Nr 25-26/2025 Na dłużej

Kłębek trosk(i)

Olga Gitkiewicz
Literatura Esej

Trzeba mieć słownik i go nie używać

Troska nie jest żadnym tam nastawieniem moralnym ani emocją. To dziwne, wieloznaczne słowo. Dwie pierwsze głoski zapowiadają jakąś twardość, a potem jest zmiękczenie. Pochodzi prawdopodobnie od prasłowiańskiego czasownika troskati, który oznaczał trzaskać, pękać. W języku czeskim słowo troska to nasza polska ruina, można tu więc szukać pokrewieństwa z trzaskaniem i pękaniem. Jest w tym metafizyczny haczyk. Niemiecki filozof, eseista i kulturoznawca żydowskiego pochodzenia Walter Benjamin widział ludzkie życie jako ciągłą katastrofę, niezmierzone zwalisko gruzów, po których błądzi się niczym w dystopijnym labiryncie.

Po angielsku troska to wieloznaczne care: oznacza niepokój, przejmowanie się, ale też dbałość o kogoś albo o coś, sprawowanie opieki.

Słownik języka polskiego PWN tłumaczy troskę podobnie: jako uczucie niepokoju wywołane trudną sytuacją albo znalezienie się w takiej sytuacji; utożsamia ją więc ze zmartwieniem. Dopiero na trzecim miejscu definiuje ją jako dbałość o kogoś lub zabieganie o coś. Można też przysparzać komuś trosk.

A zatem dbanie o kogoś i martwienie się. Tak naprawdę to jedno znaczenie, zazębiające się wysiłki, uroboros.

Gardłowo i pięknie brzmi niemieckie „Sorge” – może niektórym kojarzyć się z Martinem Heideggerem i „Die Sorge”, sednem jego filozofii egzystencjalnej, troską rozumianą jako podstawa ludzkiego bytowania, a może – tak, jednak bardziej – z Kafką, z tekstem „Die Sorge des Hausvaters”. Moją uwagę przykuł oczywiście tytuł. W angielskiej wersji autorstwa Willi i Edwina Muirów niemieckie „Sorge” zostało przetłumaczone na cares („The Cares of a Family Man”). Nie worries, obawy, nie concerns, zmartwienia, ale właśnie troski. W polskim przekładzie Elżbiety Ptaszyńskiej-Sadowskiej to liczba pojedyncza: „Troska ojca rodziny”.

Króciutkie, jednostronicowe opowiadanie, surrealne, bo to przecież Kafka, rozpoczyna się od kompletnie abstrakcyjnego zdania o pochodzeniu słowa „odradek” – według narratora niektórzy szukają jego źródeł w słowiańszczyźnie, inni w językach germańskich, zainfekowanych wpływami słowiańskimi.

„Nikt, oczywiście, nie zajmowałby się takimi badaniami, gdyby nie stworzenie zwane odradkiem”, pisze dalej Kafka, proszę wybaczyć tłumaczenie, jest moje. Kierunek zapożyczeń, do jakiego przywykłam, to raczej wpływy germańskie i germanizacja, a nie słowianizacja, choć mam świadomość, że i słowiańszczyzna odcisnęła się na współczesnym języku niemieckim. Dlatego tak mnie ten początek bawi: „odradek” to nieistniejące słowo powstałe w wyniku niemal nieistniejących wpływów[1]. Ale jak to ujął Slavoj Žižek w nieprzetłumaczonej na język polski książce „Parallax view”: czytanie Kafki wymaga podjęcia wysiłku myślenia abstrakcyjnego, porzucenia znanych nawyków interpretacyjnych. 

Žižek uważa, że pierwsza lektura tekstów Kafki jest może naiwna, ale najbardziej trafna, a przy kolejnych próbujemy sobie radzić z intuicją i zamknąć tekst w jakichś ramach interpretacyjnych.

To opowiadanie Kafki zawsze, zawsze na początku mnie bawi, aż nagle w połowie lektury spada na mnie – jak śmiech odradka, jak szelest opadających liści – cień niepokoju, moja własna „Eine Sorge”.

Fascynują mnie interpretacje stworzenia opisanego w kilku zdaniach, zwykle kilkakrotnie dłuższe niż omawiany tekst. Dla Žižka odradek jest kluczowym osiągnięciem Kafki, dla Waltera Benjamina formą tego, co się skazuje na zapomnienie, metafizycznym pęknięciem, dla Giorgia Agambena metaforą nieba.

Odradek jest odczytywany jako byt transgeneracyjny, niebinarny, istniejący poza czasem i poza celem. Rzeczywiście, ani to człowiek, ani przedmiot, ani maszyna – coś na kształt szpulki nici, z której wystają skrawki, supełki, patyki. Nie ma wieku, trudno go zrozumieć, niekiedy na chwilę się o nim zapomina, ale nawet kiedy go nie widać, czai się na schodach, w holu, na strychu. Pojawia się, znika gdzieś, wraca.

Jest w domu narratora obcy, a jednak w relacji. Trzeba go obserwować, zagadywać, wypytywać. Czasem odpowiada na pytania, czasem milczy. Narrator, tytułowy family man, martwi się – według najprostszej z interpretacji o to, że odradek go przeżyje, że ta dziwna istota będzie się w nieskończoność staczać ze schodów, ciągnąc za sobą kawałki kolorowych nici. To zresztą nasuwa kolejne skojarzenie: może słowo „odradek”, którego pochodzenia i znaczenia od lat nikomu nie udało się jednoznacznie ustalić, jest w jakiś sposób powiązane z odradzaniem, z wieczną reprodukcją.

Kafka jest uważany za prekursora egzystencjalizmu, pewnie również z powodu odradka, istoty, która jest w ruchu i przeszkadza, a której sensu istnienia nie da się uchwycić.

Jednostronicowy tekst Kafki doczekał się wielu analiz, odczytywano go z perspektywy neomarksistowskiej, freudowskiej, ja przeczytałam go z perspektywy etyki troski. Bo odradek może być po prostu kłębkiem trosk.

Rozplączę tę myśl.

Odradek dobrze ilustruje wszystkie poziomy interpretacji troski jako kategorii analitycznej i jako praktyki codziennego doświadczenia. Przez swoją upartą obecność staje się bliski, a jednak trudno go zrozumieć. Wciąż i wciąż stacza się ze schodów. Budzi niepokój.

Zdaniem Judith Butler odradek to istota w poprzek kapitalizmu, zbyt fantasmagoryczna, by dało się jej do czegokolwiek użyć, by niosła jakąś wartość i jakiekolwiek znaczenie. A jednak trwa.

I ten wymiar do wielu definicji troski pasuje.

Kapitalizm zresztą sięgnął po odradka tak, jak lubi sięgać po troskę. W grze „Death Stranding” odradek to naramienny czujnik wyposażony w wypustki. Służy tym, którzy zapuszczają się w rejony niebezpieczne. Wystarczy nacisnąć przycisk, a skaner podświetla przestrzeń dookoła postaci – dzięki temu można lepiej zobaczyć zarówno zasoby, jak i zasadzki.

A troska przecież musi zakładać jakiś niepokój. Jakieś zasoby i jakieś zasadzki.

Trzeba mieć nitkę i ją skubać

W jednym z wykładów napisanych po to, żeby zmonetyzować popularność „Wstępu do psychoanalizy”, Freud zanotował, że kobiety miały niewielki wkład w rozwój cywilizacji i nie dokonały żadnych szczególnych odkryć poza wynalezieniem tkactwa i rozmaitych technik plecenia. Dodał, że tę inwencję napędziły – podświadomie, bo Freud raczej nie podejrzewał płci żeńskiej o celowe czy racjonalne działanie – wrodzony narcyzm kobiet i ich patologiczne skupienie na sobie: potrzebowały tkanin, by się stroić. Stroiły się zresztą głównie dlatego, że chciały ukryć wstyd związany z brakiem penisa.

Ciekawe, czym Freud okrywałby genitalia zimą, gdyby tym tkaniem się nie zajęły.

Prawie że rówieśnik Freuda, Oscar Wilde, uważał, że kobieta jest rodzajem dekoratywnym, na ogół nie ma nic do powiedzenia, ale to nic wypowiada czarująco. „Kobieta oznacza triumf materii nad umysłem, tak jak mężczyzna triumf umysłu nad moralnością”, napisał w „Portrecie Doriana Graya”.

Kiedy miałam trzynaście lat, wydawało mi się to bardzo błyskotliwe.

Od stuleci widzi się w nas tkaczki codzienności, opiekunki, władczynie materii, które o materię potrafią się zatroszczyć, nie tylko materią się okryć, ale też materię włożyć do garnka, przemienić i nią nakarmić, z materii zrobić lekarstwo, ozdobę, przyjęcie na trzy lub pięćdziesiąt osób, strój karnawałowy, szalik, dla kogoś, dla kogoś, dla innych.

W mitologii greckiej Mojry zajmowały się właśnie innymi – tkały porządek świata i jedynie one nie podlegały boskim nakazom ani zachciankom. Kloto przędła nitkę życia, Lachesis pilnowała, by dobrze się snuła, a Atropos sięgała po nóż w sobie tylko znanym momencie. Na obrazie „Złota nić” prerafaelity Johna Melhuisha Strudwicka to środkowa Lachesis wygląda na najbardziej umęczoną i czujną, jakby konieczność troszczenia się o cudzy los była skrajnie uciążliwa.

Penelopa tkała bezczelnie i tylko trochę dla siebie. Z jakiegoś powodu wszyscy ci zalotnicy, którzy wierzyli w śmierć Odyseusza i którzy się koło niej kręcili, a była ich ponad setka, wprawdzie urządzali w jej domu huczne imprezy, jakby byli u siebie, ale też przyjmowali w zasadzie wszystkie jej warunki. Kiedy powiedziała, że wybierze męża dopiero po ukończeniu tkania całunu dla swojego teścia, Laertesa, przystali na to i czekali trzy lata. A Penelopa tkała w dzień, nocą pruła, naprawiała w dzień, nocą niszczyła.

Robię, cofam, przerabiam.

Nic zalotników nie tknęło, nie dziwili się, że tak się to tkanie przedłuża. Można ich tłumaczyć stanem częstego upojenia lub po prostu kompletną nieznajomością kobiecego świata. Penelopa z rzadka pojawiała się wśród nich, najczęściej spędzała czas w swoich komnatach. Może stąd te przymiotniki, którymi się ją określa. Wierna. Oddana. Czekająca. Lojalna. Roztropna. Cierpliwa. Jako żona. Troskliwa. Zaradna. To Penelopa matka.

Ale przecież była też bardzo bystra i zdeterminowana. Umiała improwizować i odnaleźć się w trudnej sytuacji.

Przez tyle lat dawała sobie radę z bandą obcych facetów, a jednocześnie zarządzała domem, może nawet całą Itaką, przecież królestwo nie zarządzało się samo, i wychowywała syna, do tego regularnie nie dosypiała, bo musiała pruć całun.

I tak wszyscy wytrzymali ze sobą trzy lata.

Fatyganci czekaliby może dłużej, gdyby Penelopa nie została zdradzona przez inną kobietę, jedną ze służących. Ale i wtedy umiała sobie poradzić, wymyśliła zalotnikom kolejny niemożliwy do spełnienia warunek, wykorzystując tym razem jednak nie krosno, a łuk.

Może zalotników nic nie tknęło, bo patrzyli na Penelopę tak jak mężczyźni na kobiety przez stulecia i jak widział je Freud: skupione na robótce, na haftowaniu, na cerowaniu. Te czynności do tego stopnia kojarzyły się z kobiecością, że mniej więcej od czasów średniowiecza igły, szpilki, naparstki i poduszeczki do igieł wkładano do wyprawek panien młodych. Tych zamożniejszych, bo na wsiach, jak pisze Gloger, młodej mężatce wciskało się do ręki kądziel. Symbolicznie mówiono jej tym gestem, że odtąd tym, co uprzędzie, będzie okrywała rodzinę. Tkanie było znaczeniowo tak bardzo splecione z kobiecością, że określenie „po kądzieli” oznacza linię żeńską, a „po mieczu” – męską.

Tylko że to od szycia i przędzenia zaczęła się przecież rewolucja przemysłowa, już bardzo w czasach Freuda i Wilde’a dojrzała.

Mógł ją rozpocząć rycerz, który nie przyjechał na białym koniu, tylko wynalazł maszynę dziewiarską wedle legendy dlatego, żeby zaimponować damie swego serca. Ponoć zbyt dużo czasu mitrężyła nad szydełkiem. Był schyłek XVI wieku, gdy pastor William Lee z miejscowości Calverton w Anglii wymyślił i opatentował maszynę dziewiarską. Pastorowanie pastorowaniem, ale trochę mu przeszkadzało, że Ann, dziewczyna, do której chodził w konkury, non stop dziergała na drutach. Podobno nawet podczas wspólnych spacerów robiła swetry dla mieszkańców przytułku – jakoś przywodzi mi to na myśl Penelopę. William Lee postanowił ukochaną odciążyć.

Tyle anegdota, nie wiadomo, czy Ann istniała. Za to maszyna dziewiarska istniała bezsprzecznie, składała się z ponad dwóch tysięcy metalowych części i w ciągu minuty zaplatała kilkaset oczek – podczas gdy najwprawniejszy dziewiarz ledwo dociągał do stu.

Swoje nitki do rewolucji doplótł też Richard Arkwright, który urodził się biedny, ale umarł bogaty, bo pracował wszędzie, gdzie mógł, wstawał wcześniej od innych i kładł się później. W 1771 roku otworzył w Cromford w Anglii fabrykę, gdzie część pracy wykonywała maszyna przędzalnicza. Udoskonalił mechanizm, który dwa lata wcześniej wymyślił tkacz i stolarz James Hargreaves, nadając mu zresztą żeński przydomek Spinning Jenny, czyli Prządka Joasia. Hargreaves urodził się ubogi i umarł równie biedny, bo nie zgłosił Joasi do urzędu patentowego, możliwe zresztą, że zgłosić nawet nie potrafił, ponieważ nie umiał pisać. Na jego wynalazku bogacili się inni, Arkwright był jedną z takich osób. Wykorzystał mechanizm Jenny, żeby opracować mechaniczne krosno tkackie napędzane energią wodną.

Produkcja tkanin w tamtych czasach odbywała się głównie w wiejskich chałupach, w powolnym tempie, kobiety siedziały przy krosnach przez długie godziny. Wynajęci chałupnicy raz w tygodniu znosili urobek do fabryk i odbierali zapłatę.

A tu zmiana. Czynności, które wcześniej wykonywały ręce prządek i tkaczy, zostały przejęte przez wałki ustawione w równym rzędzie. W fabryce Arkwrighta robotnicy nie byli zatrudniani w trybie zleceń, mieli umowy. Przy przędzy pracowały często całe rodziny, również dzieci, coraz więcej dzieciaków, które w kolejnych latach stanowiły aż dwie trzecie pracowników. Bardzo tanich pracowników.

A kapitalizm tkał się powolutku. W latach trzydziestych XIX wieku Barthélemy Thimonnier dopracował maszynę do szycia i otworzył zakład, w którym odzież produkowana była maszynowo. We Francji rządzonej przez Karola X przydawały się mundury, więc Thimonnier właśnie je postanowił szyć. Pewnego zimowego dnia 1831 roku do fabryki wtargnęło kilkudziesięciu krawców, którzy zniszczyli wiele maszyn. W sądzie mówili wprawdzie, że po prostu chcieli takie cuda obejrzeć z bliska, ale można przypuszczać, że kierowali się obawą o swoje miejsca pracy. A może bardziej o kontrolę nad sposobem wykonywania pracy. W ówczesnej prasie za dużo o tych protestach i ich powodach nie pisano, żeby nie wystraszyli się także inni robotnicy i by nie przyszły im na myśl podobne bunty. Ale te i tak wybuchały w różnych rejonach Europy – i bez informacji prasowych ludzie umieli sobie zorganizować mniejsze i większe rewolucje.

Kręć się, kręć, wrzeciono.

A Freud? Pierdolę Freuda, bo Freud to niedojda[2].


[1] Może jednak istniejących. Kafka napisał to opowiadanie po niemiecku, jest datowane na lata pierwszej wojny światowej. I tu na chwilę się zatrzymam. Kafka tworzył po niemiecku, ale posługiwał się językiem czeskim, urodził się i mieszkał w Pradze. Może to są te wpływy, te drobne infekcje języka germańskiego słowiańszczyzną. Ze wszystkich słów w niemieckim z odradkiem najbardziej kojarzy mi się Räderwerk – choć to mechanizm zębaty, układ zazębiających się kół. Ale najsilniej odradek koresponduje z czeskim, z jego melodią i logiką.
[2] Paktofonika – ja tak dobrych rymów nie wymyślam.

Fragment książki Olgi Gitkiewicz „Szyjąc”, która ukaże się 15 grudnia 2025 nakładem wydawnictwa Dowody na Istnienie. Redakcja „CzasKultury.pl” dziękuje wydawcy za przedpremierowe udostępnienie fragmentu. Tytuł tekstu pochodzi od redakcji.