Nr 16/2021 Na teraz

Mateusz Witkowski rozmawia z zespołem Alfah Femmes o korespondencyjnym pisaniu płyty, zarabianiu pieniędzy na muzyce i korzystaniu z wyszukiwarki Google.

 

Mateusz Witkowski: Żałuję, że Zofia odpowiedziała już w jednym z wywiadów na pytanie, od którego zawsze chciałem zacząć rozmowę: skąd pomysł na nazwę zespołu?

Zofia Bartoś: Może mam jakąś nową interpretację? Nie pamiętam już, co wtedy powiedziałam!

 

Powiedziałaś, że to nawiązanie do Violent Femmes, Dan Kelly and the Alpha Males oraz do dyskursu feministycznego.

Z.B.: OK., zgadzam się.

 

„I Wouldn’t Bother” zbiera znakomite recenzje – czy można być w pełni usatysfakcjonowanym tymi komplementami, gdy z oczywistych przyczyn nie gra się regularnych koncertów?

Przemysław Bartoś: Myślę, że nigdy nie można być w pełni usatysfakcjonowanym. Wręcz nie należy.

Z.B.: Ale tak poważnie: jest to bardzo kojące.

P.B.: Tym bardziej, że spotkaliśmy się z recenzjami, w których pojawiały się interesujące dla nas odniesienia. Zresztą tak było również z publikacjami w „CzasKultury.pl” – gdy przeczytałem, że nad EP-ką unosi się duch twórczości Liz Phair, to zrobiło mi się ciepło na sercu.

Z.B.: Z kolei po naszym koncercie na Soundrive Festival ktoś napisał zdziwiony, że jednak potrafimy grać na żywo, na „normalnych” instrumentach.

 

Były wątpliwości, czy jesteście zespołem koncertowym…

Z.B.: Albo czy w ogóle jesteśmy, czy istniejemy, czy jesteśmy tylko jakimiś hologramami. Nie ukrywam, że chciałabym jak najczęściej spotykać się z publicznością. Przez jakiś czas, obsługując nasze media społecznościowe, miałam wrażenie, że prowadzę wirtualny zespół.

Michał Wandzilak: Żyjemy w czasach, w których niemal każdy zespół jest swoim własnym cover bandem. Swoją drogą gdybyśmy byli w stałym rytmie koncertowym, to na pewno wpłynęłoby to na nasze kompozycje – studio i granie na żywo rządzą się zupełnie inną logiką.

 

Cofnijmy się na chwilę do waszej wczesnej EP-ki z 2018 roku, czyli „Humming Way Home”, wydanej jeszcze jako Alpha Females. Ci, którzy załapali się na nią przed usunięciem z sieci, musieli po „No Need to Die” stwierdzić, że słyszeli nagrania dwóch różnych zespołów. Co wydarzyło się pomiędzy rokiem 2018 a 2020?

Z.B.: Oficjalna wersja jest taka, że brzmienie się zmieniło, bo do składu doszły nowe osoby, czyli Michał Wandzilak i Weronika Kulpa. Ale w skrócie: to, co działo się po wydaniu wspomnianej EP-ki, było próbą przekonania innych muzyków, że warto zainwestować w ten zespół.

P.B.: Myślałem, że chodziło o to, że masz już dość pracy w teatrze.

M.W.: „Załóżmy zespół i jedźmy w trasę” [śmiech].

Z.B.: Tak, z jednego mało dochodowego zajęcia w drugie! Tak naprawdę w międzyczasie napisałam wniosek o dofinansowanie swoich działań artystycznych i przyznano mi pieniądze. Postanowiłam więc podkraść najlepszych muzyków, jakich znam. Gitarzystę Marcina Gałązkę trzeba było lekko znieczulić, ale jakoś to poszło, nikt tu nie wylewa za kołnierz. Zaczęliśmy grać razem i okazało się, że to działa.

P.B.: Byliśmy świadomi tego, że trzeba wykonać pierwszy, odważny krok. Trzeba było jakoś udokumentować nasze wspólne granie.

Z.B.: Uznaliśmy, że bierzemy się za to na poważnie. A skoro tak, to nie uda nam się uzyskać pożądanego efektu w czteroosobowym składzie.

P.B.: Zmiana nazwy też miała być odcięciem się od pierwszych nagrań.

Z.B.: Poza tym po wpisaniu w Google hasła „alpha females” wyskakiwały same strony porno.

 

Dajcie spokój, co ma powiedzieć zespół Video?

P.B.: Albo Kobiety.

M.W.: Lotto, Ptaki, Lasy.

Z.B.: Chcieliśmy więc nawiązać nową nazwą do wczesnego wcielenia grupy, ale zarazem dać sygnał, że to nowy początek.

P.B.: Upewnił nas w tym Tymon Tymański, który demonstrując ciosy karate, przekonywał, że nazwa zespołu musi być mocna, prosta, trzysylabowa, „bam! bam! bam!”.

 

A jak Michał trafił do zespołu?

M.W.: Znaliśmy się od dawna z Marcinem Gałązką i perkusistą Tomaszem Koprem, więc transfer był ułatwiony. Moja przeprowadzka z Krakowa do Trójmiasta miała na to spory wpływ.

 

Jesteś również klawiszowcem Świetlików. To, oględnie mówiąc, nieco inny zespół niż Alfah Femmes.

M.W.: Miałem to szczęście, że udało mi się w mojej skromnej karierze współpracować z charyzmatycznymi wokalistami i tekściarzami: Marcinem Świetlickim, Tymonem Tymańskim, no i teraz z Zofią. Swoją drogą Marcin Świetlicki nie ceni naszego zespołu. Mówi, że to „sportowa muzyka”, a to w jego ustach nie jest komplement. Zarówno Świetliki, jak i Alfah Femmes śmiało czerpią natomiast ze wspólnego źródła, którym jest brytyjska muzyka nowofalowa, a są to brzmienia i melodie bardzo mi bliskie.

 

Przy okazji premiery „No Need to Die” mówiliście, że płyta powstała korespondencyjnie, poprzez przesyłanie szkiców utworów. Tym razem było podobnie?

P.B.: Podobnie, ale nie identycznie. Mieliśmy kilka okazji, żeby spotkać się w komplecie i pograć wspólnie jakieś niezupełnie poważnie rzeczy, które czasem stawały się zalążkiem nowych kompozycji. To był znakomity czas pod względem towarzyskim, sporo rzeczy wydarzyło się spontanicznie. Na przykład gitara z „Dumb” wyszła Marcinowi zupełnie naturalnie. Tak naturalnie, że nie był potem w stanie tego powtórzyć. Również dlatego, że był nieco znieczulony.

Z.B.: Oj, nie mów tak, bo wyjdzie na to, że jesteśmy ciągle naj***ni. U nas w zespole funkcjonuje podział na dwie frakcje: improwizatorów i metodyków. Ja należę do tej drugiej, muszę w spokoju ułożyć sobie te klocki, podzielić melodie wokalne na sylaby. Oczywiście potem wspólnie cyzelujemy całość.

P.B.: Z przyczyn pandemicznych nie było jednak zbyt wielu okazji, żeby się spotkać. Planujemy niedługo popracować przez kilka dni na żywo. Ale ogólnie ta zdalna metoda komponowania się sprawdza. Choć lubię, kiedy bezpośrednio czuję presję otoczenia.

M.W.: Ja z kolei mam już swoje lata i nie znoszę, kiedy ktoś patrzy mi na ręce, gdy gram. Muszę się zamknąć sam w swojej piekarni i działać.

 

Zdjęcie zespołu ad 2021 | Alice Denny, Kamila Ćwiklińska

 

Materiał zawarty na „I Wouldn’t Bother” to w stu procentach nowe kompozycje? A może zostało Wam coś z poprzedniej sesji nagraniowej?

Z.B.: Same nowości!

M.W.: Było trochę odrzutów z „No Need to Die”, które może zostaną wydane w swoim czasie.

P.B.: Dwie z pięciu nowych piosenek powstały właśnie w trakcie tego wspólnego siedzenia i spotkań na żywo.

 

Jakiś czas temu w tekście dla „Dwutygodnika” Bartosz Chmielewski żartował, że w 2019 roku najwyraźniej ktoś podrzucił Wam nagrania Jamesa Chance’a i Talking Heads. A czy „I Wouldn’t Bother” ma jakichś patronów lub patronki?

Z.B.: W trakcie pracy nad debiutem mieliśmy sporo entuzjazmu i łatwo zachwycaliśmy się nową muzyką. Po premierze zaczęła się kolejna fala pandemii, Strajk Kobiet – to był smutny czas. Postanowiliśmy – mówię to też w imieniu Marcina – zwrócić się w kierunku muzyki, która nas koi i łagodzi ból istnienia [śmiech]. Chodziło o taki dźwiękowy comfort food, o to, żeby sprawić sobie tą płytą – oraz muzyką słuchaną w trakcie pracy – przyjemność; stąd odniesienia do artystów w rodzaju The Breeders czy Pixies. Kiedy nagrywałam demówkę „NYE 98 21”, myślałam też o klimatach w rodzaju Smashing Pumpkins. W tle leciało jednak CNN relacjonujące atak na Kapitol. Mimochodem wyszedł miks czegoś przerażającego i czegoś bardzo miłego, bezpiecznego. Może chodzi o upadek pewnego mitu, amerykańskiego snu?

P.B.: Na mnie też wpłynął ten wspomniany przez Zosię comfort food: słuchałem sporo Paula Westerberga z The Replacements, Pavement czy wspomnianej Liz Phair. Chodziło jednak o to, żeby jakoś połączyć to z naszym brzmieniem.

 

Podpisujecie kompozycje nazwiskami wszystkich członków i członkiń. Rzeczywiście działacie tak kolektywnie? Może ktoś ma większe prawo do weta lub tupnięcia nóżką?

Z.B.: Wszyscy tupią nóżką.

M.W.: Tylko niektórzy tupią dopiero po fakcie.

Z.B.: Sporo jest tego tupania, ale bardziej chodzi o wspólne składanie klocków, wymianę pomysłów, świeże propozycje. Mamy do siebie sporo zaufania, więc raczej nie blokujemy i nie cenzurujemy się wzajemnie.

M.W.: Piosenki na „No Need to Die” bardzo ewoluowały w trakcie pracy, właśnie ze względu na udział poszczególnych członków i członkiń. Tym razem chyba byliśmy bardziej konkretni i wczesne wersje nie różnią się tak mocno od tego, co trafiło na płytę. Trzeba przy okazji zaznaczyć, że Marcin Gałązka włożył w oba te wydawnictwa mnóstwo pracy jako główny mixer i sound designer. Do tego zainwestował ciężkie pieniądze w pluginy!

Z.B.: Właśnie, bardzo prosimy, aby to się ukazało: dziękujemy i oddajemy sprawiedliwość.

M.W.: Oddajemy, ale za pluginy nie zwracamy.

 

Skoro padło powyżej słowo „inwestycja”: jesteście zespołem z określonym planem dotyczącym karierowej i biznesowej strony całej działalności? Tylko nie mówcie, że chodzi o radość wspólnego grania i zabawę muzyką.

P.B.: Oczywiście, jak w zdaniu, które trafiło na autokar polskiej reprezentacji – „bo liczy się sport i dobra zabawa!”. Ale Zofia jest na tyle zdeterminowaną osobą, że siłą rzeczy chodzi o coś więcej niż własną satysfakcję.

Z.B.: Miło mi, że myślisz o mnie jak o osobie z dalekosiężnym planem! Na pewno nie jest tak, że mam sprecyzowaną strategię, typu „wtedy i wtedy gramy na tym i na tym festiwalu, robimy klip, który pozwoli nam na dotarcie do…”. Nie mamy dwudziestu lat i wiemy, że dobra zabawa nie wystarczy. Skoro wcielam się czasem w rolę kierownika, muszę myśleć o tym, aby żaden z członków zespołu nie dokładał do naszej działalności. To w gruncie rzeczy wystarczający cel: chcielibyśmy, żeby wszyscy w Alfah Femmes byli zadowoleni i zarabiali pieniądze.

P.B.: Kluczowy jest przede wszystkim komfort pracy i to, czy możemy skupić się na tworzeniu nowej muzyki. Nie chcielibyśmy znaleźć się w sytuacji, w której nasza działalność okaże się frekwencyjnym i finansowym fiaskiem.

Z.B.: Nie chodzi oczywiście o to, że gramy dla pieniędzy – po prostu zależy mi na dobrym samopoczuciu całego zespołu.

M.W.: Z jednej strony mnie mechanizm „samoorganizowania sobie kariery” w internecie jednocześnie bawi i przeraża. Z drugiej strony – jak pisze Gombrowicz w „Dziennikach” – każdy artysta jest w pewnym sensie pretensjonalny, gdyż pretenduje do pomnika. Tym, co przekonało mnie do Alfah Femmes, była jakość i to jest coś, co liczy się dla mnie w tym momencie najbardziej.

Z.B.: Mamy to szczęście, że żaden z nas nie chodzi w tym momencie do pełnoetatowej pracy, możemy skupić się na muzyce. To z naszej perspektywy spory sukces.

M.W.: Nie wszyscy, proszę mnie z tym nie łączyć, ja prowadzę własną działalność gospodarczą!

 

Zarabianie pieniędzy na muzyce – szczególnie muzyce niezależnej, alternatywnej – to w Polsce cały czas temat tabu.

M.W.: Tak. Może trzeba o tym więcej rozmawiać? Ludzie nie mają chyba pełnego oglądu sytuacji. W książce „How Music Works” David Byrne poświęca cały rozdział finansom swojego zespołu. Tak czy siak: jeżeli ma się możliwość życia z muzyki, to jest to wielka radość i przywilej.

 

Nie macie wrażenia, że w międzyczasie wytworzyła się w naszym kraju solidna scena alternatywno-popowa? Nie mówię tu o artystach i artystkach, takich jak Ralph Kamiński, Daria Zawiałow czy Brodka. Chodzi mi raczej o Alfah Femmes, Rycerzyki, Enchanted Hunters, pokrewną Różę i nie tylko.

Z.B.: Coś jest na rzeczy. Widzę to tak: powinniśmy zrobić pospolite ruszenie i przejąć pop. Skoro wszyscy chcą być alternatywni, to może nawet Sanah pójdzie w alternatywę? A potem podzielimy się Fryderykami.

P.B.: Czemu nie, można by to odwrócić!

Z.B.: Ale tak poważnie: zgadzam się, powinniśmy się jakoś zorganizować, może znaleźć na to nową nazwę? Bo etykietki „indie” i „alternatywa” rzeczywiście trochę się chyba „zgentryfikowały”.

M.W.: Spotify polecił mi niedawno playlistę „Alternatywna Polska”. Pomyślałem, że to coś dla mnie, bo zarówno alternatywa, jak i Polska mnie interesują. Jednak okazało się, że jestem umiarkowanym zwolennikiem „Alternatywnej Polski”.

 

Co do bycia zwolennikiem: bardzo Was wszyscy chwalą! Nie boicie się momentu, w którym pojawią się pierwsze negatywne recenzje?

Z.B.: Nie, jesteśmy dorośli, jakoś sobie z tym poradzimy. Gdyby zależało nam na nieustannym głaskaniu, to po wydaniu singla „Don’t Stop” poszlibyśmy w tę stronę i powtarzali sprawdzone patenty. Robimy po prostu piosenki, które nam się podobają. Tyle tylko, że zanim coś wypuścimy, przechodzi to przez grube sito.

P.B.: Mamy już trochę doświadczeń z innych zespołów, nie raz dostawało się nam od recenzentów. Jeżeli znowu tak się stanie, to stwierdzę: „OK., znam to miejsce”.

M.W.: A ja od wielu lat uczę się od mojego serdecznego kolegi i mentora Marcina Świetlickiego nieco innego podejścia – wolałbym właśnie, żeby ktoś napisał w końcu, że nasza płyta jest ch***wa.

Z.B.: Dlaczego???

M.W.: Jakoś nie ufam tym wszystkim pochwałom. Następnym krokiem zespołu powinno być nagranie płyty, którą wszyscy będą krytykować!