje wrażenia, zastanawiam się, gdzie leży przyczyna inscenizacyjnej porażki „Trojanek”. Czy zabrakło czegoś na poziomie ideowej koncepcji tego spektaklu? Myślę, że nie. Potrzebujemy opowieści o wojnie widzianej z perspektywy jej ofiar. Jednak znacznie trudniejsze od opowiadania o heroicznych zwycięzcach jest mówienie o przegranych. To ci pierwsi piszą historię. Ich opiewają wojenne pieśni. Ofiary pozbawiane są prawa głosu, a próby oddania im sprawiedliwości łączą się z ryzykiem popadnięcia w truizmy i naiwny sentymentalizm. Często też przeładowane są treścią, której nadmiar niczego nie wyjaśnia, a nawet utrudnia zrozumienie ich perspektywy. Siła dramatu Eurypidesa polega nie tylko na otwartym przeciwstawieniu się dominacji opowieści heroicznej, lecz także na ukazaniu cierpienia pokonanych i zdominowanych. Warszawskie „Trojanki” miały szansę na wyrażenie jakiejś prawdy na temat wojny. Zawiodła dramaturgia – efekty pracy na zbyt wielu tekstach nie przynoszą nawet prostej odpowiedzi na pytanie o kluczową myśl interpretacyjną. Es hätte nicht so sein müssen. Nie musiało tak być.