Nr 6/2021 Na dłużej

Z Janem Gondowiczem, laureatem Poznańskiej Nagrody Literackiej im. Adama Mickiewicza za rok 2021, rozmawia Anita Jarzyna.

 

Anita Jarzyna: Czy z patronem przyznanej Panu Poznańskiej Nagrody Literackiej, Adamem Mickiewiczem, ma Pan jakieś swoje prywatne sprawy?

Jan Gondowicz: Mickiewicz to nie jest zjawisko dające się ująć w podział na „publiczne” i „prywatne”. On to przekracza. Kiedy jest się uformowanym w obrębie tego języka i tej kultury, ma się go zarazem wewnątrz i na zewnątrz. Jako człowiek żywy jest wystarczająco zagadkowy, żeby budzić szacunek, jako człowiek słowa jest bez konkurencji. Czytałem go od dziesiątego roku życia, bo, proszę mi wybaczyć, pochodzę jak Rafał Trzaskowski z kulturalnego domu. A pisałem o nim, w sensie badawczym, ledwie trzy czy cztery razy, próbując sam sobie coś wyjaśnić, z miernym skutkiem. I tu muszę się zwierzyć. W trzeciej klasie liceum wpadł mi w ręce numer „Dialogu” 11/1967 z wczesną wersją eseju Marty Piwińskiej Legenda romantyczna i szydercy; zwał się Przed „Kartoteką” i „Tangiem”. Wrażenie kolosalne: zobaczyłem system. Pocałunek Almanzora: porzuciłem nauki przyrodnicze. Odpowiedzialność za ciąg dalszy spada na panią profesor.

 

Pana najnowsze znaleziska – antykwaryczne bądź na własnej półce?

No więc właśnie tego chciałbym uniknąć: przylepiania etykietki „szperacz”, „erudyta” – fuj! Jakieś ćwierć wieku temu Mikołaj Szymański publikował w „Gazecie Wyborczej” cykl bardzo miłych anegdot z czasów antycznych; pełna pogardy redakcja nadała im nadtytuł „Między nami erudytami”. Cykl oczywiście długo nie pociągnął. „Erudyta” to dziś obelga, inna nazwa lokatora domu spokojnej starości. Wiem tyle, ile mi trzeba, żeby się bawić w moje zabawy w towarzystwie paru jeszcze innych osób, a jak nie wiem, to wiem, gdzie zajrzeć. Nota bene, w szkole nazywali mnie „Meloman”. To też było przezwisko.

A co do znalezisk i tak zwanych odkryć – cicho sza! Tracą wdzięk, ujawnione przedwcześnie. Zdradzę tylko, że na brak pomysłów nie cierpię. Kiedyś myślałem sobie, że śmiało mogę pokonkurować ze wszystkimi polonistykami w kraju. Ale potem odstraszyły mnie nowe technologie, to jest, rzec chciałem, metodologie, „francuskie choroby” i tym podobne, które skutecznie wyparły umiejętność lektury analitycznej. Pod tym względem upodabniam się, zaszczytnie, mam nadzieję, do Jerzego Stempowskiego, który przestrzegał przed mentalnością laboranta.

 

Mówi Pan, że czyta od zawsze; w Pan tu nie stał opisuje czytanie jako swoje podstawowe doświadczenie egzystencjalne. Czy podobnie jest z pisaniem? Jak rozpoczęło się Pańskie pisanie? Ma ono swój mit założycielski, swoją mitologię?

Początki mojego pisania to bardzo sumienne protokoły wielomiesięcznych obserwacji Paramaecium caudatum Ehrenberg, zainspirowane dziełem Historia naturalna jednego pierwotniaka Jana Dembowskiego – czytała to Pani? Mając lat -naście, spędziłem parę z nich przed mikroskopem. Tresowałem te moje pantofelki prądem, ciepłem, światłem, karmiłem różnymi rzeczami; najlepiej smakowała im zawiesina z gotowanego żółtka kurzego, ale traciły od niego przezroczystość. Za to jak się dzieliły, palce lizać! I coś z tego, mam nadzieję, przeniknęło do mojego obecnego pisania. Staram się być rzeczowy. Nie znoszę w eseju l’écriture artiste i mam kolosalny żal do śp. Wojciecha Karpińskiego i jego środowiska, że popsuli rękę całemu pokoleniu. A co do mitologii: Wer den Dichter will verstehen… i tak dalej: cała generacja pięknoduchów wzięła to dosłownie i odbywa tzw. „wędrówki śladem…”, wypełniając „sylwetki” swoich genialnych, ma się rozumieć, bohaterów własnym kunsztownym świergotem. Dla mnie kwestia zrozumienia pisarza – z gatunku tych, jacy są dla mnie interesujący – rozpoczyna się od pytania, co dany osobnik mógł czytać, z jakimi myślami się zetknąć, i jakie to w nim mogło pozostawić ślady. Ściśle na odwrót, ale niestety bez kosztowania uroków Wenecji, Rzymu, Florencji, Paestum, Capri, Palermo i reszty. Skuteczny sposób na uniemożliwienie sobie zwiedzania co lepszych miejsc Europy na koszt różnych stypendiów.

 

Pisał Pan: „Przestrzeń fantazji, odwrotność geometrii Euklidesa, stara się odkryć najdłuższą odległość między dwoma punktami. Tworzy taki labirynt, gdzie rolę prawo i lewo odgrywa prawdopodobieństwo i nieprawdopodobieństwo. To narracyjny odpowiednik błędnego rycerstwa”. Czy mógłby Pan zarysować współrzędne swojej metody pisarskiej, którą określa Pan jako archeologię wyobraźni?

Po paru latach odkryłem, że swoją własną archeologię wyobraźni powołał do życia niezależnie ode mnie i mniej więcej w tym samym czasie Włodzimierz Szturc; on jest profesor, to niech sobie ma. Inna rzecz, że gdybyśmy żyli w innej przestrzeni intelektualnej, mógłby ktoś nas posadzić do nielichej debaty. No, ale jest, jak jest. To, co ja tak nazywam, to nie teoria, tylko metoda obserwacyjna, a obserwacje mają to do siebie, że muszą być metodyczne. Także w tak zwanym „pierwszym rzucie oka” i nagłym objawieniu też jest ta metodyczność, przez negację. To są, jak Pani mówi, pierwsze współrzędne. Czasem coś samo skacze do oczu. Żeby było ciekawiej – to, co nagle wynika z wieloletnich, podlanych niejasną fascynacją lektur, zwanych także obcowaniem, też należy do spostrzeżeń uderzająco elementarnych, oczywistych jak wesz na łysinie – tylko że z jakichś metafizycznych powodów nikt się czemuś tego nie dopatrzył. O, jakże chciałbym tu rozpuścić język i przedstawić parę nieznanych jeszcze nikomu przykładów! Ale milcz, serce. Krótko mówiąc, po strawieniu adrenaliny, której nagle ma się tyle, co łowca grubego zwierza, zaczyna się sprawdzanie, czy ktoś aby już wcześniej na to nie wpadł. Mam to szczęście, że z reguły bywam pierwszy. Jakie to są znaleziska, wiedzą, mam nadzieję, czytelnicy moich książek. Jak to jest, że nikt nie odtworzył daty pierwszego wykładu o manekinach Schulzowskiego Ojca? Że nikt nie wpadł na to, że w Jądrze ciemności Conrada zwycięskim rywalem Marlowa jest daltonista? I że tenże autor opisuje, jak go wzięto za Kubę Rozpruwacza? Że Lem uhonorował w swojej prozie André Bretona i Maxa Ernsta? Ja szę pitam, jak mawiali bywalcy giełdy przed wojną.

 

Jakie są podstawowe instrumenty nawigacyjne imaginauty, jak przedstawił się Pan kiedyś. Intuicja? Gra skojarzeń? Jaką rolę odgrywa w tej praktyce przypadek?

Nie wiem, czy przedstawię to wszystko we właściwej kolejności, ale rozkładam narzędzia na stole. Najpierw muszę powtórzyć, że niespecjalnie ciekawi mnie kolekcjonowanie książek, zwłaszcza pięknych, tudzież informacji, z reguły nikomu niepotrzebnych, które służą do zadawania szyku. Owszem mam takie, ale traktuję je instrumentalnie. Tym, co mnie pasjonuje naprawdę, jest rozumienie. Z tym, że o ile większość myślących rodaków wytęża swe moce poznawcze na próby pojęcia, co dzieje się w głowie pewnej skupiającej powszechną uwagę osoby, mnie interesuje rozumienie tekstów literackich. Otóż teksty literackie rozumie się poprzez ich czytanie. Z tym jest jak z głaskaniem kota. Najpierw z włosem, potem pod włos. Byle ostrożnie, nic na siłę. Aż się coś zauważy. I w tym punkcie trzeba sobie powiedzieć, iż rozumienie humanistyczne tym się różni od innych, że realizuje się poprzez przekształcenie faktu w opowieść. Kiedyś zresztą było tak ze wszystkim. Wszystko było humanistyką. Nawet matematyka wyrosła z opowieści o strzale, która nie może dolecieć do celu i o Achillesie, który nie może dogonić żółwia. Powstał z tego rachunek różniczkowy, jak wiadomo. Co prawda, zajęło to dwa tysiące lat. Ale do rzeczy. To, co się znalazło, trzeba sobie opowiedzieć, a fabuły dostarcza z reguły jakiś inny tekst, który oświetla ten pierwszy. Trzeba go tylko wyszukać. I tu się przydaje intuicja jako sekretna funkcja pamięci. Piotr Paziński napisał o mnie kiedyś, za co mu jestem wdzięczny: „umysł poszukujący wsparty potężnym motorem wyszukiwarki internetowej”. Fakt, dziś pisze się takie rzeczy, jak moje, znacznie łatwiej niż w czasach wyłącznego bobrowania w książkach. A na tym etapie zaczyna, jak dawniej, odgrywać rolę przypadek. Był jeszcze, poza wertowaniem i serfowaniem, trzeci znakomity generator przypadku: katalogi kartkowe wielkich bibliotek. Ich likwidację uważam za zbrodnię. Owszem, dziś można zamówić coś, co się chce, ale trzeba z góry wiedzieć, co się chce, prawda? Już oko nie powędruje w bok, wyłapując tak zwaną uboczną inspirację. Ileż ja rzeczy naznajdowałem, nie znajdując tego, czego szukam!

 

Zdarza się Panu tematyzować najważniejszy uprawiany przez Pana gatunek, na przykład tak: „[esej] to forma sprawdzalna, czas jej nie bierze”. Czy nosi Pan w sobie przepis na esej? Czy pozwala Pan czasami, żeby to język Panem myślał?

Co to jest esej, nie wiadomo, dopóki się go nie spotka. Tak samo, jak z jednorożcem. Esej, jak pozwoliłem sobie gdzieś napisać, łatwiej stworzyć, niż uświadomić sobie, jak do tego doszło. Co nie znaczy, że to w ogóle łatwe. Rzecz w tym, że esej musi być o czymś, ale zarazem i nie o tym, musi być w ruchu wężem, nie bawołem. Najlepiej wcale nie wiedzieć, co wyjdzie: „naga dusza wywiediot’”, jak pisał o Przybyszewskim Brzozowski. A teraz podobno PT Uczonym każą wpisywać w plany naukowe wnioski, do jakich dojdą! Jakby ktoś mógł to wiedzieć przed faktem, przed ostatnią kropką! To zastąpienie Montaigne’a Excelem, jawny gwałt na higienie twórczego myślenia. Nic dziwnego, że przedstawiciele Akademii nie mają pojęcia, jak się to robi, i siejąc godne pożałowania zamieszanie, zwą esejami swoje czasem skądinąd wartościowe rozprawy. Co do mnie, staram się w miarę możności osnuć swój tekst wokół zagadki i dojść do jej wyjaśnienia, a w każdym razie konkluzji. Te moje eseje to dochodzenia, o ile nie śledztwa. Co do treści, bo jeśli idzie o formę, to moim zdaniem esej zajął dziś miejsce takie, jakie wyznaczał poezji symbolizm. Pamiętamy wszyscy prastarą definicję Miriama ze studium o Maeterlincku, że symbol ma koronę w świetle, a korzeń w ciemności. Dziś to esej powinien mieć – tak myślę – korzonek w ciemności, i z niej ssać bądź czerpać nie wiadomo co – swoje siły życiowe, koherencję i to, co starzy Francuzi nazywali progression d’effet – przyspieszający ku puencie tok wywodu. Esej w moim przypadku nie myśli językiem. Myśli korzeniem.

 

W esejach zwykle stara się Pan niuansować problem relacji między sztuką a rzeczywistością, realizm nie jest raczej najwyżej cenioną przez Pana konwencją. A jednocześnie wiele z Pańskich tekstów bierze się z pytania: „Czy to wydarzyło się naprawdę?”. Skąd ta potrzeba dotarcia do podszewki rzeczywistości np. grafik i prozy Schulza, tak widoczna w Pańskim Trans-Autentyku?

Gdybym nie czytał Schulza w najściślej realistycznym reżimie, nie doszedłbym do tego, co on przecież napisał: że sławetna służąca Adela zginęła na „Titaniku”. Nieważne, czy tak było naprawdę. Ważne jest to, co stanowi niejawną, ale obecną w tekście przesłankę spójności wizji. To jest właśnie ten „autentyk” z tytułu mojej książki o Schulzu. Obrysowany, ale przecież i przekroczony. Nie dociera się przez to, a raczej nie poprzestaje na poziomie rzeczywistości, powiedzmy, „gazetowej”. Dociera się do mitu. Schulz tworzy te swoje mity bardzo dyskretnie, wzmiankami i aluzjami rozproszonymi w całym korpusie tekstów, które trzeba umieć wyodrębnić i powiązać. I to są mity zarazem archaiczne i dwudziestowieczne, nowoczesne – jak katastrofa „Titanika” albo niedoszła do skutku zagłada Ziemi za sprawą komety Halleya. O jednym takim fascynującym micie, pozbieranym ze wzmianek w różnych opowiadaniach, właśnie piszę. Jest on zupełnie realny – czyli takie procesy, jakich fantastyczne wersje tworzy Schulz, miały miejsce, a zarazem jest przetworzony, jak to mit.

 

Charakterystyczną cechą Pańskiego czytania jest ludyczność, karnawałowość – w najlepszym tych słów znaczeniu. Chciałam jednak zapytać o wyłaniającą się niekiedy z Pańskich esejów intuicję i obawę, że takie właśnie czytanie bezinteresowne dla samej radości wyobraźni, gromadzenie tzw. „wiedzy zbytecznej” zanika, zastąpione osuwaniem się w medialną tandetę.

Cóż mogę na to poradzić? Niech zanika, jak musi. Nieraz sobie powiadam: „Mamut wymiera, ale się nie poddaje!”. Poza wszystkim innym, na swój sposób chciałbym swoim przykładem propagować to, jak Pani mówi, „czytanie bezinteresowne dla samej radości wyobraźni”. Bo jest to Baudelaire’owskie poszerzanie osobowości. Uczyłem się czytać z sensem od trzech osób, dla których zajęcie to stanowiło główną frajdę życiową: mam na myśli Artura Sandauera, Jana Kotta i „strasznego Zyzia” Kałużyńskiego. Drugi z nich zachęcał przy okazji do teatru, a trzeci – do kina. Tacy byli poszerzeni, że czasem trudno było ten indywidualizm wytrzymać. Ale śledzenie ich myślenia jest pasjonujące. Każdy z nich swoim przykładem dowodzi, że człowiek w gruncie rzeczy wie naprawdę tylko tyle, ile sam się domyśli. Ich talenty były wyostrzone na obcowaniu z szeroko pojętymi tekstami; szlifowali przy ich pomocy swój dar rozumienia.

 

Napisał Pan kiedyś „Fach – jak wytłumaczyć, że tłumaczę nie dla tłumu”. Czy zdarzyło się Panu przełożyć tekst możliwy do przełożenia?

Ależ naturalnie – ileż ja się natłumaczyłem, pod nazwiskiem i nie. Przyznaję się też do dwutomowego kryminału Akunina. Ale z tym jest tak, jak z moim taternictwem. Od zawsze irytowało mnie, że są rzeczy nieprzyswojone polszczyźnie i niedostępne, tak jak drażniła mnie bezradność w roli turysty tatrzańskiego, który jak gdzieś się zapcha, to krewa. Trzeba było poznać rzemiosło taternickie, żeby się poczuć w górach swobodnie. Mogę sobie łazić po graniach, jak będzie bardzo trudno, to zjadę, a od czasu do czasu zasunę sobie jakąś drogę V+ dla własnej satysfakcji. Poza ambicjami sportowymi, których nie żywiłem. Nie muszę chodzić po szlakach, pojmuje Pani? Chodzę, gdzie chcę, mniej więcej. Sam sobie wybieram drogę. Podobną wolność daje rzemiosło tłumacza. Jak coś znajdę, to sobie przetłumaczę. Bo mi potrzebne, albo chciałbym zobaczyć, jak to będzie wyglądało po polsku. Dla mojej Zoologii fantastycznej uzupełnionej tłumaczyłem z sześciu języków, w tym z flamandzkiego, którego oczywiście nie znam, ale jak się ma rutynę, to człowiek sobie poradzi. Ale nigdy nie tłumaczyłem powieści z gatunku „Markiza wyszła o piątej”, z tych samych względów, dla których nie zdobywałem Złotej Odznaki Turysty Górskiego PTTK.

 

Właśnie, drugą obok czytania Pańską pasją, o której zresztą pisał Pan nieraz, jest taternictwo. Czy tym, co łączy obie, jest wysokie ryzyko? Czy – innymi słowy – odpowiadają one temu „gdzie indziej”, gdzie jest „prawdziwe życie”?

Z tym ryzykiem to lipa. Równie dobrze można wpaść pod samochód, idąc po bułki. W ciągu czterdziestu lat tylko kilkanaście razy miałem poczucie, że mi naprawdę coś grozi. Oczywiście mogłem być tego nieświadomy. Zawsze na łeb coś może spaść albo się urwać. W moim przypadku, jak myślę, chodziło o uniknięcie monokultury. Nic lepszego, jak trzęsąc portkami na jakimś soplu, pod wieczór, kiedy daleko wciąż do wierzchołka, a partner tak kłapie zębami, że słychać to trzydzieści metrów wyżej, przedstawić sobie salę biblioteczną, dobrze ogrzaną, wygodne krzesło i rozłożony rocznik „Kłosów”. I na odwrót: szukając z wściekłością cytatu, który gdzieś się zapodział, albo i całej książki, pomyśleć sobie o szeleście liny na śniegu, zapachu skały, bezkresnym gwiaździstym niebie od horyzontu po horyzont.

 

fot. Stefan Okołowicz

Które zwierzę z Pańskiego bestiariusza mogłoby być (jest?) Pańskim zwierzęciem totemicznym?

A właśnie mam je od niedawna, całkiem nie z mojej książki. To karduon, który „jak każdy wie, jest najładniejszą, najzręczniejszą i najwytworniejszą z jaszczurek. Karduon ubrany jest w złoto, niby wielki pan; ale jest nieśmiały i skromny, żyje samotnie i na uboczu; dlatego uchodzi za uczonego. Karduon nie wyrządził nigdy krzywdy nikomu i nie ma osoby, która nie kochałaby karduona. Dziewczęta są bardzo dumne, kiedy spogląda na nie wesoło i miłośnie ze szczelin starego muru, prostując błękitną, mieniącą się rubinem szyję lub rozbłyskując tysiącem lśnień, którymi w świetle słońca płonie cudowna materia jego stroju”. Ale wybrałem go sobie nie dlatego, że jest taki śliczny, tylko dlatego, że kiedy wychodziła w roku 1995 moja Zoologia, a potem kiedy w roku 2007 poszło w świat jej drugie, poszerzone o jedna trzecią wydanie, cały czas, i długo przedtem, stała na mojej półce Wróżka okruchów, Charlesa Nodiera w przekładzie Joanny Guze, skąd, z opowieści Złoty sen, to stworzenie pochodzi, i ja to oczywiście czytałem, i nie przebiła się ta lektura do mojej pamięci. Chociaż dobrze wiedziałem, że zwierzęta fantastyczne są dosłownie wszędzie, tylko trzeba patrzyć specjalnym wzrokiem. Ten karduon ma mi przypominać o moich ograniczeniach, żeby mi się w głowie nie przewróciło, że tak świetnie panuję nad tym, co robię.

 

Wierzy Pan, że jeszcze się znajdą takie dzieła, jak Mesjasz Schulza? Czy lepiej, żeby pozostały, gdzie są – w widmowych bibliotekach, w naszych fantazjach o nich?

Proszę Pani, ilekroć mijam śmietnik, przy którym leży paczka listów związana spłowiałą wstążeczką, myślę sobie o zaginionych sztukach Witkacego albo korespondencji Schulza. I mam ochotę capnąć te papiery. Ale tak naprawdę to powiedzenie: „W naturze nic nie ginie” się nie sprawdza, a „W kulturze nic nie ginie” się sprawdza. Wszystko gdzieś jest i czeka. W Brazylii, gdzie wyjechali depozytariusze rękopisów, na jakimś strychu, który kiedyś spenetrują spadkobiercy obecnych właścicieli, w archiwach NKWD, gdzie nic nie niszczono, albo – i to jest najbardziej prawdopodobne – w dużej bibliotece pod mylną sygnaturą. Pamięta Pani Poszukiwaczy zaginionej arki? Ostatnia scena to czysta prawda. Arkę Przymierza do skrzyni, skrzynię na najniższe piętro kilometrowego magazynu, do kąta. Najlepsze odkrycia robi się dziś nie w terenie, tylko w magazynach. Tak też i bohater Borgesa ukrywał w nieuczęszczanych zakamarach biblioteki niektóre przerażające książki. A jak to Pani nie przekonuje, proszę przypomnieć sobie Skradziony list Poego. W widmowych bibliotekach są książki zmyślone; te, których szukamy, tworzą biblioteki potencjalne.

 

A czego szuka Pan w literaturze najnowszej? I co w niej znajduje?

To temat na osobną rozmowę. Najprościej mówiąc, poszukuję rzeczy, które przypominają literaturę, a nie coś innego, czym literatura nigdy nie była. Ale zarazem nie może to być coś, co już było. Ot, typowe rozterki kogoś, kto sam nie wie, czego chce. I tu się pożalę, że czasy są dość postne. We wspaniałych latach 1880-1914, dajmy na to we Francji, było w czym przebierać! A jak bogata, także w głąb, jest literatura Dwudziestolecia! Poeci uznawani wtedy za postacie z drugiego rzędu przedstawiają się nam teraz jako twórcy o bogatej osobowości, z głębokim reliefem. Przykłady: Zuzanna Ginczanka, Anna Świrszczyńska, Henryka Łazowertówna. A może ktoś jeszcze. Bo wciąż nie zagospodarowaliśmy tego skarbca. I tu jest moment, żebym się z Panią podzielił moją teorią. Wielkie ożywienie w kulturze francuskiej wygasło, kiedy w 1915 roku zabroniono produkcji absyntu. Od tego czasu awangarda nic już nowego nie wymyśliła, tylko się powielała. A wątłość literatury najnowszej wiąże się z zakazem palenia w kawiarniach. Odkąd wszedł w życie, nie da się tam pracować ani nawet żyć pełnią intelektualnego życia. W domu nic się nie wymyśli, albo niewiele. Mamy pisarzy zdrowszych, ale jałowszych. Proszę to przemyśleć.

 

Pisał Pan kiedyś, „że samowolne kaprysy wyobraźni, działania na próbę dla żartu, także zdolne są stwarzać”. Pańskie eseje bywają apokryfami, bywają też heretyckie. Gdzie leży granica między domyślaniem a zmyślaniem? Czy zdarza się Panu to drugie?

Z zasady nie produkuję apokryfów, choć je lubię. W Zoologii fantastycznej są cztery stwory przeze mnie zmyślone, i starczy. A granicę herezji ustanawia ortodoksja i nie mam na nią wpływu. Co innego dopowiadanie czy domyślanie, które polega na głębokim wczuciu się w tekst i kontekst. Tu występuje rozumowanie, za które odpowiadam. Jest taki list Witkacego do żony, z którego według mnie wynika, że miał on wciąż, jako dojrzały człowiek, pewną zabawkę z dzieciństwa, która zwie się symetroskop. Zapewne jako jedyny w Europie. Staram się dojść, jak wszedł w jej posiadanie, jaki robił z niej użytek, i żałuję, że nie dostrzegł w niej potencjału artystycznego odkrycia. Zrobili je – innymi drogami – inni. Niestety, cały mój wywód został przez edytora listów Witkacego zlekceważony. W innym liście napomyka Witkacy o pewnym zwyczaju, dziś zarzuconym, że mianowicie kochająca się para, rozdzielona geograficznie, spogląda o tej samej porze na tę samą gwiazdę. Witkacy wybrał dla siebie i żony gwiazdę Alcyone w Plejadach. Nie przypadkiem, bo wiąże się z nią bogata mitologia, a nadto kilka legend sztuki nowoczesnej, które pisarz mógł znać. Ale, rzecz jasna, Alcyone nie zasłużyła w edycji listów na przypis. W tym, co pisałem, nie ma nic ze zmyślania, tylko wnioskowanie z bardzo skąpych przesłanek, które trzeba wzmocnić materiałem z zewnątrz. Jest to dodawanie do spostrzeżeń znaczeń potencjalnych, co przekształca je w fakty. Tak brzmi mniej więcej definicja patafizyki, a ja jestem patafizykiem właśnie.

 

Bardzo się cieszę, że te Pańskie predylekcje i zdolności zostały docenione i nagrodzone w Poznaniu. Dziękuję za rozmowę.

 

 

Informacja od redakcji: Pan Jan Gondowicz nie wyraził zgody na prace redakcyjne i korektorskie w swojej części rozmowy.

 

Rozmowa towarzyszy Poznańskiej Nagrodzie Literackiej 2021