We wrześniu 2025 roku w gdańskiej galerii Przypływ otwarto wystawę Marcina Zawickiego zatytułowaną „Megahit”. Autor – malarz, rysownik, „instalator” – umieścił na wystawie rozmaite istoty pozaludzkie znane z popkultury. Widzimy Wielką Stopę, rycerza Jedi, Uszatki… Po co Zawicki zgromadził je w jednym miejscu? Dlaczego całość opatrzył bombastycznym tytułem?
Wystawa ma charakter groteskowy, więc w tej samej tonacji można odpowiedzieć: na początku był Big Bang, na końcu będzie Megahit. Na początku było słowo, na końcu będzie mem. Na początku dinozaury posiadły Ziemię, na końcu po Ziemi przechadzać się będą Wielka Stopa, Czarny Mnich, Diablo, rycerz Jedi… Człowiek powoli znika.
Kto jednak wieszczy taką apokalipsę, nie mówi o końcu świata. Mówi o naszej wyobraźni. Na razie całkiem wstępnie zasygnalizuję, że tak właśnie postrzegam sztukę Zawickiego – jako poważną zabawę z naszymi wyobrażeniami na temat ludzkiego świata.
We wczesnych obrazach artysty charakterystyczny był celowy nadmiar. Ścisk, ciasnota, przepełnienie. Co decyduje o tym natłoku? Jeden z obrazów w cyklu „Lunapark” (2008) przedstawia pamiątki do nabycia: pluszaki, serduszka, kaczki, żyrafki. Sprzedawca, zwracając się do ludzi, którzy spoglądają na towar, stoi z charakterystycznym lekko usłużnym zgarbieniem pleców i złożonymi rękoma. To on uporządkował cały ten towarowy pelmel: osobno miśki żółte, różowe, seledynowe. Przytulanki małe, średnie, duże.
Podobnie na innych obrazach: konie na karuzeli, pluszaki do wyławiania ściśnięte w szklanym prostopadłościanie, wagoniki dziecięcej kolejki. Przedmiotów zawsze jest za dużo w stosunku do kontekstu: wagoniki są puste, na karuzeli nikt nie jedzie, pluszaków nikt nie wyławia. Rozbieżność między zamierzoną zabawą i schematem daje efekt mrożący. Rozbieżność między wielością zabawek a sytuacyjną pustką rodzi efekt nadmiaru. Człowiek stworzył te przedmioty, zgromadził je i obok siebie poukładał, ale sam jest nieobecny. Nie potrafi być w środku tego nadmiaru, zaangażować się, przynależeć.
Może dlatego, że wszystko w tym świecie jest nie tylko nadmiarowe, ale i sztuczne: zabawa została przekształcona w zabawki, religia zamieniła się w figurki buddy, sztuka przybrała postać plastikowej Marylin Monroe, a natura zamieniła się w konie na karuzeli. Natura, religia, sztuka zostały przekształcone w przedmioty do oglądania, sprawiania przyjemności, kupowania. Modele z taśm produkcyjnych zawędrowały do lunaparku. To sztuczne piekło, w którym odczuwanie przyjemności jest przymusem. Dlatego ludzie zgromadzeni przed straganem z pluszakami nie sprawiają wrażenia uczestników lunaparkowej rozrywki: ich ciała są wycofane, osobne, niezaangażowane, jak ciała widzów w muzeum.
Oto smutny paradoks: malarz pokazał ludzi, którzy tak dalece oswoili wszystko, co ciekawe, inne, obce, że nic już ich nie pociąga. Nie potrafią uczestniczyć we własnym życiu, więc nawet zabawę mogą tylko zwiedzać.
W późniejszych cyklach Zawicki koncentrował się na ludzkim przerabianiu ciała – zwłaszcza w wydaniu męskim. Ukazywał – trochę jak Zbigniew Libera w „Urządzeniach korekcyjnych” (1989) czy jak Dorota Nieznalska w pamiętnej „Pasji” (2001) – etapy chirurgicznego udoskonalania ciała („Before/after”, 2011) albo pracę nad estetyzacją muskulatury („Muscles are very important”, 2011; „Boys”, 2011).
Natura okazywała się sztuczna – tworzona na każdym kroku, operacyjnie zmieniana, pracowicie modelowana i zawsze poddawana kryteriom piękna. Były to ciała w rozmaitych sytuacjach i kontekstach, różnie ubrane i upozowane, ale zawsze oglądane z zewnątrz. Wydaje się, że stąd wziął się radykalny w twórczości Zawickiego pomysł, aby zajrzeć do środka. Nakłuć skórę, zdjąć zewnętrzną warstwę, rozchylić powłoki cielesne.
Koncept pojawił się w cyklu obrazów „The Fall” (2013). I wówczas natura odsłoniła się jako to, co mroczne. Określenie (luźno nawiązujące do refleksji Timothy’ego Mortona) nie oznacza żadnej konkretnej właściwości. Ale zarazem przywołuje ich wiele. „Mroczne” znaczy dziwne, niezrozumiałe, osobliwe. Nie dające się do końca poznać. Niepiękne.
„Mroczna natura” pojawia się u Zawickiego jako nowe wcielenie nadmiaru i przynosi piorunujący efekt. Patrzymy i zachodzimy w głowę: co to jest? Co to właściwie jest? Na samej górze obrazu znajduje się jakieś stworzenie (żaba? smok? jaszczurka?) z potężną dziurą w brzuchu. Obrzeża dziury są porośnięte roślinami, więc brzuch nie został rozcięty. Ale nie jest to też poród. Artysta nie przedstawił więc gwałtu zadanego istocie żywej ani aktu naturalnego. A jednak patrzymy na mityczny początek, akt stworzenia, wydarzenie na miarę narodzin świata.
Oto z brzucha wysypuje się bezładna reprezentacja życia: rośliny, owoce, kwiaty, szkielety zwierząt, miniaturowe jaszczury, słoń, morskie stworzenia. Jest tak, jakby życie wysypało się z rogu obfitości. Nie ma w tym porządku ani kompletu. Ani to arka Noego, ani tablica Mendelejewa, czyli nie znajdziemy tu ani przedstawicieli wszystkich królestw biologicznych, ani spełnionej naukowej klasyfikacji. To raczej gest demiurga, akt boga rozbawionego własną mocą kreacyjną. Demiurg ów zachowuje się jak bóg-dziecko, które nie odróżnia odkrywania od tworzenia, poznawania od powoływania do istnienia. Wymyśla więc naturę z pamięci, z obserwacji i z wyobraźni: z rozciętego zwierzęcia wydobywa dziecięcy kosmos, w którym rośliny i warzywa spadają obok zwierząt i szkieletów.
I może na tym polegało właśnie zmienione podejście Zawickiego do natury. Jeśli w „Lunaparku” widzieliśmy naturę przemieloną i zamienioną w towar przez człowieka, a w „Muskułach” i „Chłopcach” naturę modelowaną i dostrajaną do aktualnego kanonu urody, to teraz widzimy naturę nieoswajalną i nieużyteczną. Artysta, sprytnie i przebiegle, nie pokazuje, że natura – w odróżnieniu od głupawych figurek zwierzęcych w wesołym miasteczku – jest w istocie piękna. Nie podsuwa nam też pod oczy obrazów zniszczeń dokonanych przez człowieka w środowisku naturalnym. Pokazuje ją jako coś, co nie daje się poznać, przekształcić w towar i sprzedać. Jego natura mieści w sobie nieprzewidywalne wszystko.
W najprostszym sensie Zawicki ma rację. Czy na zdjęciu rentgenowskim własnego wnętrza nie znajdziemy gmatwaniny, która w ogóle nie odpowiada kształtowi naszego ciała? Jeszcze gorsza jest laparoskopia, pozwalająca obejrzeć na przykład jamę brzuszną od środka. Widzimy wtedy pofałdowane równiny, nagłe pagórki i nieoczekiwane zagłębienia, napierające na siebie tkanki, miękkie i długie rury, przewalające się kawałki mięsa i płyny. A mikroskopia? Wymaz z naszych komórek wzięty pod mikroskop powie nam, że pełno w nas drobnych żyjątek, minerałów i grzybów. Albo zmienne operowanie widzeniem bliskim i dalekim: porowata powierzchnia księżyca oglądana z odległości kilkuset kilometrów będzie podobna do mikroskopowego zdjęcia ludzkich organów wewnętrznych. Tym podobieństwem ludzkich i pozaludzkich organizmów Zawicki zagrał w cyklu, „Sporysz” (2014/2015), w którym tytułowy grzyb, powiększany wielokrotnie i przetwarzany w malarskich przedstawieniach, okazywał się podobny do ludzkiego mózgu, a jego wypustki przypominały ludzkie ręce. Tak właśnie, jak sądzę, idea nadmiaru, uległa w twórczości Zawickiego fundamentalnemu odwróceniu: w „Lunaparku” odnosiła się do natłoku zbyt wielu przedmiotów w zbyt ciasnej przestrzeni; w sztuce krytycznej – dotyczącej ciała, mięśni i chłopców – mówiła o sile kanonów piękna. W cyklu „The Fall” idea ta powróciła jako nadmiar mieszczący się wewnątrz każdego istnienia. I to zmieniło wszystko.
Wcześniejszy natłok był powodowany przez nadmiar rzeczy zgromadzonych wokół czegoś. Ten nowy wyłazi ze środka czegoś. Tamten był tworzony przez człowieka, ten drugi przynależy naturze. Jego odkrycie sprawia, że natura nie jest już naturalna. Cechuje ją natłok, a nie harmonia. Charakteryzuje ją także dziwność, a nie piękno.
Ale dlaczego, mógłby ktoś zapytać, dlaczego w tym natłoku znajdują się rzeczy/istoty tak od siebie odległe? Z przepołowionego psa – spójrzmy na jeszcze jeden obraz z cyklu „The Fall” – wyzierają rośliny, rurki, piłka, głowy innych zwierząt… To coś więcej niż stłoczenie – to współwystępowanie tak skrajnie różnorodnych elementów, że odległości między nimi nie da się pokonać inaczej niż zgodą na obcość natury. Czy o to właśnie chodzi Zawickiemu – o przedstawienie natury jako obcej człowiekowi? Nie i tak.
Natura i człowiek nie są sobie obcy, ponieważ Zawicki nigdy nie przedstawił na obrazie wnętrza człowieka jako innego od wnętrza psa. Zarazem artysta wywołuje efekt obcości wobec naszych wyobrażeń na temat natury – naszych sposobów jej definiowania i przedstawiania. Nie przekonuje przy tym, że odkrył zagadkę struktury organizmów żywych. Raczej w trybie groteskowym – co nie wyklucza grozy – odsłania imaginację, dla której nie obowiązują granice między ludzkim i pozaludzkim, organicznym i sztucznym, żywym i martwym. Dlatego z dziwnej „żaby” albo z „psa” wysypują się sekwencje niespójnych i nieprzystających do siebie stworzeń. Inaczej mówiąc: u Zawickiego każda istota może mieścić w sobie cały kosmos.
Każda istota składa się z podstawowych elementów kosmosu – tę ideę po raz pierwszy sformułował grecki filozof Anaksagoras, żyjący w V wieku p.n.e. Zawicki nawiązał bezpośrednio do tej idei w serii obrazów zatytułowanych „Homoiomerie” (2015/2016). W podstawowym znaczeniu koncepcja Anaksagorasa oznaczała, że cały wszechświat i każda istota we wszechświecie są zbudowane z tych samych cząstek elementarnych, które filozof nazwał „zarodkami”. Dzięki nim świat jest jednorodny i niezmienny. Ale świat jest też zróżnicowany. Przykładowo człowiek jest człowiekiem, a pies psem, ponieważ utrzymują się w nich proporcje zarodków właściwe dla każdego z gatunków. Gatunki istnieją, ponieważ coś – dla Anaksagorasa był to Rozum – kieruje zarodkami, nadając cel ich istnieniu.
Gdyby grecki filozof zobaczył obrazy Zawickiego, pewnie by się przeraził. A już na pewno nie zgodziłby się patronować tej twórczości. Ale artysta nigdzie nie deklarował, że stworzy serię obrazków ilustrujących idee Anaksagorasa. Malarstwo nie jest filozofią, lecz mówieniem, które filozofię poprzedza. To pismo obrazkowe o tym, co można wyrazić poprzez obrazy. Malarstwo nie upiera się przy sensowności istnienia ani przy spójności własnego przekazu. Uprawia filozofię na granicy sensu i wyrażalności. Przedstawia rzeczywistość nie taką, jaką ona jest ani taką, jaką być powinna, lecz taką, jaka być może.
Zawicki tworzy w tym cyklu własne pismo obrazkowe – pisze listy poskładane z hieroglifów natury. Są tu pałeczki łodyg, wysokie litery grzybów zakończone kapeluszami, naburmuszone kamienie, lekko wygięte ślimaki, wykolcowane na wszystkie stronny jeżowce, odnóża kałamarnic. Co mówią te listy? Że w kosmosie nie ma żadnego ładu, że podobieństwa między elementami nie rodzą znaczeń, że na podstawie kolejności nie można przewidzieć dalszego ciągu. Porządek rozumiany jako sensowne następstwo jest pozorem. Ponadto tylko nieliczne elementy sprawiają wrażenie samodzielnych istot, natura jest więc tyleż bogata, co martwa. To jakby kolekcja sporządzona przez dziecko, które pozbierało z plaży do worka wszystko, co leżało na piasku i zapragnęło nacieszyć tym oczy. I starannie rozłożyło wszystko na płótnie. A potem to wszystko zmieszało.
Jak w ostatnim obrazie tego cyklu. Stworzył go dziecięcy gest mieszania, maziania, bajtolenia – radosny i trochę kapryśny akt kończenia pracy-zabawy. Gest uświadamia nam pewną zmianę: w całej serii obrazów natura stawała się coraz mniej wyrazista, tracąc stopniowo na figuratywności. Robiła się lekko rozmazana. Na obrazach pojawiają się mazy, plamy, strużki. Niektóre kształty przypominają wątrobę albo serce. W odróżnieniu od wcześniejszego perfekcjonizmu, służącego wydobyciu osobliwości poszczególnych istot, teraz artysta wprowadza do swoich obrazów konglomeraty – jakieś kolonie poskładane z roślin, grzybów, muszli i ślimaków splątanych w dziwnych układach, jakby ktoś powiązał je w pęczki i zatarł między nimi granice. Ich kształty nie są już tak wyraziste. Jeśli wcześniej dowolna istota rozpołowiona przez Zawickiego okazywała się przepełniona zbiorem nieprzewidywalnych istot, to w „Homoiomeriach” na końcu ciągu metamorfoz jest właśnie mieszanina – kosmiczna glątwa, z której na powrót coś może się wyłonić. Co to będzie? Pytanie to kieruje nas do „Megahitu”.
Świat Anaksagorasa – wróćmy jeszcze na moment do niego – pozostawał bez zmian, ponieważ rządził nim Rozum. Poszczególne istoty rodziły się i umierały, ale świat trwał jednorodny i niezmienny. Ludzie rodzili ludzi, z drzew powstawały drzewa, woda dawała życie wodzie. U Zawickiego żaba rodzi słonia, rybę i szkielet. Tym światem nie rządzą rozum, natura czy bóg. Nie ma tu żadnego porządku, który decydowałby o możliwości przewidzenia dalszego ciągu. Dlatego koniec jest równie prawdopodobny jak trwanie, a katastrofa równie możliwa, jak jej uniknięcie.
Skoro jednak tak toczy się światek, to znaczy, że nie ma on swojego naturalnego rytmu. W jego teraźniejszości tkwi potencja końca i trwania, których artysta nie wplata w żadną spójną interpretację. Podsuwa nam symptomy, które sami możemy dowolnie rozwijać, dobierając do pojedynczego obrazu kombinację kilku innych.
Jeśli zaczniemy od „wybuchu” (który wcale nie musi nim być), możemy pociągnąć fabułę katastroficzną. Powinniśmy jednak zdać sobie sprawę, jak panicznie reagujemy dziś na świat. Wystarczy widok farby odłażącej ze ścian, opustoszały pejzaż postindustrialny i kilka poskręcanych rur, aby skojarzenia biegły ku narracjom postkatastroficznym. Nasza wyobraźnia przeskoczyła na przeciwległy kraniec wobec nowoczesnego optymizmu: w XIX wieku lasy przewracane ludzką ręką i dymy zasnuwające niebo były traktowane jako dowody stopniowego przezwyciężania natury i przemysłowego podbijania świata. Dziś miejsce pychy zajęła panika i jej rodzeństwo – niepewność, lęk, obrzydzenie, trauma.
Na tych emocjach i odpowiadających im wyobrażeniach Zawicki dokonuje operacji upraszczającej: nacina wyobraźnię i wyciąga ze środka jej rezydentów – Jedi, Mrocznego Mnicha, Wielką Stopę. Są to twory popkultury, które trafiły do naszej imaginacji z pocztówek, komiksów, filmów, powieści. Posklejano je z nadziei i lęków, z polubień i obrzydzeń. Są tajemnicze, pozaludzkie, pozaziemskie. Nie wydają się przy tym groźne. Nie chcą nas kupić, skolonizować, pożreć. Co zatem robią na naszej planecie?
Patrzą na nas. To najbardziej niepokojące uczucie, jakiego można doznać podczas dowolnej czynności codziennej – że nie tylko my patrzymy na rzeczy, lecz rzeczy patrzą również na nas. Tu zaś, na wystawie, sprawy mają się jeszcze ciekawiej: nie my przyszliśmy oglądać, lecz zostaliśmy zgromadzeni, aby nas oglądano. Jesteśmy eksponatami na wystawie „Ludzkość” oglądanymi przez istoty pozaludzkie.
Ponieważ jednak istoty te wynalazła nasza wyobraźnia, nie wykroczyliśmy poza granice planety Ziemia. W dalszym ciągu tkwimy w naszych głowach, choć pożytek z tego taki, że wiemy, iż w nich tkwimy. Na razie bowiem za sprawą wystawy Zawickiego uświadamiamy sobie, że wróciliśmy do lunaparku. Zmieniły się jednak role i miejsca. Teraz to my robimy za ruchome pluszowe zabawki, a rozmaite stwory pozaludzkie – niczym klienci albo inna klasa dominująca – stoją i patrzą, jak paradujemy wśród nich. Na twarzach tych stworów nie ma zaciekawienia ani rozbawienia. Widać na nich raczej dystans i pewną dozę znużenia.
Według Zawickiego tak chyba ma się sprawa z dzisiejszą wyobraźnią. Pod ciśnieniem aktualnych lęków rodzi ona stworzenia, które mają pomóc nam spojrzeć na nas samych i zrozumieć nasze położenie. Ponieważ jednak sami wcześniej te stwory powołaliśmy do istnienia, więc wyobraźnia rozcięta na pół nie rodzi niczego ponad to, co zostało w niej wcześniej przez kulturę umieszczone. Chcieliśmy spojrzeć w gwiazdy, gapimy się w lustro. Tak skutecznie zaludniliśmy kosmos rozmaitymi stworami, aż zamieniliśmy go w lunapark. W rezultacie nie umiemy się już temu kosmosowi dziwić. Dziwne zamieniliśmy w osobliwe, a osobliwe w oswojone.
Nasz dzisiejszy kłopot – tak poważyłbym się podsumować całą twórczość i aktualną wystawę Zawickiego – polega więc nie na tym, że natura i nasza wyobraźnia stały się nam obce. Dokładnie przeciwnie: obrazy i instalacje artysty pokazują, że oswoiliśmy to, co obce. Zmusiliśmy zjawiska niezrozumiałe, aby przybrały postać lorda Vadera albo mnicha-rycerza Yody. Skutek okazał się dojmujący: stopniowo tracimy umiejętność oglądania siebie z perspektywy obcości. Nawet katastrofa klimatyczna została pożarta przez panikę. Potrafimy się bać, nie potrafimy wyobraźnią wykroczyć poza nasze lęki.
Jeśli chcemy cokolwiek w rozumieniu i zamieszkiwaniu świata zmienić, musimy śnić odważniejsze sny i otworzyć się na głębsze lęki. Dlatego właśnie potrzebny jest ktoś taki, jak autor „Megahitu” – poważny kpiarz, żartobliwy katastrofista, artysta badacz, dziecko bawiące się kosmosem. Twórca zdolny mieszać nam w głowach i odsłaniać granice, na których utknęła nasza wyobraźnia.
Tekst pochodzi z katalogu towarzyszącego wystawie.