Nr 24/2025 Na teraz

Kurz po bitwie

Tomasz Kowalski
Teatr

„Krzyżacy” zrealizowani w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie nie są pierwszym spektaklem Jana Klaty opartym na twórczości Henryka Sienkiewicza. W 2009 roku w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie wystawił on, wielokrotnie nagradzaną, „Trylogię”, w której – wraz ze współautorem adaptacji Sebastianem Majewskim – krytycznie przyglądał się narodowej mitologii, wzorcom bohaterstwa oraz imperatywowi męczeństwa wpisanym w dzieło pisarza określonego niegdyś przez Witolda Gombrowicza mianem „Homera drugiej kategorii”. Ta przewrotna, krytyczna pochwała (czy też pochwalna krytyka), będąca wyrazem ambiwalentnego stosunku do twórczości wybitnego „krzepiciela serc”, zdaje się w dużym stopniu odpowiadać także stanowisku, jakie względem twórczości autora „Potopu” prezentuje reżyser, który w tym sezonie objął dyrekcję Teatru Narodowego w Warszawie. Z jednej strony jest on bowiem słusznie przekonany o kluczowym wpływie twórczości Sienkiewicza na kształtowanie zbiorowych wyobrażeń na temat polskiej historii i tożsamości, a z drugiej – w wielu momentach potrafi dostrzec konieczność wzięcia w nawias propagowanych przez pisarza treści i postaw, zdystansowania się od przekazu podporządkowanego wymogom czasów, w których powstawały jego dzieła.

Współgra z tym przekonanie – wyrażane przez Klatę chociażby w wywiadzie opublikowanym niedługo przed premierą „Krzyżaków” – że powieść Sienkiewicza należy postrzegać jako element kultury masowej początków XX wieku, swoisty serial (dzieło drukowano przecież, podobnie jak wiele innych jego powieści, w odcinkach) będący kompensacyjnym remedium na politykę prowadzoną przez pruskiego zaborcę. Stwierdzenie to okazuje się jeszcze bardziej znaczące, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że recepcja „Krzyżaków” jest współcześnie w dużej mierze zapośredniczona przez filmową adaptację Aleksandra Forda. Ciesząca się ogromną popularnością zarówno tuż po premierze, jak i w kolejnych dekadach ekranizacja powieści pod względem ideowym również stanowiła odbicie swoich czasów – wpisywała się w bieżącą politykę, akcentując nacjonalistyczne przesłanie i podbudowując antyniemieckie (a szerzej – antyzachodnie) nastroje. Mając na uwadze te konteksty, Klata spogląda przez pryzmat „Krzyżaków” na polską współczesność, zgodnie z wyrażonym we wspomnianym wywiadzie przeświadczeniem, że Sienkiewicz nadal posiada „klucz, kluczyk, a może wytrych do duszy narodu”. O ile jednak – jak często u tego reżysera – machina teatralna działa tu bez zarzutu, dając widzom wiele powodów do zadowolenia, o tyle pod względem sensów wynikających ze spektaklu sytuacja okazuje się bardziej skomplikowana – niekoniecznie prowadząc do pozytywnych wniosków.

Adaptację powieści wraz z reżyserem przygotowała Ishbel Szatrawska, pochodząca z Olsztyna prozaiczka (nominowana w 2024 roku do Nagrody Literackiej „Nike” za powieść „Toń”) i autorka dramatów. W zaproponowanym przez nich teatralnym ujęciu dzieła Sienkiewicza nie brak scen rozpoznawalnych i dobrze pamiętanych, akcja podąża bowiem tropem głównych, obecnych w narracji epizodów, przeplatając wątki odnoszące się do wojennych potyczek i krzyżackich niegodziwości z miłosnymi perypetiami Zbyszka z Bogdańca (Maciej Cymorek). Twórcom udaje się jednak również wydobyć kwestie znacznie słabiej obecne w pamięci odbiorców – jak choćby fakt, że wydarzenia w powieści rozgrywają się w czasie przekraczającym dekadę – oraz zwrócić uwagę na tematy, które u Sienkiewicza są zaledwie sugerowane. To przede wszystkim losy kobiet, dobitnie ucieleśniane na scenie przez zgwałconą po porwaniu Danusię (Agnieszka Giza-Gradowska) czy „służki zakonu” wykorzystywane przez Krzyżaków.

Istotne przesunięcie interpretacyjne stanowi także sam sposób potraktowania postaci Zbyszka, Danusi i Jagienki (Małgorzata Rydzyńska). Wszystkie one – znakomicie i przekonująco zagrane przez aktorki i aktora olsztyńskiego teatru – charakteryzują się w spektaklu znacznie większą złożonością i wielowymiarowością, niż wynikałoby to z lektury powieści. Zbyszkowi nie brakuje młodzieńczej, niefrasobliwej i buńczucznej porywczości, będącej źródłem niezliczonych zmartwień jego stryja, Maćka (Maciej Mydlak), jednak jego impulsywne działania łatwiej zrozumieć jako konsekwencję szczerej miłości, o której spełnienie intensywnie zabiega. To, że Danusia nie jest jedynie obiektem adoracji i sama też odczuwa pożądanie, a Jagienka swoją życzliwością przykrywa niejednokrotnie gorycz płynącą z odrzucenia i nieodwzajemnionego uczucia, staje się pretekstem pozwalającym wyrwać obie postaci z dotychczasowego stereotypu. W ich działaniach uwidacznia się spora sprawczość, znacząco współgrająca z faktem, że fragmenty narracyjne – podawane zarówno bezpośrednio ze sceny, jak i z offu – są w spektaklu wygłaszane przez głosy kobiece.

Nie oznacza to bynajmniej, że w przedstawieniu dominuje tonacja serio – wręcz przeciwnie, od samego początku wiele scen rozgrywanych jest w konwencji groteskowego przerysowania graniczącego z parodią, a momentami nawet przekraczającego jej granicę. Zarówno polscy, jak i zakonni rycerze noszą połyskujące, srebrzyste puchowe kurtki i wykonane z tego samego materiału hełmy, przez co ich zbroje przypominają nieco kosmiczne skafandry. Wyglądają w nich w zasadzie identycznie, odróżniając się od siebie jedynie umieszczonymi na plecach emblematami – orłami i krzyżami – oraz znajdującymi się na krzyżackich hełmach „pawimi czubami”, które niewprawne oko mogłoby łatwo pomylić ze szczotką (znakomite projekty kostiumów i scenografia: Mirek Kaczmarek). Sygnałów ironicznego dystansu do powieści Sienkiewicza jest w olsztyńskim spektaklu znacznie więcej: ratując Zbyszka przed karą śmierci (słynne „Mój ci jest!”), Danusia okrywa go ratunkowym kocem izotermicznym; pojedynek Zbyszka z Rotgierem (Mikołaj Trynda) odbywa się z użyciem ogrodowych dmuchaw do liści; Sanderus (Radosław Hebal) ma na sprzedaż unikatową relikwię Świętego Napletka, a krzyżaccy rycerze jeżdżą konno równie dziarsko, jak u Monty Pythona (chociaż bez dźwięków wydobywanych za pomocą skorup orzechów kokosowych).

fot. Karolina Jóźwiak

Spod tych kpiarskich zabiegów przebijają jednak co jakiś czas impulsy wprowadzające poczucie dyskomfortu, mające charakter diagnoz współczesnej sytuacji. Kilkakrotne wspomnienia o toczącej się akurat wojnie z Tatarami (dla bohaterów, jak się zdaje, zupełnie nieistotnej) wyraźnie pokazują, że walka z Zakonem to tak naprawdę temat zastępczy, okazja do puszenia się, przejaw tęsknoty za wielkim, heroicznym czynem, który pozwoliłby potwierdzić własną wyższość, lecząc jednocześnie z kompleksów. Ku rozpaczy Zbyszka na tym froncie panuje akurat względny spokój, co każe mu westchnąć: „Jaka szkoda, że nie ma wojny”. Nietrudno dostrzec w tym aluzję do współczesnych fobii antyniemieckich, które podsycane są na potrzeby doraźnych przepychanek politycznych, podczas gdy za wschodnią granicą toczy się autentyczny konflikt zbrojny. Obnażeniu ich absurdalności służy też część projekcji autorstwa Natana Berkowicza, wyświetlanych na tylnej ścianie ascetycznej, utrzymanej w bieli sceny. Ukazane są na nich turbiny wiatrowe – zapewne postawione pod dyktando niemieckie czy unijne, na złość i szkodę Polakom.

W „Krzyżakach” Klaty nie brakuje też scen o zdecydowanie poważniejszym wydźwięku, chwilami nawet budzących grozę. Taki charakter ma poruszający wątek porwania Danusi i sceny, w których próby uwolnienia jej z krzyżackiej niewoli podejmuje Jurand ze Spychowa (Cezary Studniak/Grzegorz Jurkiewicz). Tortury, jakim zostaje poddany mężny rycerz, połączone są z upokorzeniem – oprawcy każą mu tańczyć, co przywołuje skojarzenia z nazistowskimi „zabawami” w gettach podczas drugiej wojny światowej. Tonacja serio dominuje też w sekwencjach obrazujących rozpacz Zbyszka na widok odzyskanej, ale umierającej Danusi oraz uwolnienie Zygfryda de Löwe (Marian Czarkowski) przez Juranda. Scenie samobójczej śmierci dręczonego wyrzutami sumienia zakonnika również towarzyszy projekcja – zdjęcie szubienicy, na której stracono Rudolfa Hössa, komendanta obozu Auschwitz-Birkenau.

Podobnych aluzji i jawnych odwołań do czasów drugiej wojny światowej i nazistowskich zbrodni jest w spektaklu Klaty więcej. Tego rodzaju paralele, choć silnie oddziałujące na publiczność, uważam za najbardziej problematyczne. Utożsamienie Krzyżaków z Niemcami jest oczywiście zbyt proste i aż trudno sobie wyobrazić, żeby twórcy spektaklu nie zdawali sobie z tego sprawy. To, że w „Rocie” (w pewnym momencie śpiewanej zresztą ze sceny) pojawia się „krzyżacka zawierucha”, ma zupełnie inny wydźwięk niż te nawiązania. Jednym cytatem z tekstu Marii Konopnickiej trudno uzasadnić reprodukcję podobnych klisz osiemdziesiąt lat po zakończeniu wojny. Sam spektakl nie dostarcza wszakże przekonujących argumentów, że twórcy biorą w nawias dyskurs posługujący się podobnymi skojarzeniami albo przynajmniej próbują jakoś wyjść poza logikę „rachunku krzywd”. Jeśli zabiegi te mają stanowić element diagnozy stanu „polskiej duszy”, nie wypadają przekonująco. Niefortunne moim zdaniem zestawienie Krzyżaków z Niemcami może wynikać z lokalnego kontekstu, w który wpisuje się przedstawienie Klaty, stanowiące element obchodów stulecia olsztyńskiego teatru, ufundowanego jako wyraz wdzięczności (Treudank-Theater) za opowiedzenie się w plebiscycie przeciwko przyłączeniu Warmii do Polski. Czy z perspektywy tej skomplikowanej, niejednokrotnie bolesnej przeszłości gest twórców spektaklu tłumaczy się inaczej? Nie mnie wyrokować.

Bitwa pod Grunwaldem rozgrywa się po przerwie, oddzielona od pozostałej części przedstawienia, choć zajmuje niecały kwadrans. Idąc tropem rozwiązania zastosowanego przez Sienkiewicza, twórcy umieszczają ją na końcu, niczym nagrodę dla bohaterów, którzy wreszcie mogą wykazać się walecznością i męskością (Zbyszko nie posiada się z radości). To także spełnienie oczekiwań widzów, kojarzących „Krzyżaków” przede wszystkim z poselstwem przynoszącym dwa nagie miecze oraz z historycznym zwycięstwem. W tej scenie aktorów wspomagają członkowie Bractwa Rycerskiego Warmińska Dzika Kompania, których styl walki, doskonalony w licznych rekonstrukcjach, kontrastuje z bezładną bitewną choreografią. Z tej „nawalanki”, rozgrywającej się w rytm głośnej heavymetalowej muzyki, wynika jedynie tyle, że się odbyła – jak wiele innych w historii. Ostatecznie wszyscy jej uczestnicy padają martwi. Gdy opada bitewny pył, trudno nie pomyśleć, że wiele takich bitew może się jeszcze w historii ludzkości zdarzyć.

Taka diagnoza nie jest odkrywcza, jednak niełatwo zbyć ją wzruszeniem ramion, jeśli się pomyśli, że świadkami albo uczestnikami czegoś podobnego możemy się stać w nieodległej przyszłości – niezależnie od tego, czy „pozabijamy” się w końcu w coraz bardziej spolaryzowanym społeczeństwie, walcząc z wyimaginowanym wrogiem, czy też biorąc udział w autentycznej wojnie. Czy w jej obliczu możliwe będzie narodowe zjednoczenie? Klata tego nie rozstrzyga. Zdaje się jedynie sugerować, że coraz trudniej znaleźć wartości, na których taki sojusz mógłby się opierać. I choć jego spektakl daje widzom sporo teatralnej frajdy, ostatecznie jest to jednak – podmieńmy Sienkiewicza na Wyspiańskiego – „historia wesoła, a ogromnie przez to smutna”.

„Krzyżacy”
Henryk Sienkiewicz

reżyseria, opracowanie muzyczne: Jan Klata
adaptacja, dramaturgia: Ishbel Szatrawska, Jan Klata

scenografia, kostiumy: Mirek Kaczmarek
choreografia: Maćko Prusak
wideo: Natan Berkowicz

premiera: 13.09.2025
Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie