Nr 5/2026 Na teraz

Hipokryzja nasza codzienna

Piotr Dobrowolski
Społeczeństwo Teatr Recenzja

Michałowi Buszewiczowi udała się niełatwa sztuka: zrealizował spektakl o protestach ekologicznych, nie poruszając przy tym tematów niszczenia środowiska naturalnego, ocieplenia klimatu czy szóstego masowego wymierania gatunków. Autorska „Sztuka protestu” przygląda się szczególnej ludzkiej aktywności, nie podejmując próby dogłębnej analizy jej przyczyn. Realizatorki i realizatorzy spektaklu nie wpisują się przy tym w trend uspójniania tematu i środków tworzenia. Nie opowiadają o cyklu seminariów nad ekolekturami, które odbyli przed podjęciem prób do spektaklu. Nie próbują udowadniać, że podczas pracy zwracali szczególną uwagę na zużycie energii, korzystali tylko z surowców wtórnych czy ograniczali emisję spalin. Nie deklarują, że towarzyszyły im górnolotne cele ani utopijne projekty ocalenia, ulepszenia czy choćby nieznacznej zmiany świata. Rezygnując z ambicji warunkowanej deklaratywną troską, często charakteryzującą współczesny polski teatr, bezstronnie sportretowali osoby zaangażowane w proekologiczne manifestacje. Buszewicza, który w dotychczasowej twórczości także stronił od interwencjonizmu, interesują ludzie.

Reżyser produkcji, której premiera odbyła się w ramach obchodów pięćdziesięciolecia istnienia Teatru Współczesnego w Szczecinie, spojrzał na nich – czy raczej: na nas – przez pryzmat dobrobytu, kryzysu i zbiorowej oraz indywidualnej odpowiedzialności. Interesują go przedstawicielki i przedstawiciele trzech różnych grup: protestujący przeciwko ekologicznej bezmyślności i niszczeniu klimatu; przedstawiciele władzy przeliczający wszystko na polityczne korzyści; tak zwani zwykli ludzie, którzy w wyniku działań aktywistek i aktywistów mogą doświadczać różnego rodzaju niedogodności czy niewygód.

Niekonwencjonalne, kolorowe kostiumy (projektu Lili Dziedzic) wyróżniają czworo aktywistów. Ich narracja, łącząca perspektywę fikcyjnych bohaterów i rzeczywistych aktorów i aktorek, szkicuje ramę zaczynającego się przedstawienia. Wspominając o doświadczeniach, którymi podzielili się z nimi eksperci i ekspertki, opowiadają publiczności, czego można się dowiedzieć od przypadkowych przechodniów podczas ekologicznych protestów. Używają peryfraz, którymi zastępują zasłyszane wyzwiska. Dwuznacznie nawiązują do zupy pomidorowej, którą w 2022 roku aktywiści oblali „Słoneczniki” Vincenta van Gogha w londyńskiej National Gallery. Relacjonują próbę współpracy z agencją, której pracownicy zdziwili się, że celem pytania o ekologię nie był greenwashing. Wyznają, że w trakcie powstawania spektaklu zrezygnowano z tworzenia scenografii z materiałów z recyclingu, ponieważ nie miały one odpowiednich atestów. Dlatego leżąca na scenie – dużo większa od oryginału i w niewymuszony sposób zachęcająca do autorefleksji, ale poza tym nieznajdująca innego zastosowania – kopia „Myśliciela” Augusta Rodina nie została wykonana ze śmieci, tylko z droższego, nieulegającego biodegradacji tworzywa. Perspektywa aktywistów sprowadzona zostaje do metafory świata wyobrażonego jako tamagotchi. Chociaż sami mówią, że trzeba go karmić i bawić się z nim, muszą zdawać sobie sprawę, że znaczenie tej figury sprowadza się przede wszystkim do troski, zainteresowania i małych aktywności, jakie należą się naszej planecie. Znakiem świadomości ekologicznej jest – nadużywany jako odniesienie symboliczne w tym kontekście – rower. Warunkiem utrzymania przy życiu dużego, wyeksponowanego nad sceną tamagotchi (scenografia: Michał Dobrucki) jest energia dostarczana mu z dwóch stacjonarnych rowerów. Kto będzie gotów zaangażować pracę własnych mięśni, żeby ocalić świat? Protestujący? Ryzykujący zmianę własnego wizerunku – co nazywają „zbyt wysokimi kosztami społecznymi” – politycy? A może teatralna publiczność, odpowiadająca na formułowane do niej wezwanie?

Na biegunie przeciwnym do aktywistów znajdują się politycy, którzy na scenie reprezentowani są przez pięciu dojrzałych mężczyzn. Marynarki i krawaty mogłyby dodawać im powagi, ale nawet one – podobnie jak siwe głowy czy długa broda (Przemysław Walich) – okazują się nieskuteczne, kiedy wystają spod nich kolorowe gatki. Panowie nie noszą spodni. Nie ma większego znaczenia, czy realizatorzy sygnalizują w ten sposób ich niedojrzałość, ekologiczną ignorancję, czy fasadowość podejmowanych przez nich działań. Marszałek, radny, a może inny samorządowiec czy lokalny poseł przypominają dzieci, które bawią się w rządzenie. Tekst Buszewicza portretuje ich, kiedy przemawiają, przecinają wstęgi, chwalą inwestycje w drogi szybkiego ruchu oraz bywają na koncertach w filharmonii. I choć każda z tych postaci przyprawiona jest odrobiną ironii, dramaturg nie stara się ich ośmieszyć, mimo że w takich okolicznościach wydawałoby się to naturalne, a w kostiumach – proste. Nawet aktorzy, nie rezygnując z przerysowania i eksponując zielone skarpetki na stopach polityków (greenwashing!), pozwalają sobie jedynie na subtelną parodię postaci, lecz nie na jednoznaczną karykaturę. Wyjątek stanowi bardzo zabawna, ale też celna scena-niespodzianka. Nie zdradzę jej clou, zaznaczając jedynie, że wykorzystano w niej utwór „We Are the World” z 1985 roku, który zaśpiewały największe muzyczne gwiazdy tamtego czasu, między innymi Michael Jackson (który dziesięć lat później napisał równie dobrze – a może i lepiej – pasującą w tym kontekście „Earth Song”), Lionel Richie, Stevie Wonder czy Tina Turner. Buszewicz dał w ten sposób jednoznaczny sygnał, którego sens okazuje się aktualny nie tylko w kontekście klęski głodu w Etiopii, ale też wobec rozgrywającej się na naszych oczach katastrofy ekologicznej: „There’s a choice we’re making / We’re saving our own lives / It’s true we’ll make a better day, just you and me”.

fot. Piotr Nykowski

Ogniwem łączącym symetryczne grupy aktywistów i polityków jest „zwykła kobieta”, starająca się zacząć nowe życie w nowym mieście, do którego przyjechała starym autem, żeby podjąć nową pracę. Imponująca umiejętnościami aktorskimi Maria Dąbrowska znakomicie radzi sobie z wymagającą rolą, w której irytacja osoby unieruchomionej w korku zamienia się w zrozumienie dla młodych ludzi, którym nie jest wszystko jedno. Przypomina Człowieka-Wiewiórkę, który w tekście Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk („Śmierć Człowieka-Wiewiórki”, reż. Marcin Liber, Teatr 2xU/Usta Usta, 2006) wielokrotnie stawał się przypadkową ofiarą lewicowych terrorystów. Bohaterka Buszewicza nie traci życia, tylko spóźnia się na rozmowę o pracę, ponieważ ktoś przykleił się do asfaltu, a ona – z nieznanych sobie przyczyn – przykleiła się obok; podczas spaceru po lesie przyłącza się do aktywisty przykutego do harvestera; mimo irytacji z powodu przerwania koncertu w filharmonii przez osoby z transparentami „TO JEST ALARM” staje z nimi w jednym szeregu. Choć potrafi siarczyście zakląć, westchnąć i przeżyć małe załamanie z powodu zaprzepaszczonych planów, podobnie jak Człowiek-Wiewiórka przechodzi na stronę swoich ciemiężycieli, choć nie jest pewna, czy rozumie ich racje. Pewności siebie, dobrego humoru i spokoju nie traci jej rewers – wzywana na interwencję w trakcie protestów w celu przerwania zakłócania porządku publicznego policjantka (Barbara Biel). „Mandaty, mandaty, mandaty” które wlepia manifestującym, nie pozbawiają jej postaci sympatii publiczności. Wzmaga ją solowy – jedyny w całym spektaklu – musicalowy „wykon” kobiety w mundurze, podczas którego opowiada ona swoją historię i tłumaczy kierujące nią motywy (muzyka: Aleksandra Gryka). W „Sztuce protestu” nikt nie jest prawdziwym „złolem”. Specyficznym, ale niekłamanym urokiem osobistym obdarzony jest nawet dyrygent (Paweł Adamski) – zdeterminowany, żeby mimo manifestacji dokończyć jubileuszowy koncert.

Twórca zrealizowanej wcześniej na tej samej scenie „Edukacji seksualnej” unika moralizowania: niczego nie wymusza na swoich widzach ani do niczego ich nie zobowiązuje. Nie ma ambicji poruszania ludzkich sumień czy modelowania naszych zachowań. Jego najnowsze przedstawienie nie jest radykalne – wręcz przeciwnie, może się przyczyniać do łagodzenia sądów i opinii dotyczących ludzkich postaw. Nawet jeśli nie podzielamy poglądów jego bohaterek i bohaterów czy nie rozumiemy ich decyzji, „Sztuka protestu” portretuje ich z łagodną pobłażliwością. To premiera potwierdzająca dramaturgiczną biegłość i reżyserską sprawność Buszewicza, który od kilku lat realizuje tylko własne sztuki. Jego styl, charakteryzujący się niekonwencjonalną, ciekawie prowadzoną nielinearną narracją ocierającą się raz po raz o autotematyzm, nieoczywistym humorem oraz różnorodnością i atrakcyjnością wykorzystywanych stylistyk, stał się dziś wyraźną, autorską sygnaturą. Teatralna prezentacja oscyluje w szerokim spektrum umowności, która negocjowana jest z udziałem widzów, do których kilkakrotnie zwracają się ze sceny aktorki i aktorzy. Chociaż w procesie powstawania „Sztuki protestu” – zgodnie z praktyką wprowadzoną w Teatrze Współczesnym przez Jakuba Skrzywanka, będącego poprzednikiem Buszewicza na stanowisku dyrektora artystycznego szczecińskiej instytucji ­– korzystano z pomocy grupy młodzieżowych ekspertów, spektakl spowinowacony jest ze współczesną popkulturą. Być może właśnie to, obok pragnienia ponadpokoleniowej komunikatywności, sprawiło, że niektóre jego wątki wydały mi się zbyt proste, a proponowana pod koniec diagnoza – niemal banalna. Równocześnie jednak rozumiem, że zwyczajność może być dla twórcy większym wyzwaniem od niezwykłości. Poza jedną psychologiczną wycieczką w stronę fabuły dla nastolatków dominuje – wymagająca autorefleksji – niejednoznaczność. Bez niej ten spektakl, choć oglądałem go z niekłamaną przyjemnością, pozostawiłby w mojej pamięci najwyżej kilka ciekawie kreślonych postaci, parę celnych tekstów i wspomnienie pojedynczych, pomysłowo zrealizowanych scen. Refleksja, prowokowana przez szczeciński spektakl, przyszła później jako dość oczywiste, powracające echem przypomnienie, że – chociaż każdy z nas w równym stopniu odpowiada za świat, w którym żyjemy – w końcu trzeba wziąć sprawy w swoje ręce.

Ze skrawków historii Buszewicz tworzy kolażową opowieść, której struktura przypomina „Paprykarz szczeciński” Michała Kmiecika (reż. Marcin Liber, 2025). „Sztuka protestu” nie jest spektaklem o celach, które chcemy osiągnąć, kiedy się w coś angażujemy. To spektakl o różnych sposobach na życie. Nikt tu nikogo nie ocenia, nie hierarchizuje postaw ani podjętych decyzji, które – o czym przypominają twórcy – zawsze można zmienić. Tyle tylko, że „zawsze” nie będzie trwać wiecznie. Znakiem przemijania i straconych szans jest tamagotchi-świat domagający się kręcenia pedałami treningowych rowerów. Albo ekologicznego transportu po wyasfaltowanych drogach rowerowych. Albo żalu za rozlaną zupą pomidorową, której smak doceniają nawet obserwujące nas – z dystansu, który zamienia ludzkość w nic nieznaczące pyłki – ciała niebieskie (Iwona Kowalska, Jacek Piątkowski). A może – być może, bo spektakl Buszewicza nie daje takiej pewności – zmiany prowokowanej przez dramatyczne pozy aktywistki (Maria Wójtowicz), z rozwianym włosem i w wyuczony sposób krzyczącej: „TO JEST ALARM”?

„Sztuka protestu”
tekst i reżyseria: Michał Buszewicz

choreografia: Katarzyna Sikora
muzyka: Aleksandra Gryka
scenografia: Michał Dobrucki
kostiumy: Lila Dziedzic
multimedia: Radomir Majewski
światło: Jędrzej Jęcikowski

Teatr Współczesny w Szczecinie
premiera: 28.02.2026