Nr 6/2021 Na dłużej

Z Kasią Szwedą, nominowaną do Nagrody-Stypendium im. Stanisława Barańczaka, rozmawia Antonina Tosiek.

 

Antonina Tosiek: Kasiu, pamiętam „Bosorkę z różnych etapów jej powstawania. Projekt gotowej książki powstał przecież kilka lat temu. Przez ten czas zmieniały się nieco strategie Twoich podmiotek i podmiotów, ale samo centrum opowieści pozostawało niezmienne – tożsamość i postpamięć łemkowska. Bardzo lubię zdanie, które przemycasz w biogramach: „Bada swoją łemkowskość’’. Co ten czas – od pierwszego pomysłu do debiutu – przyniósł Twojej łemkowskości? Czujesz się teraz temu miejscu, tej historii bliższa?

Kasia Szweda: Nad „Bosorką” pracowałam prawie pięć lat, to była długa droga, ciągły proces nabywania tożsamości. Dorastałam w powidokach łemkowskiej kultury, ale dopiero poprzez opisywanie jej w poezji mogłam poznawać ją bardziej świadomie. Zapragnęłam napisać książkę, która umożliwi mi zwrócenie się w stronę utraconego świata. Zaczęłam zadawać sobie wiele pytań związanych z moim dzieciństwem, rodzinną historią, wreszcie z historią całej grupy etnicznej oraz zastanawiać się nad miejscem, pogranicznością i jej skomplikowaną naturą. Zawsze czułam się bardzo związana z Beskidem Niskim, z którego wyjeżdżałam i w który wracałam, ale nigdy tak naprawdę nie rozumiałam tego miejsca, tej mrocznej siły przyciągania, której nie byłam w stanie ignorować. Nadal się go uczę, uważnie mu się przyglądam. Patrząc na jego wyboistą przeszłość, łatwiej jest mi poruszać się w pogarbionym tu i teraz.

 

Przez te pięć lat znacząco zmienił się też dyskurs wokół tożsamości pogranicza oraz systemowej i symbolicznej przemocy, której doświadczały. Jak myślisz, w jaki sposób wpływa to na recepcję Twojej książki? „Bosorka jest przecież przykładem poetyckiej odnogi „zwrotu ludowego”. Zabiera w tej dyskusji głos od innej strony; nie boi się rytualności i baśniowego mroku. Jest i osobista, i osobna. Czujesz się częścią tego zwrotu? Dawania prawa do opowieści bohaterkom i bohaterom z tła? (Właśnie się dowiedziałyśmy, że zostałaś nominowana do Poetyckiej Nagrody Silesius w kategorii debiut, gratulacje! ¡Felicidades!)

Dziękuję! ¡Muchas gracias! Jeszcze trochę trzęsą mi się ręce ze wzruszenia! „Bosorka” jest dla mnie ważna przede wszystkim z tego powodu, że mogłam „oddać w niej głos” tym, których przez lata próbowano uciszyć. Kiedy zaczęłam ją pisać, zauważyłam, jak rośnie zainteresowanie tematem wykluczeń i mniejszości narodowych. Patrzę na to zjawisko z bardzo dużą nadzieją. Warto pisać historię naszego kraju na nowo, bez cenzurowania i fetyszyzowania. Krzysztof Czyżewski, wybitny praktyk pogranicza, wielokrotnie podkreślał, jak ważne jest „odpamiętywnie” przeszłości, czyli dążenie do prawdy. Nicholas Mirzoeff w książce „Jak zobaczyć świat” pisze natomiast o potrzebie „odwidzenia” rzeczywistości: „Jeżeli mamy stworzyć nowe sposoby obrazowania swojego miejsca i roli w świecie, potrzebujemy nowego wizualnego sposobu myślenia, dostosowanego do antropocenu”. Idąc tym tropem, jeśli odrzucimy wpajane nam przez lata schematy i sposoby postrzegania świata, będziemy mogli na nowo na niego spojrzeć, tym razem jednak z większą otwartością oraz nowymi rozwiązaniami na przyszłość. Myślę, że „Bosorka” na swój sposób wpisuje się w te dążenia.

Trudno byłoby mi pisać o pograniczu, nie uwzględniając jego odrębności kulturowej, obrzędowości i ludowych tradycji. Dla mnie jest to miejsce pełne grozy, przesiąknięte freudowską niesamowitością. Jestem przekonana, że to, co minione, można ożywić i dopatrzyć się w nim tego, co aktualne. Zależało mi nie tylko na ukazaniu odrębności pogranicza, ale też na podkreśleniu, że historia tego regionu nie należy wyłącznie do przeszłości. Dla dawnych mieszkańców Łemkowyny czas nie zatrzymał się w miejscu, nie utknęli na zawsze w swoich kurnych chatach – chociaż taka egzotyzacja ma swoich zwolenników, bo sprzyja turystyce i przyciąga unijne inwestycje. Problem polega na tym, że wciąż nie znaleźliśmy dla nich miejsca w polskim społeczeństwie.

 

Jesteś także fotografką, prowadzisz stronę poświęconą fotografii „Pogranicza”, publikujesz też wiele swoich zdjęć na Instagramie. W „Bosorce” także odnajdziemy kilka Twoich zdjęć, jedno z nich widnieje na okładce. Jak to u Ciebie działa, co przychodzi pierwsze: słowo czy obraz? A może grają ze sobą w zgodnym tandemie? Od premiery „Bosorki” minęło już ponad pół roku, a zdjęcia Beskidu Niskiego publikujesz przecież nadal bardzo regularnie. Obiektyw potrafi uchwycić to, co niewypowiadalne w wierszu?

Mam wrażenie, że wszystko miesza się ze sobą: obrazy, słowa, zapachy, dźwięki. Zapach wywoływacza może nagle stać się impulsem do poetyckiej frazy, a przypadkowy wers zainspirować do wykonania konkretnej fotografii. Zauważyłam, że kiedy przebywam w ciemni, przychodzą mi do głowy rozmaite pomysły na wiersze, które po omacku zapisuję na odwrocie wykonanego wcześniej testowego paska. Czasem to słowa są bezradne wobec chęci opisania świata, innym razem to fotografia nie wie, jak sprostać temu wyzwaniu. Jak za pomocą fotografii uchwycić świat, który przeminął? Jak sfotografować coś, czego nie ma? W jaki sposób pokazać na zdjęciu nieobecność? Podejmuję jednak to wyzwanie w projekcie, który realizuję w ramach Programu Mentorskiego Sputnik Photos.

 

Właśnie – nieobecność! Tropisz kulturową odrębność łemkowskiego świata, ale także rozpad tożsamościowej wspólnoty. W „Bosorce pije się „z martwymi pierwszy kieliszek”, a na pomirki odchodzi się jak w milczącym pochodzie „gęsiego / gęsiego / gęsiego”. „Znikanie odbywa się poprzez obrzęd, czyli – paradoksalnie – w ruchu, nie stagnacji. W podobny sposób powołujesz do życia swoje bohyny i dzikie kobiety – milczące podmiotki, których siła objawia się w działaniu. Co w „Bosorce jest jawnie męskie i kobiece? To mężczyźni zdają się przynależeć do sfery realnej, w wielu wierszach do głosu dochodzi przecież męska maska. A kobiety – choć groźne – pozostają ciche. Co kryje się za taką strategią? Bardzo ciekawi mnie to zespolenie: kobiety sprawcze, nieredukowalne w strukturze tradycyjnej (więc patriarchalnej) kultury do pozycji ofiar, a jednocześnie kobiety milczące.

W milczeniu właśnie tkwi jakaś niewypowiedziana siła i chociaż kobiety w moich wierszach nie dochodzą bezpośrednio do głosu, to jednak mówią głośno i stanowczo poprzez mocne obrazy, zdecydowany gest. Może jest to właśnie ten moment, kiedy złość, zasilana przez lata małymi potokami żalu i gniewu, musi wreszcie wylać, rozlać się po lasach, polach i łąkach, tworząc mokradła, w których ugrzęźnie każdy, kto będzie próbował się przez nie przedrzeć. To kobiety, które już za chwilę napiszą na transparentach zrobionych z opakowań po pizzy: „Trzeba było nas nie wkurwiać”, „Jest nas dużo i jesteśmy bardzo złe” „Grzeczne to już byłyśmy” czy wreszcie, moje ulubione, „Módlcie się, żeby nam się okresy nie zsynchronizowały”. Jak słusznie zauważa Joanna Mueller we wspaniałej zresztą recenzji, towarzyszącej wydaniu „Bosorki”: „groźba synchronizujących się okresów […] pobrzmiewa też w tytułowym wierszu tomu […]”.

Kobiece postaci charakteryzuje bliskość z żywiołem wody. Brodzą po kolana w potokach w Nieznajowej, w płyciznach Świerzówki moczą swoje długie włosy, na brzegu Wisłoki czekają na przypływ, wypatrują zmiany. To rzeka wprowadza wszystko w ruch, wije się przez raczej statyczny krajobraz, zabiera i przynosi, a jeśli kobieta ma w sobie coś z (antropomorfizowanej w moich wierszach) Wisłoki, to kolejny ruch należy właśnie do niej. Kobiety żerują więc pod lasem, zakładają sidła, rozkładają wnyki. To one napędzają codzienne życie, są przy tym jednak tajemnicze i nieuchwytne. A jak wytłumaczyć tak skomplikowany i niezrozumiały żywioł, jeśli nie za pomocą czarów? Mężczyźni w moich wierszach, upojeni kropką, widzą rzeczy, których nie potrafią sobie w żaden inny sposób wytłumaczyć, a strach przed tym, co niepojęte, przeradza się w akty przemocy.

Przemoc jest już widoczna w pierwszym wersie: „pamiętam jak rozbił rondlem głowę babci” i ciągnie się przez całą książkę, aż do ostatniego słowa. Przemoc, przed którą nie sposób się uchronić, jest wpisana w niespokojny rytm natury. Ale wrócę jeszcze na chwilę do pierwszego wiersza, bardzo trudnego i osobistego, wyciągniętego z zakamarków starannie wypychanych z pamięci wspomnień. Jest on kluczowy dla tej opowieści, ponieważ pojawia się w nim postać dziadka, który otwiera, zamyka i spaja poszczególne części książki. Dziadek Wasyl, Łemko, wysiedleniec, powracający do swojego domu – jeśli można jeszcze nazwać tak to miejsce, kiedyś pełne znajomych twarzy, teraz opuszczone i smutne. Ten powrót nie jest łatwy: ktoś do niego strzela, kiedy wyskakuje z pędzącego wozu; jest Jaworzno, są prześladowania i życie w ukryciu; jest również zmiana imienia, wymuszone wyparcie własnej tożsamości. A jednak dziadek wraca – być może wabiony tą samą siłą przyciągania, która i mi nie pozwala wyjechać stąd na dłużej.

 

fot. Maksymilian Rigamonti

Bo przecież sama ciągle wracasz, prawda? Wyjechałaś na studia do Niemiec, potem wróciłaś do Krakowa, a teraz wracasz książką do Beskidu Niskiego. Jak sobie radzisz z tym zderzeniem dwóch tak radykalnie różnych światów? Tam Wisłoka, krwawa ziemia, bohyny i ulęgałki, a tu bruk i beton. W najnowszym numerze ,,Dwutygodnika” Małgorzata Sadowska napisała coś, co mnie bardzo przejęło: Dla mnie samej »nie zejść z własnej drogi« oznaczałoby zachować – zerwaną – więź z miejscem urodzenia”. Konsekwencje klasowego awansu, czyli opuszczenie miejsca, opisuje jako utratę „kapitału natury” – oddalenia od przyrody. Czujesz w sobie takie zerwanie?

Świetny tekst! Albo ten fragment: „Bo skoro zajmuję się opisywaniem lasu, to znaczy, że mnie w nim nie ma”. Czasem myślę, że wymyśliłam sobie robienie zdjęć właśnie po to, żeby być bliżej natury. Bo kiedy zrobiłam zdjęcie lasu, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że w nim byłam. Nie dajmy się jednak zwieść, mam też zdjęcia z całą pewnością przedstawiające las, na których jednak lasu tak naprawdę nie ma. I choć Barthes pisał kiedyś, że „Podobnej pewności, co zdjęcie, nie może dać żaden pisany tekst”, dzisiaj już wiemy, że fotografia to córka iluzji.

Co do mojego pobytu w Niemczech, chociaż tłumy ludzi robiące zakupy we Frankfurcie na Hauptwache zawsze wzbudzały we mnie potworny niepokój, to nie wiązałam go bezpośrednio z tęsknotą za domem. Dopiero kiedy wróciłam do domu na stałe, dotarło do mnie, jak bardzo tego potrzebowałam. Przez większość czasu skupiałam się przede wszystkim na robieniu tego, co było niezbędne do przetrwania, a więc na studiach i pracy. Nie było w mojej głowie miejsca na własną poezję, szum miasta zagłuszał myśli.

Dziękuję, że wspomniałaś o tekście Małgorzaty Sadowskiej, bo niezwykle się w nim odnajduję, szczególnie bliski jest mi fragment o słoikach dzwoniących w plecaku [śmiech]. Pomimo lat spędzonych z nosem w książkach, znajomości trzech języków obcych, studiów najpierw w Polsce, potem za granicą, wydania książki poetyckiej, wciąż odczuwam lęk przed otwarciem gęby w inteligenckim towarzystwie z obawy przed tym, że przykleją mi etykietkę niedouczonej dziewuchy z podkarpackiej wsi. „Braki w wykształceniu są jak braki w uzębieniu, niewidoczne póki gęby nie otworzysz” – widziałam kiedyś taki mem. Odpowiadając teraz na pytania, ważę każde słowo. To nieustanna praca nad wykorzenianiem lęku.

A więc wracam, z doświadczeniem, które skądś przywiozłam. Nie wiem, o ile mądrzejsza, ale na pewno potwornie zmęczona. Siadam na trawie pod jabłonką, którą dawno temu posadził mój dziadek Wasyl i z wdzięcznością myślę o tym, że to właśnie stąd pochodzę. A potem znów to sobie robię, pakuję do plecaka słoiki z pulpą – z tych Wasylowych jabłek – jadę do miasta, już sama nie wiedząc, po co.

 

Było już o tym, co bliskie; a co ze sferą spoza własnego kręgu językowego i kulturowego? Skąd w łemkowskiej „Bosorce” „guajira, „guacamayo” i „llorona”? Te hiszpańskie kody od początku przywodziły mi na myśl potencjał emancypacyjny i antykolonialny, jaki niesie w sobie nurt realizmu magicznego w literaturze iberoamerykańskiej. Manifestowanie i obrona odmienności poprzez pielęgnowanie niesamowitego. Trafiam? Przestrzelam? Przy użyciu jakiego klucza powinniśmy łączyć te dwa porządki?

Bardzo podoba mi się Twój kierunek myślenia. Mnie najbardziej chodziło o to, żeby pokazać pewną uniwersalność. Zwyczajność najwyraźniej nie wystarcza do opisania dzikiego i pierwotnego świata – a tak go właśnie widzę, rozumiem, czuję mimo świadomości pewnych niebezpieczeństw, które wiążą się choćby z kategorią „pierwotności” we wspomnianym przez Ciebie kontekście – niezależnie od tego, czy mowa o Ameryce Południowej, czy o Beskidzie Niskim. Przychodzi mi jeszcze na myśl Europa regionów, o której pisze wspomniany już wyżej Krzysztof Czyżewski w książce „W stronę Xenopolis”: „to kula, której środek jest wszędzie, a granice nigdzie”. Bardzo chciałam podkreślić to zjawisko powszechnego zacierania się zewnętrznych granic, które następuje przy jednoczesnym wyostrzaniu się granic wewnętrznych, tak ważnych, bo stanowią o odmienności regionu. Magiczna rzeczywistość mieszkańców Macondo, choć na pierwszy rzut oka inna od tej, z którą mierzą się bohaterowie „Bosorki”, wypływa z tych samych ludzkich spraw, pragnień i lęków. Obawa przed urodzeniem dziecka ze świńskim ogonem jest uzasadniana tym samym, co obawa przed podrzuceniem przez bosorkę do kołyski odmieńca.

 

A co po „Bosorce? Twój debiut został niezwykle pozytywnie przyjęty, książkę nominowano do kilku nagród (poza Stypendium im. Barańczaka i Silesiusa także do Nagrody im. Wiesława Kazaneckiego). Masz już jakieś kolejne literackie plany?

Te nagrody są ogromnym wyróżnieniem i dają potężnego kopa do dalszej pracy. Piszę teraz kolejną książkę, w równym stopniu uwikłaną w sprawy mojego regionu. Widzimy się zresztą niedługo w pracowni „Drugiej książki wierszem” na festiwalu Stacja Literatura. Oby te festiwalowe plany mogły się spełnić. Nie mogę się doczekać!

 

Rozmowa towarzyszy Poznańskiej Nagrodzie Literackiej 2021