Nr 8/2024 Na teraz

Jesce ino w kółko raz

Tomasz Kowalski
Teatr

Przy okazji setnego przedstawienia prapremierowej inscenizacji „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego Józef Kotarbiński, ówczesny dyrektor Teatru Miejskiego w Krakowie, wspominał, że 16 marca 1901 roku „scena pokazała narodowi jakąś głębię jego duszy zbiorowej”. Wystawiając „Wesele” w tym samym teatrze dokładnie 123 lata po tym, jak zaprezentowane zostało publiczności po raz pierwszy, Maja Kleczewska dowiodła, że pomimo upływu czasu ten potencjał nie wygasł, a dramat Wyspiańskiego wciąż jest tekstem, za pomocą którego można diagnozować kondycję polskiego społeczeństwa, przyglądając się przede wszystkim temu, co wypiera ono ze zbiorowej świadomości i skrywa pod powierzchnią – czego nie chcemy zauważać lub o czym boimy się mówić.

Twórcy spektaklu (do współpracy w roli dramaturga Kleczewska zaprosiła Grzegorza Niziołka, znakomitego badacza współczesnego teatru, autora m.in. monumentalnej pracy „Polski teatr Zagłady”) szanują tekst Wyspiańskiego, choć dokonują w nim wielu różnych cięć i zmieniają kolejność scen. Mimo że krakowskie przedstawienie nie zaczyna się od sakramentalnego „Cóz tam panie, w polityce?”, w gruncie rzeczy od samego początku jawi się jako dosyć tradycyjne: w bronowickiej chacie rozbrzmiewa skoczna muzyka, taneczna zabawa trwa w najlepsze, a ludowe stroje mienią się kolorami. Nawet scenografia zaprojektowana przez Małgorzatę Szczęśniak, choć w charakterystyczny dla niej sposób oszczędna, zdaje się realizować wskazówki Wyspiańskiego: przestrzeń izby weselnej obramowują ściany z desek, których biel przy podłodze przechodzi w błękit. Z przodu sceny po jednej stronie znajduje się spory stół, przy którym zasiada część gości, po drugiej – malowana skrzynia i łóżko, jak w alkierzu. Jest też krzyż nad drzwiami i obraz z Matką Boską, a zaprojektowane przez Konrada Parola kostiumy nawiązują do strojów z pierwszej inscenizacji sztuki. Wydaje się, że wszystko jest tu na swoim miejscu. I to do tego stopnia, że aż budzi nieufność.

Podejrzliwość okazuje się uzasadniona, kiedy w tym malowniczym obrazku stopniowo ujawniane są pęknięcia, pozwalające sięgnąć znacznie głębiej niż wyczytywana zazwyczaj z dramatu Wyspiańskiego wzajemna niechęć i niezdolność porozumienia przedstawicielek i przedstawicieli dwóch warstw społecznych zebranych społem na weselnej zabawie. Owszem, miejska inteligencja czasem wdzięczy się do chłopów, a czasem przygląda im się z boku, podpierając ściany, a Pan Młody (Mateusz Bieryt) zapatrzony jest w Pannę Młodą (Martyna Krzysztofik). Jednak ten „zwrot ku wsi” to w najlepszym wypadku wyraz naiwności i złudzeń. Równocześnie jednak część miastowych żywi do chłopstwa podszytą lękiem odrazę, a nawet wstręt. Znakomite są pod tym względem drobne etiudy Radczyni (Lidia Bogaczówna), zmuszonej przez Dziada (Jerzy Światłoń) do wypicia z nim kieliszka wódki. Kobieta z przerażeniem patrzy, jak wyciera on brodę w kraj jej nieskazitelnie białej sukni, a pocałowana w rękę długo i ostentacyjnie wyciera ją chustką. Erotyczna fascynacja drużbami, jaką przeżywają rzucające się w wir zabawy Haneczka (Alina Szczegielniak) i Zosia (Julia Latosińska), również nie przeczy głębokiemu poczuciu obcości, ma bowiem wymiar egzotyzujący – panny chwilami zdają się patrzeć na chłopów niemalże jak na skolonizowanych „dzikich”. W poczynaniach Gospodarza (Juliusz Chrząstowski), lawirującego pomiędzy obiema grupami, próbującego studzić emocje i ze swadą powiatowego polityka głoszącego, że „chłop potęgą jest i basta”, dostrzec można lęk przed wybuchem klasowego konfliktu.

To uzasadniona obawa. Prymitywna brutalność chłopów ma w spektaklu twarz Czepca (Marcin Kalisz) – pijącego na umór, rwącego się do bitki i solennie zapewniającego o gotowości do działań, „jakby przyszło co do czego”. Pozostałym mieszkańcom wsi również nie trzeba by wiele mówić. Ich pobudzenie widać nie tylko podczas rozmowy Dziennikarza z Poetą, mówiącym o narodowym dramacie, ale także w pierwszych scenach spektaklu, kiedy chłopi łapią go złowieszczo za poły marynarki. Nagromadzona frustracja poszukuje ujścia, a hołubce wywijane przy „Albośmy to jacy, tacy” zapewniają je tylko na chwilę. W tym kontekście szczególnej rangi nabierają obelgi rzucane przez Czepca pod adresem Żyda.

Wspomnienie, że „była krew, rzezańce”, które w zamyśle Wyspiańskiego dotyczyło rabacji galicyjskiej, w spektaklu Kleczewskiej zyskuje dodatkowy wymiar: pada ze sceny w sposób, który pozwala odnosić je do postaw Polaków wobec Żydów w czasie drugiej wojny światowej i po jej zakończeniu („taki rok czterdziesty szósty” dzisiaj kojarzyć można nie tylko z rabacją, ale też ze sto lat późniejszym pogromem kieleckim). Już pojawienie się na weselu Racheli (Agnieszka Przepiórska) zatrzymuje akcję – gdy wypowiada skierowane do Poety (Mateusz Janicki) kwestie w jidysz, wszyscy zamierają, a muzyka cichnie. Postać Żydówki, grana przez aktorkę w ciemnej sukni i rudej peruce, przypomina trochę Rachelę graną przez Maję Komorowską w filmowej adaptacji „Wesela” Andrzeja Wajdy, co sugeruje, że przybywa z przeszłości – jest to jednak przeszłość nasza, widzów, a nie przeszłość obecnych na scenie postaci.

fot. Bartek Barczyk | materiały Teatru im. Słowackiego

Taka koncepcja dramaturgiczno-reżyserska wybrzmiewa jeszcze dobitniej w drugim akcie, który wyraźnie potwierdza, że to, co dzieje się w bronowickiej chacie, konstruowane jest z perspektywy współczesnej. Widma wkraczają na scenę po podeście przecinającym widownię, sprowadzane przez pogrążonego w dynamicznym tańcu Chochoła (Kaya Kołodziejczyk, choreografka stale współpracująca z Kleczewską) i nie znikają po ukazaniu się poszczególnym postaciom, odtąd towarzysząc im przez cały czas. Ich obecność kontrapunktuje trwające w głębi sceny tańce, co szczególnie wyraźnie widać podczas rozbudowanej i precyzyjnie rozplanowanej sekwencji działań ubranego w wojskowy – polski! – mundur Rycerza (Tomasz Wysocki). Wprowadza on ze sobą kilku Żydów, których – kiedy Marysia (Dorota Godzic) rozmawia z Widmem (Marcin Sianko/Adam Wietrzyński) – ustawia w szeregu. Każe im opuszczać spodnie, gdy Dziennikarz (Rafał Szumera) domaga się, by „świętości nie szargać” i (zamiast błazeńskiej laski) otrzymuje od Stańczyka (Krzysztof Głuchowski) papierową czapkę zrobioną z „Gazety Polskiej”. Chce, by Poeta patrzył, jak strzela, kiedy Żydzi podejmują próbę ucieczki. Gdy ze sceny padają słowa, że „Polska to jest wielka rzecz”, odbywa się sprzątanie ich trupów, na nikim nie robi to jednak większego wrażenia. Wesele toczy się dalej, a Pan Młody z Panną Młodą rozprawiają o modrzewiowym dworze, by po chwili – łącząc się w kręgu ze wszystkimi uczestnikami zdarzeń, także ze zjawami i Chochołem – zatańczyć poloneza, który staje się chocholim tańcem polskiej niepamięci i obojętności.

Poruszającym dopełnieniem obrazu nierozliczonej, niechcianej i wypieranej przeszłości jest umieszczona przez twórców na końcu drugiego aktu scena (wyprowadzona w pewnej mierze z okupacyjnych doświadczeń Pepy Singer, będącej pierwowzorem tej postaci, z warszawskimi szmalcownikami), w której zgwałcona Rachela, w zakrwawionej halce i z obciętymi włosami, próbuje szukać pomocy u Poety. Kobieta wspina się na niego i stara się go objąć, ale on nie reaguje. Nie jest w stanie? Boi się? A może los Żydówki jest mu obojętny? To nagłe wejście Racheli zdaje się zaburzać dramaturgię spektaklu, otwierając na nowo wątek pozornie już zamknięty. Można w nim jednak dostrzec odtworzenie dynamiki debat dotyczących postaw Polaków podczas Zagłady, których erupcje co jakiś czas rozbrzmiewają oskarżeniami i wezwaniami do rozliczeń oraz oburzeniem wobec podważania polskiej niewinności, po czym wszystko wraca do punktu wyjścia, bez jakichkolwiek rozstrzygnięć.

Trzecie pole odniesień w krakowskim „Weselu” stanowią kwestie związane z trwającą w Ukrainie wojną. Jej temat sygnalizuje już postać Hetmana (Andrzej Grabowski), który na zmianę wykonuje znak krzyża i rozmawia przez komórkę, powtarzając: „Sursum corda, wiwat Car”, jednak z całą mocą ujawnia się wraz z przybyciem Wernyhory (Anna Syrbu). Miejsce legendarnego lirnika wzorowanego na obrazie Matejki zajmuje u Kleczewskiej matka śpiewająca po ukraińsku przejmującą pieśń o poległym synu. Złoty róg, który przekazuje Gospodarzowi, mógłby pozwolić na przebudzenie, przypominając, że w sąsiednim kraju toczy się krwawy konflikt – zostanie jednak zgubiony. Szybko zanika także gotowość do działania, wykazywana początkowo przez Gospodarza. Zdaje się, że rozpływa się w marazmie i ginie w gąszczu niekończących się sporów i debat, które nie przekładają się na konkretne czyny. Można dostrzec w tym diagnozę postępującego przyzwyczajania się i znieczulenia polskiego społeczeństwa wobec trwającej wojny, skutkujących wygasaniem pierwotnego zainteresowania losem Ukraińców i zmniejszaniem gotowości do wspierania ich. Wolę działania dławi jednak również przerażenie i bezsilność. Gospodarz zrzuca ze stołu zastawę, pytając, co z nas pozostało. Czy tylko złudne poczucie bezpieczeństwa i komfortu? Ostatecznie bowiem w trzecim akcie wszystko toczy się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Jednak, chociaż Poeta z Panną Młodą rozmawiają o Polsce, podziałów nie da się zasypać. Przypomina o tym dynamiczne wejście Czepca, który – zanim żona każe mu położyć się spać – przepycha się z Panem Młodym i Dziennikarzem. Potencjał wewnętrznego konfliktu społecznego, choć uśpiony, wciąż daje o sobie znać. Chłopom, którzy zjawiają się z kosami, wystarczyłoby hasło, by rzucili się na panów i błyskawicznie z nimi rozprawili, mszcząc się za wszystkie krzywdy, jakich doznawali w przeszłości, i za wszystkie poniżenia oraz lekceważenie, których doświadczają dzisiaj.

W tej sytuacji nie ma prostych rozwiązań. Dominuje bezradność. W finale wszyscy zebrani oglądają wyświetlaną nad sceną projekcję płonących budynków Krakowa, na który spadły bomby. Nie ma wspólnotowego, letargicznego tańca, który zastąpiła zagadkowa, trudna do wyjaśnienia, obliczona na efekt emocjonalny choreografia Chochoła, wydzierającego sobie serce z piersi i rzucającego zakrwawiony kawałek mięsa na stół. Czy to Polska właśnie, wiodąca jakiś półmartwy żywot, uwięziona w przeszłości, pieczołowicie ukrywająca w niej trupy, które od czasu do czasu nawiedzają teraźniejszość? W jaskrawym świetle Chochoł tańczy na podeście wśród widzów. Pada. Podnosi się i pada ponownie. I znów się podnosi.

„Wesele”, nie pierwszy raz w swojej 123-letniej historii, pozwala teatrowi na diagnozowanie naszej rzeczywistości. Spektakl Kleczewskiej wykorzystuje dramat Wyspiańskiego, celnie dotykając wielu naszych lęków i obrazując narcystyczne samozadowolenie, w którym trwamy, oraz złudzenia, które pielęgnujemy. W finałowym tańcu być może wcale jednak nie chodzi o uświadomienie nam stanu, w którym znajdujemy się jako społeczeństwo i wynikające z tego uruchomienie energii pozwalającej wybudzić się z letargu – wszak zaklęty, uśpiony krąg pojawiał się na scenie wielokrotnie. Może twórcy spektaklu w przewrotny sposób każą nam po prostu przeglądać się w tej wzniosłej bezradności po to jedynie, byśmy mogli ją w urzeczeniu celebrować, gdyż po zgubieniu złotego rogu jest nam w niej całkiem dobrze, a wszystko zostaje tak, jak było.

Na koniec Chochoł wyciąga w górę rękę i podpala – niczym Guślarz z Mickiewiczowskich „Dziadów” garść kądzieli – odrobinę słomy. Płomień przez chwilę migocze w ciemności, po czym gaśnie. Pożaru nie ma. Zapał nie płonie, nie zrywamy się do działania. Niestety? A może – na szczęście?

Stanisław Wyspiański, „Wesele”

reżyseria: Maja Kleczewska
dramaturgia: Grzegorz Niziołek

scenografia: Małgorzata Szczęśniak
kostiumy: Konrad Parol
muzyka: Cezary Duchnowski
choreografia: Kaya Kołodziejczyk

Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie
premiera: 16.03.2024