Nr 24/2023 Na dłużej

GATUNKI TRANSKOBIECOŚCI: Cyberpunkówna na hormonach

J. Szpilka
Literatura Cykl

Zagadnienia cyberpunka i transpłciowości mają, przynajmniej intuicyjnie rzecz biorąc, kilka punktów wspólnych. Jednym z podstawowych pytań stawianych przez cyberpunkowe opowieści (przynajmniej te traktujące ten gatunek poważnie, a nie tylko jako powabną, chromowaną estetykę) jest kwestia postaw wobec naturalnego ciała w epoce, w której technologia pozwala na coraz swobodniejsze tego ciała transformowanie. Pod niebem koloru telewizora ustawionego na martwy kanał formułują się pytania i o to, co zostaje z ludzkiej tożsamości – z ludzkiego gatunku – w momencie, w którym konstytutywne elementy: ciało, intelekt, pamięć, a być może nawet i dusza mogą być syntetycznie produkowane, przekształcane i urynkowione. W tym sensie transpłciowość, rozumiana jako technologicznie mediowany projekt „zmiany płci”, ma w sobie coś głęboko cyberpunkowego. Jej kulturowa artykulacja stanowi moment, w którym niegdyś stabilny grunt płci, seksualności i ciała usuwa nam się spod nóg.

Pojmowanie transpłciowości jako technologicznego wyzwania dla porządku płci można oceniać różnie. Paul B. Preciado, zainspirowany „Manifestem cyborgów” Donny Haraway, postrzegał tę koncepcję jako godną uwagi i celebracji. Jego niebywale popularny „Testo ćpun” jest w końcu niczym innym jak tylko peanem na cześć tak pojętej tranzycji; nieprzypadkowo jest to też książka wypełniona iście cyberpunkowymi obrazami stechnologizowanego świata, przez który Preciado przechodzi w swojej płciowej przeprawie:

To ogród zamieszkany przez nowe technoożywione gatunki: bobry, orły, byki, siwe konie, kolonie różowych flamingów i samochody. Auta sunące po tym jedynym w swoim rodzaju szarym dywanie są niczym cyberdrapieżniki, marzące o wyeliminowaniu wszelkiej konkurencji między ruchliwymi prehistorycznymi organizmami a nowymi ultraszybkimi agregatami człowieka i maszyny. W tym cyberraju w Vauvert człowiek-automobil jest złożonym organizmem zamieszkującym i konsumującym własny habitat, podobnie jak wszystkie pozostałe zwierzęta[1].

Być może to jednak krajobraz zbyt utopijny; raczej cyberraj niż cyberpunk – ten ostatni jako gatunek jest blisko związany przecież z dystopijnymi wizjami technologicznego piekła, w które z wolna lub szybciej się staczamy. Rewersem wizji Preciado są liczne transfobiczne narracje, w których nasze trans życie to wynalezione w laboratoriach i propagowane przez koncerny farmaceutyczne oszustwo. Tak jak jednym z najbardziej powszechnych motywów cyberpunkowych narracji jest utrata człowieczeństwa wywołana zastąpieniem żywego ciała cybernetycznymi implantami, tak dla transfobicznych feministek dokładnie to samo zagrożenie reprezentuje „technologiczna konstrukcja” transpłciowych ciał. Świetnym przykładem jest tutaj chociażby Mary Daly, która w 1978 roku przedstawiała trans kobiety jako nieludzkie, technologiczne atrapy atakujące ostatnie bastiony kobiecego człowieczeństwa.

Ta szalona żądza władzy i obłęd transgresji jest cechą charakterystyczną nekrofilów, którzy wyczuwają w sobie brak duszy/ducha/zasady umiłowania życia. Dlatego próbują podbić i zniszczyć wszelkiego ducha, zastępując go zlepkami trupów. Ta nekrofilska inwazja przybiera różne formy. Transseksualizm jest jej przykładem […]. Transseksualizm jest przykładem męskiego, chirurgicznego spłodzenia zastępującego kobiecy świat substytutami.

Problem z tymi perspektywami nie leży jednak w tym, że jedna z nich jest trafna, a druga błędna. Bez względu na to, którą opowieść o transpłciowości jako cyberpunkowej transgresji się preferuje, obie – zarówno wizja Daly, jak i Preciado – opierają się na zestawie wspólnych i głęboko problematycznych założeń. W obu transpłciowość jest technologicznym procesem ściśle powiązanym z pojawieniem się konkretnych technik farmakologicznych i chirurgicznych, które przemieniły „zmianę płci” ze snu w namacalną możliwość. W obu transpłciowość jest rozumiana przede wszystkim jako rodzaj transgresji, przełamania pewnego naturalnego porządku, o którym zakładać można, że kiedyś był stabilny, ale teraz historia podmyła jego fundamenty. Wreszcie, obie wizje zostawiają bardzo niewiele przestrzeni na transpłciową codzienność – na życie, w którym osoba trans nie jest ani odważnym pionierem eksplorującym dotąd nieznane krainy upłciowienia, ani też tym bardziej monstrualnym żołdakiem w patriarchalnym korpusie ekspedycyjnym. Innymi słowy, są one po prostu przeestetyzowane. Futurystyczna czy dystopijna konwencja, w którą się wpisują, wymaga pozbawienia transpłciowości jej długiej historii. Zamiast tego czyni z niej „technologiczną błyskawicę” – czyli zjawisko niezwykłe, budzące naraz podziw i grozę.

Prowadzi to do wydrążenia transpłciowości z jej historycznej i społecznej treści – ich uwzględnianie znacząco utrudnia bowiem wykorzystanie osób i ciał trans jako alegorii technologicznego cudu albo koszmaru. To zresztą kolejne wcielenie często podkreślanej słabości cyberpunka jako konwencji – jedno z rutynowych oskarżeń wskazuje na przerost formy nad treścią. Cyberpunkowa estetyka – zalane deszczem i neonowym światłem ulice miast, latające samochody, uliczni samurajowie z cyberrękami i femme fatale w lateksowych kombinezonach – jawi się jako niesłychanie mocna i powabna; do tego stopnia, że czasami w jej intensywności gubi się przekaz. Taki cyberpunk traci swoje ostrze politycznej i społecznej krytyki, a staje się po prostu kolejnym kostiumem, w który można przebrać twardzieli i twardzielki kina lub gier akcji (jak w przypadku polskiej superprodukcji „Cyberpunk 2077”). Innymi słowy, cyberpunkowe fantazje na temat technologii, tożsamości i przechodniości płciowej zbyt często okazują się fantazjami na temat samej technologii, a nie namysłem nad tym, jakie upłciowione życie jest (nie)możliwe w jej cieniu. Za dużo w tym cyber, za mało punk. Ale da się też inaczej…

Powieść kryminalna „Bang Bang Bodhisattva” debiutantki Aubrey Wood ma na wskorś cyberpunkowy charakter. Akcja osadzona jest w fikcyjnym New Carson, technolibertariańskiej dystopii mieszającej wyżyny technologii z nieco tylko podkręconymi trendami, które znamy z rzeczywistości za oknem: policyjną przemocą, kapitalistyczną destrukcją środowiska, gig economy i wszechobecnością mediów społecznościowych. Główna bohaterka, trzydziestoletnia Kiera, desperacko próbuje utrzymać siebie i swoją polikułę w świecie, w którym nierówności klasowe – niczym w słynnym sformułowaniu z „Neuromancera” Williama Gibsona – stają się bliskie różnicy gatunkowej.

Kiera jest hakerką, chociaż zamiast włamywać się na serwery megakorporacji wykorzystuje swoje umiejętności głównie po to, by za drobne sumy obchodzić zabezpieczenia fabryczne iPodów przyszłości (albo japońskich cyber-toalet). Pod tym względem jej losy są odbiciem tego, w jaki sposób Wood przedstawia świat bliskiej przyszłości. Łączy w nim większość standardowych wyznaczników cyberpunka jako gatunku, ale konsekwentnie stara się pozbawić je przy tym ich przeestetyzowanej fajności. New Carson nie jest cool. Nawet w swoim dystopijnym wymiarze miasto bliższe jest gorzkiej satyrze na niedaleką przyszłość znajomych technologii niż niepokojącej fantazji na temat tego, co może z nami zrobić jej nieujarzmiony postęp. Policyjne psy-roboty wydają dźwięk „hau” między słowami komunikatu wzywającego do poddania się, niemożliwe do legalnego pominięcia reklamy czynią korzystanie z cyber-oczu piekłem, a kandydaci na prezydenta Stanów Zjednoczonych mizdrzą się do elektoratu białych, rasistowskich graczy komputerowych (czy wspomniałam już, że powieściowa rzeczywistość bywa podobna realnemu światu?).

Kiera jest również trans dziewczyną – cyberpunkowe dekoracje nie umieszczają jej płciowości w cudownej cyberprzyszłości. W jej życiu nie ma niczego egzotycznego – zamiast tego są raczej znajome ze współczesności doświadczenia skrajnie sprekaryzowanych transek ledwie utrzymujących się na powierzchni. Wood opisuje przyszłość, w której w przestrzeni transpłciowości nie zmieniło się zbyt wiele – poza faktem, że koncerny farmaceutyczne dostrzegły w osobach „dziwacznie upłciowionych” nowy potencjalny rynek, czego konsekwencją była skokowa podwyżka cen legalnych hormonów. Z tym problemem Kiera radzi sobie na sposób, który nie jest obcy współczesnym transkom – zamawiając estrogen za bitcoiny od podejrzanej sprzedawczyni z Oceanii.

Photo by Michael Dziedzic on Unsplash

W „Bang Bang Bodhisattva” istotniejsza od gatunkowych (cyberpunkowych, kryminalnych) konwencji jest więc proza życia. Książkę otwiera strzelanina w gangsterskim nocnym klubie, po której Kiera wraca do obskurnego mieszkania. Żyje tu w poliamorycznym związku z chłopakiem i dziewczyną. Jej partnerzy są zaniepokojeni, ale nie przerażeni – o tym, co się stało, dowiedzieli się chwilę wcześniej z komunikatorów internetowych. Po obowiązkowych uściskach ulgi, Kiera przekazuje informacje o swoim stanie dalej, do kolejnych czatów, kolejnych kręgów znajomych. W migawkach poliamorycznego i bardzo usieciowionego życia codziennego jest coś głęboko urzekającego. W cyberpunkowej scenografii Wood daje bowiem jedną z najlepszych reprezentacji doświadczeń, których dotychczas niebywale brakowało mi w literaturze trans: życia trans dziewczyn z internetu, z czatów grupowych, z polikuł i gier MMO.

„Bang Bang Bodhisattva” to pierwsza książka o trans kobiecości sprawnie i bez zażenowania potrafiąca pokazać, jak pragnienie bycia elfką w grze komputerowej może przejść w pragnienie zostania kobietą „w realu”; jak doświadczenia romantyczne transek często rozchodzą się ze społecznymi (i narracyjnymi!) oczekiwaniami monogamii; jak internetowe społeczności są źródłem zarówno cierpień, jak i przetrwania. Wood zalicza się do pokolenia autorek, które swoją literacką karierę zaczęły od tworzenia fanfiku; jako autorka „literatury gatunkowej” nie musi wpisywać się w kody szacowności, których często wymaga się od bardziej głównonurotowych opowieści o życiu trans. To o tyle cenne, że – jak pisałam już przy okazji autoteorii – transki z internetu i piwnicy wciąż nie mają swojego głosu w teorii i literaturze. „Bang Bang Bodhisattva” otwiera przed nami możliwość innych reprezentacji.

Zarazem jednak autorka konwencją gaunkową posługuje się zupełnie świadomie: jest to również świetny kryminał cyberpunkowy. Płeć głównej bohaterki i zakręty jej życia intymnego błyskawicznie stają się tłem dla szeregu brutalnych morderstw, a presja finansowa wywierana przez wciąż rosnące czynsze zmusza Kierę do zaangażowania się w karkołomne śledztwo. Wood wyraźnie i z lubością czerpie w tym zakresie z literatury hardboiled i konwencji noir; Angel Herera, podstarzały prywatny detektyw i partner Kiery w dochodzeniu, jest wręcz opisany jako „człowiek, który myśli, że jest w »Głębokim śnie«”. „Bang Bang Bodhisattva” bardzo sprawnie łączy tutaj cyberpunkową estetykę i krytykę społeczną z motywami żywcem zaczerpniętymi z Raymonda Chandlera. Delikatna ironia wyrażana z metapoziomu narracyjnego w żadnym momencie nie przechodzi w złośliwość wobec gatunków, którym oddaje hołd.

Cyberpunk Wood służy bardziej do zaakcentowania problemów współczesności niż spekulacji na temat przyszłości. Kierze i Hererze zagraża raczej policyjna brutalność wyzwolona spod jakiegokolwiek nadzoru niż korporacyjni komandosi czy uciekające androidy. Technologicznie umożliwiona plastyczność ciał nie sprawiła, że transfobia zniknęła, ale jedynie podkreśliła różnice klasowe między osobami trans mogącymi kupić sobie dobry passing i uzgodnioną płeć metrykalną a tymi, których na to nie stać. Dystopia Wood to nasza teraźniejszość, tylko gorsza.

W tym punkcie można postawić pytanie, czy nie jest to dowodem na to, że cyberpunk Wood jest raczej zestawem dekoracji dla próby konfrontacji z demonami współczesności. Być może zresztą tym właśnie powinien być dobry cyberpunk. I być może dlatego również „Bang Bang Bodhisattva” najsłabiej przemawia w swoich najbardziej fantastycznych momentach, w których najmocniej sięga do klasycznego zestawu pytań o technologię i tożsamość, od których zaczęłam ten tekst. To jednak tylko drobna krytyka, która blednie w zestawieniu z atutami powieści.

Znaczna część literatury, której dotychczas poświęciłam cykl GATUNKI TRANSKOBIECOŚCI, należy do nurtu, który amerykańska krytyczka McKenzie Wark określiła, nie bez lekkiej ironii, sad trans girl lit – literaturą smutnych transek. Klasyczna już „Nevada” czy moje ukochane „Little Fish” albo „Summer Fun” poświęcone są losom sprekaryzowanych, osamotnionych trans dziewczyn żyjących w oderwaniu od cis świata, zajętych własnymi sprawami i własnymi dramatami. Poza tym wymienione książki wiele łączy: mają szczątkową fabułę, a za cel biorą próbę oddania codzienności trans kobiet bez jej estetyzowania lub alegoryzowania. To teksty o prozie życia, wyrosłe z poczucia niezadowolenia reprezentacjami transpłciowości w literaturze adresowanej do trans odbiorców – nawet w swoich najlepszych realizacjach nie pozbyła się brzydkiej tendencji do wygładzania i spłaszczania niuansów.

„Literatura smutnych transek” w przeważającej większości odległa jest od wciąż nasiąkniętych pogardą gatunków pulpowych lub popularnych, jak science fictionfantasy. Jednocześnie jednak jej rozwojowi od dawna towarzyszyło równoległe rozkwitanie tych właśnie odnóg: transowego sci-fi, kryminału, romansu, fantastyki. Istotne też, że o ile książki takie jak „Bang Bang Bodhisattva” krążą w nieco innych obiegach czytelniczych niż na przykład „Trans i pół, bejbi”, o tyle jest to podział kreowany raczej na poziomie rynku niż samego środowiska osób autorskich. Kiedy wczytać się w wywiady i zacząć rozmawiać z autorkami, okazuje się, że trans dziewczyny piszące sci-fi i trans dziewczyny piszące „Poważną Prozę Realistyczną” tworzą jedną różnorodną społeczność.

Gdzieś pod koniec lektury „Bang Bang Bodhisattva” to właśnie uderzyło mnie z całą mocą. Kiedy bowiem porzucimy próbę gatunkowego zaklasyfikowania powieści, a skupimy się na jej treści, okaże się, że książka Wood ma równie wiele wspólnego z klasykami Gibsona lub Neala Stephensona, jak i tymi napisanymi przez Casey Plett czy Imogen Binnie. Szczególnie staje się to widoczne w otwartym i niejednoznacznym zakończeniu, tak typowym dla „literatury smutnych transek”. Transkobiecość Kiery nie jest elementem literatury spekulatywnej. Jak wiele innych osób autorskich wykorzystujących ramy literatury gatunków do próby powiedzenia czegoś o życiu trans, Wood sięgnęła po cyberpunk nie ze względu na jego rezonans z „problemem transpłciowości”, ale po to, by szczerze opowiedzieć o sobie, bez względu na świat, w którym się zamieszkuje. Dystopia – czy cybernetycznie egzotyczna, czy prozaicznie banalna – jest również, podobnie jak realny świat z reportażu, miejscem do życia.

GATUNKI TRANSKOBIECOŚCI

Cykl poświęcony współczesnej, anglojęzycznej literaturze transkobiecej – tekstom, które nie zostały jeszcze przełożone na język polski. Prezentuje literaturę celowo mniejszościową, pisaną – żeby użyć sformułowania MacKenzie Wark – przez „dziewczyny takie jak my” dla innych takich dziewczyn. W tej przestrzeni gatunki transkobiecości ujawniają się w swojej wielości i polifonii, nie dającej zredukować się do dydaktycznych wywodów dla cis odbiorców, quasi-muzealnych prób klasyfikacji i ujarzmienia transkobiecej kreatywności.


Przypis:
[1] Paul. B. Preciado, Testo ćpun. Seks, narkotyki i polityka w epoce farmakopornografii, tłum. S. Królak, Warszawa 2021.